Szklane morze

Zawsze wyglądał na bardzo zmęczonego. Kiedy tak szedł w kierunku sklepu utykał lekko na lewą nogę. Przechylał się na boki, a wtedy spadały na niego kawałki odbijającego się światła ze ścian domów. Bo tak to tu wygląda, że elewacje murowanych domów były malowane na brązowo, a tych drewnianych na pomarańczowo.  Dwupiętrowe proste klocki w ściany których zanurzono kawałki szkła. Z rozmysłem, aby tworzyły kształty palm, słońca, złoto-niebieską plażę. Takie tandetne połączenie: smutku życia tu, w tej małej wiosce z tym o czym marzą ci ludzie, którzy związali się ze swoimi krowami. I on. Wbity w rozbłyski sztucznego, szklanego morza, które rozlewało się na ulicę i na jego twarz. Ze wzrokiem skierowanym w czarną dziurę asfaltu wyglądał jakby szukał tego dziwnego brzegu, tej krainy z odpadające elewacji starych domów. Kulejący człowiek ze szkła. Czasami się martwiłem, aby się nie przewrócił i nie rozbił na kawałki. Szkliste kawałki mięsa, które ktoś musiałby sprzątnąć z drogi i zakopać pod płotem.

Kiedy zatrzymywał się przed bramką prowadzącą do jedynego sklepu spożywczego, mocno trzymał się słupka i z obrotem wchodził do środka. Prawie jak jakiś jedyny  zapomniany kowboj z Podlasia. Był w tym taki poważny, groźny, nieobliczalny jak Clint Eastwood w “Mścicielu”. Witał się słowami:

– Szczęść Boże.

Potem zaczynał rozmawiać o tym, że czas go upokorzył, że jest jak stara maszyna, jak ten jego siewnik, który już nigdy nie ruszy, nie zrobi tego do czego został stworzony. Pełne żalu opowieści o siewcy, który zardzewiał i zapomniał o tym co było dobre w jego życiu.

Kiedy podawałam mu kolejne piwo marszczył czoło by cicho mówić:

– Czy ty mnie próbujesz upić?

A ja odpowiadałem:

– Nie dam rady tyle wypić, wolę posłuchać o twoim życiu.

Zaczynał się śmiać i odpowiadał:

– Nie ma w tym sklepie tyle alkoholu, abym mógł ci skończyć opowiadanie o swoim życiu. Trzeba by było tego wypić… morze.

***

– Rękę straciłem przez przypadek. Tam gdzie stoją te drzewa, o tam…  było ich więcej. Mieliśmy za zadanie, znaczy my chłopcy z PGR-u wyciąć to wszystko w pień. Szliśmy tam z siekierami, jakby na sąsiednią wioskę. Wiesz taka energia w nas była, taka siła, że wspólnie i razem. Tak jak ci kiedyś na tych Żydów w Jedwabnem.

– A co to kurwa za porównanie.

– Taka prawda była, nikt nie mówi, a wszyscy wiedzą. Co ja ci tu będę opowiadał. Było minęło. Nie ma już jednych ani drugich. Tylko pył na łąkach tak jak teraz, jak ta susza na bagnach. Chcę ci powiedzieć, że jak trzeba było coś zrobić, to my żeśmy robili to jak najlepiej. Rozumiesz?

Nie umiałem tego pojąć, znaczy sposobu jego myślenia. Wszystko czym żył było prawdziwe, i wszystko co się wydarzyło wokół niego, każda historia, nawet najgorsza z czasem stawała się zwykła, przeciętna, zwyczajna, tak prosta jak szklanka wódki. Zniekształcona, wykoślawiona przez wątłą pamięć. A potem to spowszedniało, stawało się nijakie, przeźroczyste, znikało i nie miało w sobie żadnej wartości. Refleksy światła z elewacji sklepu spożywczego w Mocarzach. Pył. Susza.

– I my wszyscy rąbaliśmy ten las. Ja stałem obok jednego takiego z sąsiedniej wioski z Chylin on był. Chłop wielki, silny, to siekierą machał tak, że o mało mi głowy nie ściął. Rąbał tak jak się powinno rąbać. Położyłem rękę na pniu drzewa. On się odwrócił i uderzył. Mocno. Nawet nie bolało. Na początku nie bolało. Potem zemdlałem, ale mówili, że się śmiałem. Odciął mi dłoń w połowie, tak po skosie. Zabrali mnie do Białegostoku do takiego dużego szpitala. Pełno ludzi, białych świateł, czysto jak w kościele. Biegali do mnie, często zadawali pytania jak się czuję, a ja już nic nie czułem. Nawet mnie bolało. Wydawało mi się, że ruszam palcami. Czuje je. Dotykam twarzy, drugiej ręki, ale ja już palców nie miałem. Potem taki lekarz, profesor jakiś, który wyglądał jak Św. Piotr – biały jak gęsi puch – powiedział, że mi te palce spróbuje przyszyć. Bo szybko mnie tu przywieźli i że mogą to zrobić i czy ja się zgadzam. Nie wiem czemu się zgodziłem. Na odcięte palce. Jakby na czyjeś inne. Chciałem być sprawny pewnie dlatego bez wahania powiedziałem, że chcę. Po co komu w wiosce siewca bez ręki, po co w ogóle komu człowiek bez ręki. Pomyślałem, że jak maszyny naprawiają to i mnie naprawią. Wymienią części – rozumiesz.

– Rozumiem.

– I mnie zabrali na taką salę, zielone płytki tam były i taka wielka lampa. Jasna jak słońce, albo jak księżyc w pełni. Tyle pamiętam.

– I co się stało jak się obudziłeś.

– Na początku to wepchali we mnie tyle leków, że nie wiedziałem czy żyje czy umarłem. Widziałem poruszające się cienie, okno z którego wpadała taka ciemność, że aż strach. Prawie jak śmieć. I ja tych palców dalej nie czułem. Oni mi ją naprawili, ale widać mój organizm już ich nie chciał. Dłoń zrobiła się czarna, ciemna, zimna jak lód. Potem mi powiedziali, że umarła, znaczy że obumarły komórki i wdało się zakażenie. Odcięli mi ją przy łokciu, żeby gangreny nie było. Tak oto pół dłoni zostawiłem w lesie, a resztę zabrali mi w szpitalu.

– O cholera.

– Wróciłem do domu. Ludzie mnie żałowali, ale mi się wydaję mnie unikali, unikali tego, że będą musieli mi pomagać. Bo co ja tu mam? Kogo ja mam? Nikogo.Tylko wódka mi została i tak piłem kilka lat. Wszystko piłem. O… jakbyś wtedy ze mną zaczął rozmawiać to bym ci powiedział, że przyłożyłem usta do brzegu morza i prawie udało mi się je wypić.

– A teraz?

– A teraz to ja już o niczym nie myślę. Tylko wiesz co jest najdziwniejsze w tym wszystkim?

– Co?

– Życie mi uciekło, a ja nigdy nie widziałem morza. Nawet nie wiem jak pachnie i jak smakuje. Tylko wiem, że gdzieś jest, tak naprawdę jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *