A jeżeli nie wyląduje?

Trudno się z tym nie zgodzić: miłość matki jest najsilniejsza, najbardziej odporna na zły los, oddana, milcząca, a w dodatku ślepa. Miłość mojej matki do swoich dzieci jest całkowicie poświęcona, wyświęcona, prawie boska, anielska i nie wiem co jeszcze mógłbym wymyślić – właśnie taka jest. Ostatnio pojechaliśmy razem odebrać moją siostrę z lotniska. Matka od dwóch dni dzwoni do mnie i przypomina, że jedziemy, że musimy wyjechać o 6:00 bo ona ląduje o 12:00, a mamy przejechać całe 135 km. Na drodze jak mówi wszystko może się zdarzyć: korki, roboty drogowe, kataklizmy przyrodnicze i wszystkie plagi tego cholernego kraju, które na normalnego człowieka mogą spaść tak nagle jak pierwszy śnieg. Przysłała mi zdjęcia gotowych kreacji na wyjazd: szale, torebki, makijaż mocny, słaby zupełnie jakby wybierała się na pogrzeb swojej znajomej. Większość czarne, stonowane, smutne. Odpowiadam jej, że to trzeba na wesoło, że przecież ten samolot wyląduje i wszystko będzie dobrze, ale matka swoje. Jednak późno w nocy następuje przełamanie. Dostaję wiadomość o treści: Masz rację to będzie dobry dzień.

Rano czekam na rodzicielkę, a ona z wielkim wiklinowym koszem przechodzi przez ulicę. Ubrana w kwiecistą sukienkę, która zawija się za nia jakby szła do ślubu. Na głowie słomiany kapelusz, taki plażowy, rekomendowany dla starszych pań, które w Międzyzdrojach chcą być trochę incognito. Takie trochę jestem, ale mnie nie widać, a jak chcesz mnie poderwać to musisz zaprosić mnie na wodę z saturatora. Ładuje mi się z tym koszem do samochodu i zaczyna opowiadać, że nie wiedziała co ja teraz jadam na śniadanie, więc zrobiła kanapki, zabrała owoce, kiełbasa swojska i buraki duszone od babci. Pół lodówki

– Synku zjedz kanapkę. Zjedz pomidora. A czy ty chociaż dobrze jedziesz, bo ostatnio to jechaliśmy jakoś inaczej. Uważaj na krowy, bo idą. Zjedz coś wreszcie, bo pewnie głodny jesteś. A czy ty napewno zatankowałeś wystarczająco dużo paliwa, jak coś to zajedź i dolejemy. Ja zapłacę. Boże, żeby tylko wylądował ten samolot. Bo to różnie bywa. Pamiętam jak leciałam do Chicago, tam jest takie lotnisko, że ja nawet bałam się iść do ubikacji. Te nasze są mniejsze, ale też niebezpieczne.

I tak całą drogę. Kiedy dojechaliśmy na lotnisko dwie godziny wcześniej niż potrzeba dowiedziałem się, że dobrze jechałem, ale za szybko. Teraz musimy czekać. Moja wina. Cóż mówię rodzicielce: chodź na kawę.

– Na kawę… ty wiesz ile tu kawa kosztuje. Mogłam w termos narobić i byś się napił. A teraz co… musimy kupić.

I zamawia dwie kawy, ciastka i słyszę, że coś do jedzenia chce mi wybrać. Zamawia kanapkę.

–  Zjesz nie będzie ci się chciało spać.

Podkusiło mnie żeby jej posłuchać i wcześniej przyjechać, teraz trzeba to wszystko będzie przetrawić.

Matka stara się mnie zagadywać, znów wspomina to co ją tam w tych Stanach spotkało, a teraz jej córka w Anglii przeżywa to samo. Ba nawet gorzej bo ona tam sama jest, bez męża, więc może taki pomysł na szybko, że matka tam pojedzie, że zostanie z nią na trzy miesiące i jej pomoże. A ja twierdzę, że już się nie nadaje do pracy, więc po co chcę ciągle kogoś z nas ratować, kiedy nikt z nas tego ratunku nie potrzebuje. I słyszę: bo takie jest serce matki.

Żeby nie nastawiać się na zbyt długie wycieczki w emocjonalną wylewność matki namawiam ją na wyjście z kawiarni.

– Mamo przejdziemy się i poczekamy na samolot. Będziesz mogła do niej machać jak będzie wysiadać.

– Tak synku masz rację. Chodźmy.

I prowadzę ją pod ogrodzenie, a stamtąd widać jak lekko, z hukiem lądują kolejene samoloty.

– Zrób mi zdjęcie jak idę w kierunku wejścia, tak wiesz, że niby już do niej idę. A teraz na tle całego lotniska i żeby parking było widać. I twój samochód. Teraz zrób mi na tej ławce, tylko żeby jakiś samolot było widać. Aaa i słuchaj jak będzie jej lądował to też mi zrób. Ciotce do Stanów wyślę, żeby zobaczyli jakie my mamy lotniska.

– Mamo przecież oni mają tam więcej lotnisk niż miast w Polsce. To jakaś paranoja.

– Oni mi też takie wysyłają.

Zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć, różnych. Mama siedząca, mama oczekująca, mama cierpiąca, matka polka wyczekująca na powrót córki, zdjęcia smutnej twarzy matki jakby wszystkich matek z całego świata.

Godzinę później słyszę, że samolot mojej siostry ląduje. Sugeruję, żeby podejść pod ogrodzeni, aby mogła powitać lądującą córkę.

– Ooo leci. Patrz jak ląduje – słyszę. – Jezu, żeby tylko wylądował. Rób mi zdjęcia. Rób jak ląduje.

– Czemu ty płaczesz?

– No bo ląduje. Rób zdjęcia.

I robię: jak stoi przy ogrodzeniu, po policzku lecą jej łzy wielkości 20 groszy, wzrok skierowany na samolot z napisem Ryanair, potem znów na mnie, na lotnisko, na samolot.

Wylądował.

Z głośników słyszę, że to samolot z Irlandii, a nie z Anglii.

– Mamo to nie ten samolot. Ten jest z Irlandii.

– O jezu to może porwali. Ale zdjęcia zrobiłeś?

– Tak, ale to nie ten samolot.

– To nic synku. Powiemy, że to właśnie ten. Ciotka i tak się nie pozna.

 

2 Comments A jeżeli nie wyląduje?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *