Od nowa

Zatrzymuję samochód na poboczu. Przede mną orszak żałobny wspina się pod górę. W czarnym mercedesie dieslowski silnik klekocze tak głośno, że nie słyszę, o czym nuci ksiądz, za którym idzie dwóch uśmiechniętych chłopców. Żałobnicy otoczeni są spokojnym, prawie wiosennym słońcem. Przypominają grupę zwiedzających wieś Bronowo. W milczeniu spoglądają na boki, na opuszczone sady, w których rdzewieją grille, leżą plastikowe krzesła i stoły. Te oblepione kawałkami gnijących liści i trawy wyglądają jak bielejące kości, które chcą z powrotem zagrzebać się w ziemi. Prawie jak duchy.

Wycieczka mało udana.

Starszą kobietę podtrzymują dwie inne. Ta co kilka kroków chwieje się, jej głowa opada na pierś, podnosi wzrok i płacze. Obłok spalin przypomina duszę ulatującą prosto z trumny i za każdym razem kiedy samochód przyspiesza, płacz kobiety staje się coraz głośniejszy. Za nimi czarna rzeka ludzi płynąca pod prąd asfaltowej drogi. Nieregularna, wypełniona szlochem, kojarzy mi się z górskim strumieniem, który mimo kamieni i powalonych drzew trwa w swoim postanowieniu – płynie głośno dalej. Niektórzy rozmawiają ze sobą. Pewnie mówią szeptem, może z obawą o to, co usłyszy zmarły. Jakie zdania dotrą do niego przez żałobny śpiew, jakie wspomnienia osiądą na drewnianym wieku z kroplami wiosennego deszczu. Ale on nic nie usłyszy. Silnik mercedesa jest zbyt głośny.

Brązowe pudełko ze złotymi okuciami jest dobrze zabezpieczone przed otwarciem na pace samochodu. Zabezpieczone przed deszczem, przed stłuczeniem, brakuje tylko listu przewozowego i informacji: sprawdź zawartość przesyłki w obecności kuriera. Bezcenny towar wieziony karawanem po odbiór, którego jednak nikt się nie zgłosi, więc zostanie zakopany.

Czarna rzeka mija spokojnie moje auto. Z poziomu szyb obserwuję tylko splecione dłonie. Po chwili w bocznym lusterku widzę ostatnie osoby wchodzące przez bramę cmentarza. Rzeka znalazła dziurę w ziemi. Ujście, które wskazał kierownik tej wycieczki. Śpiewający przez megafon ksiądz oznajmia, że to już koniec.

Dużo ludzi umiera o tej porze roku. Ich suchoty nie wytrzymują pierwszych roztopów. Obce komórki płyną kanałami żył, a fala powodziowa topi narządy wewnętrzne. Nie uchronią się przed nią węzły chłonne, ani układ limfatyczny. Fala zatrzyma się dopiero w basenach oczu wywołując wieczną ślepotę.

Na łąkach wokół wsi umiera powoli śnieg wpisując się bezgłośnie w widok, który zostawiłem za plecami. Topniejący odsłania wulkany kretowisk i wokół zaczyna pachnieć świeżą ziemią. Wiosna ma to do siebie, że póki nie ma słońca, ciężko ją odróżnić od zimy. Nie ma jeszcze symptomów rozanielenia, a może rozleniwienia wywołanego ciepłym wiatrem. Teraz dostrzegam tylko wierzchołki drzew lepiące się do siebie w romantycznym tańcu. Wszystko przegina się w tym samym kierunku, w którym jadę.

Szybko mijam kolejne wsie. Nic w nich szczególnego się nie dzieje. Jedynie jakiś facet, z białą reklamówką wypełnioną czarnymi puszkami mocnej Łomży, udaje się gdzieś na partyzantkę. Pewnie zniknie zaraz ze swoimi granatami, polegnie wymachując groźnie pięścią w kierunku zachmurzonego nieba.

Kiedy docieram na bagna, wiatr goni kłęby śniegu. Z zabrudzonych szarością łąk znika światło. Ten kolor ma to do siebie, że nie wyraża żadnych emocji, nie przekazuje żadnego ciepła, tworzy jedynie przerwę w przestrzeni, która wypluwa ostatnie tchnienia zimy. I jeżeli miałbym opisać koniec czegoś np. koniec życia, to wskazałbym za powód tego zdarzenia właśnie panoszącą się bezkarnie szarość.

Do obserwacji pierwszych ptaków pożyczyłem starą radziecką lornetkę. Przybliża, znaczy działa, ale niedoskonale. Jej lewy okular nie ostrzy, więc obraz jest ciągle rozmazany i kiedy się przez nią patrzy, można pomylić jakieś domniemane zwierzę z kawałkiem drzewa, czy jakimś śmieciem. Lornetka, przez którą nigdy nie zaobserwujesz tego, co jest naprawdę. Ale może o to chodzi, aby pierwsze ptaki podglądać trochę okłamując siebie. Bo nie ma ich jeszcze za dużo, bo to jeszcze nie jest wiosna w pełni.

Jednak są.

Pierwsze gęsi spadają z nieba jakby nie miały już sił lecieć dalej.

Gęsi gęgawe. Ruchliwe długie szyje, krzyczące dzioby, nawołują, wypatrują nerwowo lecących na bagna żurawi.

Właśnie wszystko zaczęło się od nowa.

Widzę to dobrze przez pożyczoną radziecką lornetkę.

Wszystko staje się niewyraźnym przeciwieństwem szarości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *