Urodziłem się w upalne lato, a kilka miesięcy później przyszła zima stulecia z tumanami śniegu, który zabetonował sobą cały kraj. Jeżeli miałby nastąpić kiedyś arktyczny koniec, to podobno tak właśnie by to wyglądało. Urodzony w roku, w którym przeprowadzono symulację końca świata. Nie pamiętam, ale… może było to jakoś tak.

Lawiny uderzają z nieba. W drogi, w domy, w psie budy, pozostawiają tylko odkryte grzebienie płotów. Powstają olbrzymie pastwiska bieli, na których wiatr wypędza rozjuszony śnieg. Jednolita masa połykająca pnie drzew, wykoślawia gałęzie na kształt przymkniętej dłoni. Skazane na nierozkwitanie, na łamiące je zmarzliny, na wielomiesięczną zaciśniętą czarną pięść.

Archipelagi blokowisk, w oknach których mrugające świeczki dają nadzieję, że ktoś to w ogóle przetrwał. Ledwie zauważany sygnał SOS. Budynki parują z przegrzania, a kiedy zrywa się wiatr, wyglądają tak, jakby miały zaraz odpłynąć, zostawiając za sobą smugi dymu. Z pękających ścian uwalnia się para i w oka mgnieniu zamarza, po chwili opada na ziemię jako śnieg.

Ruch miast zniknął pod kilkumetrowymi zaspami. Nie mogą ich przebić naostrzone łopaty robotników i żołnierzy skierowanych do walki z zimą. Hydrauliczne łyżki koparek z zębami pokrytymi lodem czynią tępe ugryzienia, a te nie prowadzą głębiej. W końcu odpadają im zęby pozostawiając operatora w zdziwieniu, a maszynę na ostygłe unieruchomienie.

Na parkingach skupiska zahibernowanych Małych Fiatów, jak drobne owady, których odkryte pancerze dachów zbierają najmniejsze promienie słońca. Wygrzbiecone Warszawy wbite maskami w olbrzymie zaspy wyglądają na porzucone. Rdza szronu zaraża karoserie, ale ich wnętrza nie śmierdzą, nie gniją, nie starzeją się. Zamarznięte przewody kapią resztkami paliwa. Wykrwawione do cna Syreny, Fiaty, blaszane Żuki. Filtry powietrza napychają się mrozem, a pękający głośno plastik desek rozdzielczych połyskuje w ciemnościach zgaszonymi kontrolkami. W kabinach nieruchome dźwignie zmiany biegów, przewrotnie ozdobione bursztynową gałką, przypominają niewielką szpilkę, jaką metalowy owad został przybity do ziemi. Okazy otoczone bursztynem lodu.

Pochylone linie wysokiego napięcia przymarzają czarnymi kablami. Przypominają porwaną pajęczą sieć. Elektryczność podawana prosto w zaspy z błękitnym błyskiem prądu, który przeskakuje na prawie bezużyteczne uliczne lampy. Te porażone impulsami rozpalają szklane klosze żółtym, ciepłym światłem.

W ciągłej bieli wiele rzeczy traci kolor na rzecz szarości. Nawet śnieg szarzeje, jakby jego kryształy pod wpływem nadciągających nocy zaczęły przekazywać sobie ciemność. Wszystko z czasem dąży do tego, żeby zamienić się w mrok, w zimną śmierć.

Odgrzebane przystanki autobusowe przyciągają ludzi, którzy stają do siebie plecami. Szerokie powierzchnie ciał przekazują sobie ciepło. Pewnie dzieje się to intuicyjnie. Ciało dąży podświadomie do drugiego ciała, przyciąga się, żeby przeżyć. Rozpalone koksowniki sennie drżą raz fioletem, raz pomarańczem skutecznie odganiając od siebie śnieg. Ich czarne, osmolone nogi wbijają się w jedyne wolne kawałki ziemi, która rozmrożona zaczyna pachnieć suchym betonem. Prawie zerowa higroskopijność, wokół której grupują się postaci ludzi zakopane w czarne płaszcze. Czapki z królików, palta z nutrii, których sierść jeszcze bardziej sztywnieje na zimnie. Buchające parą z ust imitacje przydomowych zwierząt. Wyglądają na skupionych, na myślących o tym, żeby koksowników nie przestawały wysypywać się rozpalone do czerwoności diamenty węgla.

Nie umiem sobie wyobrazić tylko tego, jak wyglądały twarze ludzi, którzy zakneblowani szalikami w milczeniu czekali na wiosnę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *