Pełno tu osobliwości, takich jednorazowych spojrzeń na rzeczy, które są tylko na chwilę.

I tak: mini-ciągnik, resorak wśród dużych ciągników. Poskładany z czego się da jest jedyny, niepowtarzalny i smutnie piękny. Ustawiony na różnych kołach, ale z chromowanymi felgami, ma zaplecione w warkocz zwoje przewodów, kierownicę od Malucha przeszczepioną razem z kierunkowskazami. Dziecko Frankensteina z krzesłami na sprężynach. Obudzony do życia w stajni dla hucułów, w której pracował, aż w końcu stał się dekoracją parkingu.

W tej stajni właśnie szukam kogoś, kto mi je pokaże, opowie coś ciekawego. Wreszcie znajduję człowieka z nisko pochyloną głową. Opuszczone ramiona, rozepchane na kolanach spodnie i pociągła twarz, z której nie można już nic wyczytać. Czy jest smutna, wesoła czy zła. Jakby relikt minionych lat, jak ten mini-ciągnik, tylko że z krwi i kości. Mam wrażenie, że go obudziłem ze snu w sianie, że odebrałem mu te kilka godzin z rana, kiedy kac nie pozwala logicznie myśleć, mówić, a nawet chodzić. Ma na sobie niebieski t-shirt, wyblakły i poplamiony. Wygląda na mocno zużyty i nigdy nieprany. Taki uniform, który się zdejmuje po ośmiu godzinach pracy przy koniach i zakłada następnego dnia. I tak w kółko. Na plecach napis: INSTRUKTOR.

– Czy można te konie… zobaczyć? Czy pan może coś… opowiedzieć… – i wtedy zrozumiałem, że nie powinienem o nic pytać tylko odwrócić się i wyjść.

– Hrrrr… ahrrr … tfuuu – tylko tyle wypadło z jego ust, a może aż tyle.

– Pan wybaczy, ale dzisiaj mam grupę zorganizowaną do oprowadzenia i nauki jazdy. Jeżeli życzy pan sobie prywatną lekcję to zapraszam jutro od 10:00. Hrrrr… ahrrr … tfuuu… jestem do pańskiej dyspozycji.

– Znaczy ja tylko te konie… chciałem zobaczyć.

– A jeżeli tak, to idziemy tam prosto. Nie mamy ich dużo. Tylko jedna rzecz: jak podejdzie pan do tego największego to proszę uważać… potrafi mocno pierdolnąć z kopyta.

No cóż jak instruktor to instruktor, słuchać się trzeba.

Na szlaku miniaturowa kapliczka. W środku zdjęcie samego Chrystusa. I znów mi się roi w głowie: może tu szedł, pod górę, tym szlakiem na Tarnicę i mu to zdjęcie z portfela wypadło. Zgubił tak zwyczajnie jak gubi się klucze do domu czy pieniądze. I ktoś sobie pomyślał, jakiś niestrudzony turysta, że powieszą go na bukowym drzewie, że może wróci bo zbyt dobrze wyszedł mu profil i gorejące serce, aby się miało zmarnować.

Osobliwości znajduje się na drodze.

Na szczycie, tak wysoko, gdzie chmury zawadzają o kamienie brakuje powietrza. Ich kłęby lepią się do wierzchołków gór i szybują dalej jako inny kształt. Wpierw napęczniałe bielą, a za chwilę rozciągnięte w szare pasma. Jakby zaraziło je zimno skał. Na samej górze tabliczka wciśnięta w skały. Psalm 121. Obok przechodzi rodzina, dzieci z różowymi plecakami, mężczyzna z wąsem, kobieta z nadwagą w kwiecistych spodniach. Słyszę jak powtarzają: “…zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują”.

Osobliwości tworzą ten świat ciekawym.

I mam wrażenie, że widzę tu więcej. Napawa mnie to lękiem i swoistą niepewnością. A jeżeli się mylę i coś w tym wszystkim jest? To ma swój wymiar, swoją przestrzeń i logiczne wytłumaczenie. Może to jest ten pierwotny paradygmat, matryca poprawności tak oczywista, że wszyscy o niej zapomnieli.

A co jeżeli w tej mgle unoszącej się w kierunku Bukowego Berda mnożą się duchy ludzi, którzy tu umarli. Ich bielejące kości zamienione w pył mgły. Ich ostatnie tchnienia wymieszane z gliną tych wąskich leśnych ścieżek. Są tak plastyczne, tak lepkie, że zostają na butach, nogawkach, na dłoniach jako ciemne plamy. Kruszą się, łuszczą, bezwonne i niezauważalne. Z prochu w proch.

I jeszcze ten spokój, który niesie tak lekko ze sobą barwniki kolorów: umbry, sienny i ochry. Wymieszane wierzchołkami tworzą warstwy zieleni perylenowej, nowe odcienie brązu, znikający w głębi lasu fiolet. I jeszcze ciemność, która rodzi się za drewnianym budynkiem kościoła. Za chwilę  będzie jak żywa. Jak zwierzę, czarne bydlę co się przewraca na asfaltowej drodze w kierunku na Tarnawę. I za każdym razem jak pada wstaje ich więcej mnożąc się same z siebie. Zapadają w kałuże stada nowonarodzonych czarnych zwierząt i milczą. Oczekują na gwiezdne znaki, które podpowiedzą im gdzie mogą się jeszcze wypasać.

Nieruchomy dym z ostatniego komina w tej wiosce wygląda trochę jak jasna plama, jak omyłkowo wplątany w gałęzie obłok. Biel tytanowa prawie święci. Błyszczy zimnym światłem i po chwili unosi się wyżej i staje się kawałkiem nocy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *