Maryśka była moją znajomą z lat młodości. Uciekała z rodzinnego miasta zostawiając za sobą bezpieczne, prowincjonalne życie. Nie mam zielonego pojęcia co robiła przez ostatnie piętnaście lat, w sumie to mało mnie to obchodziło. Odnalazła mnie, zadzwoniła i koniecznie chciała się spotkać. Wróciła jako zupełnie inna kobieta, ja też byłem już zupełnie kimś innym.

Przyjeżdżała po mnie późno w nocy. Żartowałem wtedy, że gdy wraca do tej śmierdzącej stolicy, to robi się głodna i przypomina sobie o mnie. Wtedy ona uśmiechała się i wpychając do ust kilka frytek kiwała głową, że właśnie tak jest.

Prowadziła nerwowo swój duży, drogi samochód, w którym wyglądała tak jakby gwizdnęła go swojemu ojcu. Lubiłem na nią patrzeć, kiedy prowadzi. Jak jej drobne dłonie zwinnie przekładają kierownicę, jak ją wypuszcza i po chwili mocno zatrzymuje. Potrafiła odebrać telefon od swojego męża, aparat przyciskała ramieniem do ucha i jednocześnie wrzucała kierunki, zmieniała stację radiową i puszczała do mnie oko. Nigdy nie pytałem o to z kim jest, co robi, jak wygląda jej życie, a i ona sama nigdy nie chciała o tym rozmawiać. Bardzo wygodny układ, który dawał swobodę na to, żeby jeszcze raz się poznać lub odwrotnie – zapomnieć kim się było i jest.

Nasze spotkania zawsze miały podobny scenariusz. Maryśka zabierała mnie z umówionego wcześniej miejsca, a ja miałem za zadanie sprawić, żeby się uśmiechnęła. Tylko tyle. Kabinę samochodu wypełniał zapach fast foodów, z głośników płynęła Alice Coltrane, której dźwięki harfy i kontrabas przyprawiały o drżenie zaparowane szyby. Kiedy się uśmiechała mrużyła oczy, a na szyi pojawiała się bruzda przypominająca bliznę. Lekka linia skóry, którą pragnąłem wyprostować jednym ruchem palca. Nieznośnie mnie prowokowała. Maryśka doskonale widziała, jak na nią patrzę. Jak przestaję się kontrolować i zaczynam głośniej oddychać. Wtedy jednym z przycisków otwierała dach samochodu, który zamieniał się przeszkloną przestrzeń. Odchylała fotel i leżąc kazała sobie opowiadać o gwiazdach. Powtarzałem jej, że te romantyczne gadki mi nie wychodzą, ale nalegała. Ustawiałem fotel w podobnej pozycji. Kładłem głowę na jej brzuchu i zadając jej pytania o to, co widzi, wymyślałem najprzeróżniejsze historie. Opowiadałem o tym dlaczego gwiazdy, które widać już nie żyją, dlaczego długość światła zmienia ich barwy i dlaczego pewne konstelacje znikają zimą, a pojawiają się latem. Czułem, że podnosi się temperatura jej ciała, że jej serce przyspiesza i robi się głośniejsze, że jej dłoń bezwiednie dotyka moich ramion. Gdy zaczynała wbijać paznokcie w moje plecy przestawałem. I za każdym razem kiedy podnosiłem głowę widziałem jej oczy, w których odbijał się zimny blask rozgwieżdżonego nieba. Kawałki światła zamienione w spojrzenia. Smakowała frytkami. Jej ślina kleiła się do moich policzków, jej ręce myszkowały pod moją koszulą drapiąc plecy i brzuch. Wtedy bardzo często kazałem się jej zatrzymać. Zostawić mnie na chwilę. Wariowała. Kładłem dłoń na jej szyi, żeby odnaleźć tę ciemną linię, ten kawałek nierównej skóry, który tak mi nie pasował do reszty jej ciała. Mężczyzna, który szuka czegoś jest podejrzliwy, nie wierzy krzykom i prośbom żeby już przestał. Nie waha się. Trzymałem ją tak mocno, że czułem jak jej szczęka zmienia położenie, a z szyi zniknęła ciemna linia. Potem dotykałem jej niżej, a moje palce wyhamowywały na wilgotnej skórze. Parowała perfumami, gorzko osiadały na moich ustach i z każdym oddechem wchodziły w moją krew. Na przeszklonym suficie samochodu pojawiały się odciski dłoni, stóp, ramion, włosów. Mapa tłustych śladów, rozmazujących ciemność w abstrakcyjny obraz – autoportret pożądania.

I do tej pory zastanawia mnie jak ona się z tego za każdym razem tłumaczyła.

Kiedyś Maryśka zaprosiła mnie do siebie, na swoje urodziny. Z oporami, ale uległem namowie. Jej dom przypominał wykastrowaną z ciepła salę operacyjną. Wszystko białe, połyskujące, zamrożone w permanentnej czystości. Poznałem jej męża, znajomych, jej kota. Poznałem też Ankę – przyjaciółkę. Gospodyni posadziła mnie właśnie obok niej, dziwnie uśmiechając się do nas obojga. Miałem wrażenie, że jestem w coś uwikłany, że właśnie bezwiednie zaplątałem się w porozumiewawcze spojrzenia tych dwóch kobiet. Wyczuwałem, też że wielkie, rozpalone źrenice Maryśki popychają mnie w kierunku Anki z jakimś dziwnym podnieceniem. Anka okazała się bardzo inteligentną kobietą. Rozmawialiśmy o wszystkim, a ja z każdym zdaniem i z każdym wypitym kieliszkiem zdejmowałem z niej ubrania. Ona śmiejąc się dotykała mojego kolana, ręki, a Maryśka nas obserwowała unosząc kąciki ust, które układały się w podstępny grymas. Wtedy Anka zaproponował żebyśmy zwiedzili górę, że podobno z balkonu widać dom Maryli Rodowicz i jak będziemy mieli szczęście, to zobaczymy ją jak chodzi w kapciach. Rozbawiła mnie tą naiwną propozycją.

Anka miała zaplecione w warkocz włosy. Ciemne, gęste, pachnące rumiankiem. Stała na balkonie odwrócona plecami i palcem pokazywała mi dach jakiegoś domu: – To tam mieszka Maryla – powiedziała. Znów mnie rozbawiła.

Miała odkryte ramiona, a jej bluzka marszczyła się delikatnie na biodrach. W półmroku jej plecy wydały mi się strasznie zimne. Spod warkocza przesuwała się w dół grupa ciemnych plam, obnażająca wystające kości kręgosłupa. Zapragnąłem wydłubać te cienie językiem. Wgryźć się zębami w odstającą łopatkę i zadać jej w ten sposób ból. Sprowokować ją do tego, żeby odchylając ramiona razem z bluzką zrzuciła z siebie moje usta, a ja mógłbym wrócić do niej jeszcze bardziej agresywny. Nie wytrzymałem. Stanąłem za nią, objąłem jej biodra i pocałowałem szyję. Anka zamknęła oczy, odchyliła głowę i mocno złapała się barierki. Jej piersi zmieściły mi się w dłoniach. Idealnie dopasowane, idealnie okrągłe jakby czekały na to, że zaraz rozepnę stanik i staną się częścią moich uścisków.

Nawet nie usłyszałem jak na balkon weszła Maryśka. Położyła ręce na moich plecach i po chwili złapała moje dłonie, które trzymały kurczowo Ankę. Potem wyrwała mi ze spodni koszulę i ugryzła w plecy. Jeżeli Maryla Rodowicz faktycznie tam mieszkała i jeżeli właśnie wtedy wyszła na balkon w kapciach podlać kwiaty, to widziała jak troje ludzi przyklejonych do siebie próbuje pokonać barierkę balkonu. Jak pcha ich w kierunku ziemi siła wspólnej grawitacji, wspólnego magnetyzmu, jakby naelektryzowane fragmenty ciał nie dały się rozłączyć, a cała zespolona istota traci równowagę i upada z hukiem na ziemię. Już to sobie wyobrażam, jak zeznaje jakiemuś policjantowi co widziała. Jak trzyma się za usta mówiąc o tym jak wypadliśmy zapomniani w sobie z balkonu.

Chwilę potem ktoś z gości zawołał Maryśkę, a tak jak oparzona uciekła na dół. Anka odwróciła się w moją stronę i powiedziała, że zaraz ma po nią przyjechać jej chłopak i musi wracać do domu.

I tak się stało. Anka poznała wszystkich ze swoim partnerem, pożegnała się i opuściła urodziny. Maryśka przygotowała mi pokój, w którym zasnąłem z jej kotem. Nad ranem odwiozła mnie na autobus. Nie rozmawialiśmy na temat balkonu, nie wspominaliśmy Anki, a jedyne co od niej usłyszałem na pożegnanie, to to że mam fajne plecy.

Nie wierzę w miłosne trójkąty. Nie ma czegoś takiego, jak miłosny trójkąt równoramienny, którego wzór na obwód daje wszystkim ten sam wynik. Nie wierzę w miłość trojga ludzi do siebie, bo ta jest podzielna tylko na dwa. Inne wariacje w matematyce nazywane są naiwną teorią mnogości, która oparta jest na intuicyjnym traktowaniu zbiorów. Jednak do tej pory wielu naukowców twierdzi, że godzi w zdrowy rozsądek i ja się z tym zgadzam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *