Pawilon dla pand uczących się żyć dziko

Nie miałem pojęcia co to znaczy samotność. Co to znaczy mieć wreszcie święty spokój, który wcale nie jest święty. W byciu samemu nie ma nic świętego, ani męczeńskiego, przewrotnego czy też bohaterskiego. To tylko moment, w którym wszystko się zatrzymało.

Z przerażeniem patrzę na swój pusty pokój, który  przypomina mi pawilon dla zwierząt. Pawilon dla pand, bo takie ciche miśki. Już widzę jak ospałe czarno-białe turlają się po niezasłanej pościeli. Do jedzenia dostają gałęzie, zbilansowaną karmę, a gapiący się sąsiedzi, rodzina, koledzy po chwili podziwiania odchodzą znudzeni. Tak, to zdecydowanie terrarium dla pand.

Kanapa wygięta w literę L, na której nie umiem się wygodnie położyć, więc czasami bujam się jak dziecko tych pand-miśków-miłych, które nie chciały się nigdy ze sobą poznać, więc je do tego zmuszono. Ale przynajmniej zrobiono to po to, żeby przetrwały.

Obdrapany stolik z czystym szkłem, przez które widać panele imitujące sosnę. Powietrze pachnące zastygłą w kubku kawą i czymś co zaczyna się powoli rozkładać. Zielony dywan z prawie niewidocznymi kształtami roślin, jak łąka wgnieciona w ten panelowy las. Na biurku rzędy butelek po piwie. Równo ustawione na krawędzi. Pozbawione płynnego ciała samobójczo zmierzają w kierunku krawędzi na zupełne roztrzaskanie. Za chwilę przestaną istnieć, a w ich miejsce pojawią się nowe. W samotności pije się do znudzenia, a potem zapomina, że piło się w ogóle. Wygląda na to, że zamieniłem się w pijącą pandę, która czasami wygląda przez balkon i jedyne co widzi, to inne pawilony, inne terraria, w których szybko gasną światła i wszystko znów się zatrzymuje.

****

Pamiętam, że jako młody chłopak bawiłem się z kolegami w starej opuszczonej jednostce wojskowej. Pachniało tam starym drzewem, słodkawym kurzem, którego tumany ganiały się po otwartej przestrzeni. Napadło nas kilku starszych chłopaków. Dostałem propozycję, albo skaczę z drugiego piętra albo otrzymuję wpierdol, wybrałem wpierdol. Wystarczyło jedno mocne kopnięcie w gardło. Upadłem na kolana, zabrakło mi powietrza w płucach, łzy zebrały się w oczach, a w ustach poczułem krew. Jakby zbiegła się z całego ciała na ratunek potłuczonej krtani. Na przeciwdziałanie bólowi. Gęsta, myszkująca między dziąsłami. Wylała się ze mnie strumieniem prosto na podłogę starej jednostki. Przez dwa tygodnie nie mogłem mówić. Jedyne co z siebie wtedy mogłem wypluć, to jakiś niezrozumiały chrobot.

Z nią było tak samo. Obserwując ją brutalnie milczałem, aż w końcu zaczynałem mówić.

Siedziała w kuchni z nogami założonymi na krzesło. Jej broda i policzek wgniatały się w kolana. Wyglądała jak drobny ptak, który zasypiał na elektrycznym drucie. W spokoju wsłuchiwała się szum mieszkań poniżej. W prawym ręku obok stopy dopalał się papieros. Jego dym mijał ją zawirowaniami i zamieniał się w białą ścianę. Mógłbym tak patrzeć na nią godzinami. Jedno przeciągłe spojrzenie. Jakbym patrzył na obraz.

Ci, którzy są dla siebie z potrzeby bycia z kimkolwiek obserwują się. Wyczuwają niepokój, pewnie dlatego, że szybko od siebie odchodzą i każdy chce wziąć dla siebie jak najwięcej. Pomyślałem, że to zupełne przeciwieństwo ludzi zakochanych, którzy oczekują czułości. Chcą być związani tymi samymi myślami.

– Kiedy przestaniesz się na mnie gapić?

– Nie wiem jeszcze.

– Jeżeli ja patrzę na ciebie w taki sam sposób jak ty na mnie, to musi być bardzo smutne.

– To nie jest smutne tylko praktyczne.

– W czym?

– Praktyczne w tym, że patrzę na ciebie w krótkim czasie, a w ten sposób oszczędzamy sobie błędu bycia z kimś z kim nigdy nie powinniśmy się spotkać.

– Aaa uważasz, że nie powinniśmy się nigdy spotkać, więc co ja tu robię?

– Siedzisz i palisz papierosa. A tłumacząc dalej to nie będziemy siebie nigdy ranić i nie musimy siebie nienawidzić. Praktycznie nie potrzebujemy siebie i niczego nie musimy przed sobą udawać ani ukrywać. Ale za to mogę patrzeć na ciebie do tego momentu, aż wstaniesz, ubierzesz się i wyjdziesz. W tym też nie muszę mieć umiaru ani oszczędzać na tobie swoich spojrzeń. Ty możesz tak samo. I to jest praktyczne.

– A może ja stąd nie wyjdę?

– Wyjdziesz.

– A może ja jestem uparta?

– Wiesz co jest najgorsze w pragnieniu bycia z kimś do kogo coś czujesz?

– Co?

– Nie to, że nie możesz tego kogoś mieć, tylko to, że się wreszcie z tym pogodzisz.

– To dlatego ludzie są sami?

– Pewnie powodów jest wiele, ale ten najbardziej boli więc uprzedzam, że możesz sobie tego oszczędzić.

– Mnie boli tylko posiniaczona ręka.

– No to się nie przejmuj tym czy to jest smutne czy też nie. A temu co się teraz dzieje, nie powinnaś ufać, bo tak naprawdę nic się nie zaczyna. A jeżeli między nami nie ma początku, to zostaje tylko to co widzimy. Tego nawet nie musisz pamiętać.

– Jesteś bardzo wygodny. Włóczysz się po czyiś uczuciach, jakbyś nie miał swoich. Gapisz się na nagą kobietę i proponujesz jej, żeby zrobiła to samo, a potem o tym zapomniała.

– Powiedz mi jedno, czy jeżeli nie byłoby mnie w twoim życiu, wiele by się zmieniło? Tak czy inaczej byłby ktoś inny. Ja jestem tym innym, który rozumie to co do niego mówisz i czego potrzebujesz, ale tylko przez jedną noc czy dzień. Znów praktyczny układ.

– Teraz,  to ja potrzebuję więcej niż mi dajesz.

– Wiem, ale nie mam już więcej.

Wstałem i otworzyłem żaluzje. Nić światła przebiła się przez dym, zahaczyła o jej ciemne włosy i wylądowała na stopach. Wyglądała na zabitą przez światło. Boska proc wystrzeliła promień, który zabił najbardziej cichego ptaka w tym bloku. Jednak po chwili podniosła rękę i zgasiła papierosa.

– Znam takie miejsce, tu u nas na Podlasiu. Zabrane cywilizacji przez zapomnienie. Nie ma tam nic ciekawego. Trawy, podmokły las, kilka łosi, sarny, pliszki. Wędruje się wzdłuż rzeki, która przecina łąki, zakręca, znika za wysokimi trzcinami. Zdawałoby się, że nie ma końca, bo przez jakiś czas lśni jakby zamieniła się w opadające powoli słońce. Takie melancholijne miejsce lub po prostu jestem pojebany i pijany opisując ci to w ten sposób. Czasami jak tam chodzę, zdejmuję buty. Boso idzie się wolniej, ale czuje się każdy krok. Nie wiem dlaczego, ale tylko wtedy, w połowie drogi zaczynam tęsknić za powrotem i za tym żeby ktoś na mnie czekał.

– Kto by pomyślał, że stać cię na tęsknotę? Zabierzesz mnie kiedyś tam?

– A umiesz chodzić boso.

– Nie wiem, ale z chęcią się przekonam, więc…

– Może kiedyś.

– Wiesz czasami myślę, że się mnie boisz.

– Nie boję się ciebie, tylko tego, że będziesz chciała zostać.

– Buuuuu, więc bój się.

Kiedy się uśmiechnęła nie miała na sobie już tego promienia słońca, ale na jej twarzy pojawiły się cienie, czarne plamy. Boże – pomyślałem – druga panda, którą ktoś mi wrzucił do terrarium.

– Ten twój pokój wygląda jakby mieszkało tu jakieś zwierzę. W sumie tak też się czasami zachowujesz.

– Nawet nie wiesz jak bardzo trafiłaś. Ostatnio o tym myślałem, że mieszka tu jakiś ostatni egzemplarz zwierzaka, panda jakaś…

– Ja pierdolę, jak ty coś powiesz…. Porównałeś się do pandy, a nie mogłeś do czegoś innego do legwana, kolibra, cholera do jakieś pijanego leniwca.

– Nie wiem dalczego tak mi się skojarzyło.

– Kiedyś oglądałam taki program o tych miśkach. Wiesz dlaczego są czarno-białe?

– Nie wiem.

– Biały grzbiet pozwala im ukryć się w śniegu, a czarne łapy w cieniu. Rozmnażać mogą się ja dojrzeją dopiero po sześciu latach.

– Dobrze, że jestem starszy. Zgasisz światło.

– Zgaszę.

– Widać mi łapy?

– Nie.

– Tobie też nie widać.

– To chyba dobrze, nie będziesz widział, kiedy sobie poszłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *