Złodziej bocianów

Próbuję  przypomnieć sobie jak to miejsce wyglądało kiedyś. W sumie wiele się nie zmieniło: faktura ziemi i przyklejony od góry plaster szarości imitujący niebo. Widok wydaje się zupełnie pospolity i ten sam co wiele lat temu. Jedynie od czasu do czasu pojedyncze liźnięcia słońca nadają ton wzniosłości. Może to jest właśnie boskie baczenie, utrwalanie przez błysk, a raczej flesz słońca, obrazów, które warto zapamiętać, bo są wyjątkowe.

Piaskowa droga nadal rozsypuje się na brązowo-czarne pola. Jak żółta linia otoczona mokrym, plastelinowym, lepiącym się do siebie krajobrazem zaoranej ziemi. Wygląda zupełnie przypadkowo i trochę nie pasuje do całego widoku. Wyrywa się z niego swoim pełzającym spokojem i otaczając kolejne wzniesienia znika. Sprawia wrażenie jakby spadała w bezdenną przepaść lub zamieniała się w leżącą poniżej rzekę. Ziemia piątej kategorii szybko tutaj wysycha tworząc jeden, olbrzymi kawałek winylu. W najwyższym punkcie przechylona w lewą stronę kapliczka przypomina srebrzący się trzpień gramofonu, wokół którego kręci się to całe miejsce. Prawie słychać monofoniczny szum przesuwającej się przestrzeni lub modlitwę.

Chyba dlatego lubię tu wracać. Przyglądać się błąkającym łatom gleby, na których wyrośnie tylko żyto, łubin lub wleje się w nie morze chwastów. Jest w tym jakaś tragedia, wyczuwalny smutek. Dziwaczne dzieło nieznanego artysty działające na moje zmysły. Jeżeli obraz wywołuje jakieś emocje to można uznać, że jest dobry. Ten we mnie wywołuje.

Ciekawe jest również to, że stojąc właśnie tu gdzie stoję, nie czuję wiatru. Najniższy punkt został definitywnie pozbawiony świstów, kłębów kurzu, siekającego pod ukosem deszczu. Tu wszystko spada z góry w nienaruszonej formie. Nawet zmierzch w tym miejscu początkowo jest wyraźnie niebieski, potem fioletowy, a na końcu zapala czerwienią krawędzie piaskowej drogi, żarzy się i gaśnie tak nagle. Może to jedyne takie miejsce, w którym noc zapada szybciej, niż gdzie indziej w Polsce.

Póki nie przypełzną tu rolnicze maszyny, panuje zupełny spokój. Antydepresant podawany przez oczy i dodatkowo rozpylony w powietrzu. W sam raz dla nie umiejących oddychać miejskim powietrzem. Leczniczy zapach tężejącego błota i lekko słodkawy smak wybuchającej wiosny. Chyba za nic w świecie nie chciałbym być gdzieś indziej niż właśnie tu.

No cóż, jednak pominąłem pewien element, który był tu obecny od zawsze, ale zniknął.

Przecież brakuje tej starej chaty, która stała tutaj pewnie z pięćdziesiąt lat. Ktoś ją zaorał lub wywiózł w całości. O rany, przecież tam była jeszcze ta stara babka. No tak.

Ten dom stał tu jako jedyny, oddalony od wioski. Tutejsi mówią na takie miejsca, że to kolonia. Zawsze kojarzyło mi się to z jakimś wygnaniem, banicją za grzechy, bo któż z własnego wyboru chciałby mieszkać z dala od ludzi. Ale ta starowinka mieszkała tutaj latami.

Jej dom był wykonany z równo ociosanych bali. Niewielki i osmołowany wyglądał jakby był w ciągłej żałobie. Zanurzony w wysokich krzakach był widoczny tylko zimą i wczesną wiosną. Latem stawał się częścią zieleni. Okiennice były pomalowane na biało, znaczy kiedyś były, bo z czasem farba zaczęła łuszczyć się pozostawiając na ramach próchniejące strupy gnijącego drewna. Przestrzenie między oknami były wypchane watą, która miała dodatkowo izolować chatę przed mrozem. Niestety pod wpływem lat i brudu zbiła się w szare kłęby i przypominała potworne owady, które za wszelką cenę chciały wydostać się z tego przeszklonego terrarium. To była ruina, ale zamieszkana przez tę babkę. Czasami widywałem ją jak wracała z wiadrem od studni. Podtrzymywała się laską i łapała równowagę z każdym powolnym krokiem. Raz w lewo, raz w prawo, aby dotrzeć do drzwi. Potem znikała wewnątrz czarnego domu.

Pamiętam jak ostatni raz z nią rozmawiałem, choć ciężko to nazwać rozmową. Wracałem swoją piaskową drogą, na którą spadały duże krople deszczu. Rozpadały się na mniejsze i po chwili  zbijały w coraz to większe plamy wilgoci. Babka stała na deszczu i patrzyła się w niebo. Zaciekawiony stanąłem przy płocie i patrzyłem na to, co ta kobiecina robi. Wtedy się odezwała:

– Kochanienki…

– Słucham panią? – odpowiedziałem najgłośniej jak umiałam.

– Panie kochany… gdzie one są?

– Kto taki?

– One… Gdzie są?

Kręcę głową i podnoszę do góry dłonie w geście niezrozumienia sytuacji.

– Kto je ukradł? Ktoś ukradł moje bociany. Gdzie są moje bociany?

– Yyyy, nie mam pojęcia. Może niedługo przylecą – tyle z siebie wydobyłem.

Babka nagle się odwróciła, spojrzała na mnie swoimi małymi oczami, które prawie znikły w dziesiątkach zmarszczek na jej twarzy.  Coś mruknęła pod nosem i zaczęła kuśtykać do drzwi. Usłyszałem tylko:

– Ukradł wszystkie ptaki. Ukradł moje ptaki.

Wydawało mi się jakby skrzypiała, jakby jej kości ocierały się o siebie, a ona podparta laską uciekła do domu ze strachu, że ten wiosenny deszcz rozpuści ją do reszty i nie doczeka się swoich bocianów.

No właśnie. Wtedy widziałem ją ostatni raz. Może umarła trochę później i pochowali ją razem z tym domem. Jego rozpadające się ściany zbili w trumnę i zagrzebali biedną babkę razem ze starym wiadrem i tą watą w oknach.

No więc pozostaje mi westchnąć i wrócić do domu. Piaskowa droga zamieni się w asfalt, puste łąki w murowane domy, zapach błota w smród śmietników.

Pewnie mnie tu znów przyciągnie za jakiś czas. Chociaż odczuwam dziwne wyrzuty sumienia, nie wiem sam… mówią, że przestępca zawsze wraca na miejsce zbrodni.

No tak… a bocianów jak nie było, tak nadal nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *