Żeby nie kierunkowskazy, których jest tu pełno, podejrzewam, że wszystkie tutejsze drogi łączyłyby się w jednym miejscu. Wielkie asfaltowe lodowisko, z którego wylewa się droga na Banicę. Podróżując z przyklejoną głową do szyby zdaję sobie sprawę z tego, że ten który ma zaznać czegoś po raz pierwszy, nie powinien się spieszyć. Nie powinien wyobrażać sobie jak to będzie, nie znając końca podróży. Jeśli wytrwam w tym upale, to wieczorem pozwolę sobie na wypicie kilku kieliszków wódki, a jeżeli uda mi się znośnie przejść przez wieczorek zapoznawczy, to nawet skończę butelkę, tylko po to, aby udowodnić sobie, że ciepła wódka jest jeszcze lepsza niż zimna. Trzeba przecież dochowywać wierności swoim demonom, nawet wtedy kiedy nie wypada.

Kiedy dotarłem na miejsce zdałem sobie sprawę, że większość pacjentów w tym uzdrowisku dla wyobraźni, pierwsze co robi to zamyka się w swoich pokojach. Wyglądają przez okno jakby chcieli zobaczyć drogę powrotną do domu, wykonują pierwsze telefony żegnając najbliższych słowami zadzwonię wieczorem i wychodzą, żeby zadać innym uczestnikom najbardziej frapujące ich pytanie tego dnia: A ty czym się zajmujesz?

Ja z kolei pierwsze co robię, to zabieram się za zwiedzanie. Na łąkach wokół domu pojawiają się stada kóz i blokują moje podglądanie krajobrazu do czasu, aż jakiś człowiek z witką w ręku rozgoni te wybekane towarzystwo. Chociaż kozy w swoim istnieniu są odrażająco prostolinijne to myślę, że jeżeli ludzie mieliby tak mocne żołądki to trawiliby każdy alkohol, każdą ilość zgniłego jedzenia, ba nawet niechcianą garderobę. Oczywiście jest też tysiąc różnych powodów dlaczego koza nigdy nie stanie się dla człowieka takim zwierzęciem jak pies czy kot, ale pojmując istotę kozy wydaje mi się, że mógłbym taką posiadać. Codziennie rano stwierdziłbym, że jest ktoś obok mnie, kto zeżarł, wypił najgorsze ścierwo i nadal wygląda gorzej ode mnie.

W cieniach rzeki dostrzegam odpływającą historię tego miejsca. Kikuty domów, nieistniejący ludzie, których prochy wskrzesza rozszalały między górami wiatr. I myślę sobie, że mógłbym nawet przemycić do głowy jakąś tandetną, bezbożną i melancholijna myśl o tym co tu się stało, że mógłby w  tej substancji znaleźć coś, co jest warte opisania, ale wracam do domu, żeby przygotować się do kolacji. Wieczorne spotkanie w uzdrowisku wyobraźni mija raczej poprawnie.

Wyczuwam nabrzmiewające napięcie, a może strach. Piszący człowiek może czuć się zagrożony przez cudze pisanie. Może obawiać się tego, że to zrobi mu krzywdę, że spowoduje wypadek ze znacznymi szkodami, taką duchową kraksę, która swoimi odpadkami chaotycznie wypełni to, co jest niewypełnione. Strach w oczach daje się czytać prawie jak książkę.

Właśnie książki. Po kilku rozmowach odnoszę wrażenie, że muszę na nie uważać. Na twórczość tych noblistów, których nie wszyscy lubią, na tych martwych pisarzy o nieznanych nazwiskach, na tych rzemieślników słowa skłonnych do ciemnych paradoksów. To wszystko wywołuje u mnie jedynie zaciekawienie, a nie chęć poznania.

Racjonalizowanie życia towarzyskiego odbywa się przez to, że kieliszki przypominające koziołki zapełnia się ciepła wódką. Spożywa się ją szybko, bez mrugnięcia okiem i powtarza to jeszcze raz i jeszcze raz. Dopiero wtedy można dostrzec jednorazowość takich momentów, ich rozwarstwianie się, rozwlekanie na grzecznościowe uśmiechy, poprawne gesty. A potem pije się, żeby być  odważniejszym, pije się żeby nic nie pamiętać, pije się do snu, na obronę swojego pisania, pije się szybko, pije się dokładnie. A w ten pierwszy wieczór w tym miejscu piłem, żeby nie zapomnieć jak będzie smakował mój ostatni kieliszek w tym uzdrowisku dla wyobraźni.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *