Grochówka

Teściu to prosty człowiek, ale strasznie wylewny. Gada jak nakręcony, jak polityk jakiś. Niestety często bzdury typu:

– Pan Morawiecki to jednak mądry człowiek. Patrz Mariola jak on ładnie opowiada i zawsze taki uśmiechnięty. To mądry facet.

Ogólnie jest pracowity i na swój pokrętny sposób to dobry człowiek. Pędzi bimber z grochu. Mocna rzecz. Wykręca na drugą stronę, ale muszę przyznać, że to akurat wychodzi mu świetnie. Choć jest to alkohol specyficzny, ma swój smak i okrutną siłę niszczenia. Zawsze jak go odwiedzamy podchodzi do mnie z butelką tego specyfiku, łapie mnie za ramię i mówi: 

– To co, wypijesz jednego? 

Powinno to brzmieć: wypijesz jedną butelkę! “Jednego” to taki zabieg grzecznościowy teścia, który prowadzi do wypicia przynajmniej dwóch butelek grochówki. Jakbym odmówił, nie wypił, nie chciał tego dnia mieć grochu w ustach, to by mi stanowczo powiedział:

– Nie wypić w gościach to wstyd. 

No i muszę. 

Teściu razem z żoną Mariolą prowadzą gospodarstwo rolne, a dodatkowo pracują na etatach w pobliskiej mleczarni. W taki oto sposób w ciągu dnia teść przelewa mleko z mlecznych cystern, teściowa waży sery, a wieczorem i o świcie razem to mleko doją od tych swoich krów. Obłęd. Śpią po pięć godzin, a resztę doby pracują. 

Zawsze mnie zastanawiało, kiedy teściu ten bimber pędzi? Gdzie ma ukrytą linię produkcyjną kurpiowskiego alkoholu dla bezwstydnych? Okazało się, że w tym biznesie siedzą jeszcze jego koledzy z mleczarni, którzy z wielkim zaangażowaniem mu w tym pomagają. Ma wśród nich posłuch, wielkie poszanowanie i jako główny wioskowy “alchemik” dla wielu jest prawdziwym autorytetem. 

Pracowitość teścia wynika z dwóch rzeczy: z zawziętości i z tego, że czego się nie dotknie to spierdoli. I siłą rzeczy musi robić coś dwa lub trzy razy. Jak przewoził rury swoim nowym Yeti to doszedł do wniosku, że wejdzie do tego pachnącego samochodu z 500 kilo żelastwa. I weszło. Tylko przy pierwszym hamowaniu rury wbiły się siedzenia niszcząc tapicerkę, a potem w tylną klapę przebijając ją prawie na wylot.  Ale jak to stwierdził teściu:

– Skody to mocne samochody, koreański to by tego nie wytrzymał.

Potem wziął się za budowanie drugiego domu. Przyjął sobie za punkt honoru, że pomuruje ściany, powylewa beton i inne takie. Już trzeci raz teściowa Mariola woła ekipę z samej Ostrołęki, żeby ten “ulepek” z betonu rozebrać i postawić na nowo. A jej mąż – jak tylko tamci skończą fachowcy wyjadą, zaczyna po swojemu. Wtedy wpadają ci jego koledzy z mleczarni i jak jeden mówią:

– Zenek ty masz anielską cierpliwość. Bo mi żeby tak żona w robotę się wpierdalała, to bym chyba ją pogonił. Ona to ci jaki pomnik powinna postawić lub na jaką mszę dać za ciebie.

Na to teściu, ze spuszczoną głową skromnie odpowiada:

– Co poradzisz. Taki charakter wredny. Wziąłem żmiję przed ołtarz i teraz muszę się męczyć. Zostawić nie zostawię, bo to wstyd na całą wioskę by był. Dobrze, że człowiek do roboty przyzwyczajony i się zna, to po tych patałach z Ostrołęki poprawię i będzie dobrze. 

Budowa trwa już drugi rok.

Ostatnio zmarło się jednemu z kolegów teścia. Wieloletni pracownik mleczarni zasługuje na wybitne pożegnanie. Dlatego też koledzy oddelegowali Zenka, aby ten w imieniu całej załogi złożył wieniec przy trumnie zmarłego. Teściu swoje zdenerwowanie, że taką funkcję otrzymał, zaczął leczyć grochówką. Tak solidnie podawał sobie lekarstwo na nerwy, że w pewnym momencie wydukał, że to ja go zawiozę, a on tylko wejdzie do kaplicy, złoży wieniec i wrócimy. Przejęty był strasznie, ale w czarnym garniturze, który opinał jego opity brzuch wyglądał prawie jak wójt. W pewnym momencie teściu wybełkotał, że to już pora, że się spóźnimy, a on nie może dać plamy, bo to wstyd będzie przed kolegami i całą mleczarnią.

– Wyjedziemy wcześniej i najwyżej będę pierwszy wieniec przy trumnie składał – stwierdził.

Dojechaliśmy. Przed kaplicą stał tłum ludzi. To wywołało panikę u teścia, bo rzucił,  że za wolno jechałem i pewnie się spóźniliśmy. Wyciągnął olbrzymi wieniec z bagażnika Yeti i ruszył dziarsko do kaplicy. Ja za nim. Słyszałem tylko:

– Przepraszam, przepraszam, koledzy z mleczarni. Przepraszam, mogę przejść? 

I wepchał się pod samą trumnę. Tam zwolnił i w bardzo wzniosły i elegancki sposób złożył wieniec przy trumnie. Odszedł na lewą stronę i klęknął. Wtedy stała się rzecz dla mnie dziwna. Teść poczerwieniał i ruszał nerwowo głową to na tabliczkę, to na wieniec, to na tabliczkę, to na wieniec. Trwało to z pięć minut. Wtedy ruszył na kolanach, tak drobiąc, tak delikatnie przesuwając się w kierunku trumny, że prawie tego nie było widać. Kiedy dotarł do wieńca przeżegnał się, wstał i go podniósł. Odwrócił się, uśmiechnął i wymamrotał:

– Przepraszam w imieniu kolegów i mleczarni. 

Ruszył szybko w moją stronę. Odepchnął mnie i kazał natychmiast wychodzić. Kiedy biegł do Yeti ciągnąc po ziemi ten wielki pogrzebowy wieniec słyszałem:

– Boże jaki wstyd. No jaki wstyd.

Nie pozostało mi nic innego jak zapytać się teścia Zenona co się do cholery stało. Ten ze spuszczoną głową odpowiedział:

– To nie ten pogrzeb.

3 Comments Grochówka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *