A jak daleko jest do „Lezbony” cz. 3

Do hotelu Heritage Avenida Liberdade dotarliśmy późno w nocy. Mała zasnęła w taksówce na moich kolanach. Kiedy niosłem ją do pokoju jej policzek przyklejony do mojego nagle się oderwał. Spojrzała na mnie na wpół otwartymi oczami i szepnęła:

– Tato jesteśmy już w “Lezbonie”?

– Tak kochanie. Jesteśmy – odpowiedziałem cicho.

– To dobrze. Myślałam, że zabłądziliśmy i już nigdy nie wrócimy do domu.

– Wrócimy kochanie. Śpij.

***

Z tymi naszymi wyjazdami jest zawsze tak, że pierwszą noc spędzamy oddzielnie. Mała zasypia i śpi jak kamień, natomiast my nie możemy. Ja zazwyczaj chodzę i oglądam pokoje, sprawdzam ciepłą wodę, przełączam światło, przeglądam kanały w telewizji. To ujawnia się moja nerwica natręctw. No, może nie do końca nerwica, ale lęk czy wszystko działa. Tu, w Lizbonie było tak samo.

Moja Marysieńka leży półnaga na łóżku i grzebie w telefonie. Opisuje tym swoim psiapsiółkom na blogu “Moja rodzina, mój świat”, który założyła jakiś rok temu, każdą godzinę naszej wycieczki. I to ze szczegółami: ile metrów ma hotelowy pokój, co widać z okna – sruu tu fotka, dalej zdjęcia śpiącej Małej i komentarz: Moje kochanie spędza pierwszą noc w Lizbonie. Dumna.

Zawsze wiedziałem, że to nic dobrego z tej jej pasji pisania na tym blogu to nie będzie. Kiedyś coś palnie takiego, albo wrzuci taką fotkę, że wyniknie z tego jakaś wielka kompromitacja. Dobrze, że mnie pomija w tym całym blogowaniu.

Po dokładnym sprawdzeniu każdego pokoju, sprawdzam jeszcze raz. Pstryk światło, woda w toalecie, prysznic, telewizor do trzydziestego kanału, lampka nocna, okna, drzwi balkonowe i jeszcze lodówka. I dalej mnie korci, żeby tak jeszcze raz…

– Po co tak włączasz i wyłączasz te światła? Przecież wszystko działa. Połóż się spać bo mnie rozpraszasz.

– Ty jako patologiczna optymistka zakładasz, że wszystko powinno być dobrze. Natomiast ja, jako pragmatyczna część twojego związku, wolę sprawdzić i się nie zdziwić. A jak coś będzie nie tak? Klimatyzacja przestaje działać czy telewizor? Przecież ja im nie wytłumaczę o co chodzi, znaczy kiedy i w jaki sposób się to zepsuło? Przecież nie znam portugalskiego. No pomyśl sama jak wytłumaczę, na migi?  No nie wiem, że ty zawsze jesteś tak wystrzelona na tę niepodległość. A jak coś się stanie to ratuj, bo nie działa.

– Zawsze możesz im powiedzieć po angielsku. Obsługa w tym hotelu mówi w czterech językach.

O właśnie w tym momencie wychodzi twój tatuś. Jesteś taka sama. Dać ci miejsce do szyderki to sobie nie odpuścisz. Prawda? Mogłabyś czasami dać spokój tym swoim uwagom. Pisz tam, na blogu, że ci światło gaśnie w lodówce, że gorąco jest czy coś… tam.

Nie denerwuj się. Chodź do łóżka.

Zaraz.

Chodź powiem ci coś optymistycznego na ucho.

Że co?

No chodź.

– Że tak w hotelu? W Lizbonie, przy otwartych oknach? W pierwszą noc? Po portugalsku?

Będę cicho do ciebie mówiła po angielsku.

Maryśka jesteś jędzą.

No chodź.

Czekaj, zgaszę tylko te cholerne światła.

***

Lizbona pachniała kwiatami. Z okna naszego hotelu rozlewały się słoneczne kamienice, wąskie uliczki, na których przeciskały się taksówki i rowerzyści. Ciepłe powietrze falowało rytmicznie zupełnie jakby nasycone tym całym, miłym gwarem, miało przemieścić się dalej w głąb hotelu. Taki dodatek klimatyczny: powietrze nasycone życiem tutejszych mieszkańców i słońcem.

Dziewczyny wstały wcześniej i wygrzebały z walizek większość ciuchów. Jakieś opętanie. Sypialnia wyglądała jakby ją coś nawiedziło, a ze sterty rozrzuconych ubrań wystaje głowa małego dziecka. Rozszalałe oczy odwracają się tylko i wyłącznie za kolorem różowym. Ta Mała jest jeszcze gorsza niż jej matka, albo będzie, jeżeli nic z tym nie zrobię. Nie mam pojęcia czym tego dzieciaka zainteresować, czym przeciągnąć na swoją stronę. Dać jej trochę takiego męskiego szlifu, co by w życiu umiała sobie dać radę. Niestety jej poziom interakcji ze mną zatrzymał się na zadawaniu pytań i na tym, że ciągle mnie krytykuje. W czym świetnie naśladuje swoją matkę. Nawet intonacja w tych samych miejscach.

Z racji tego, że nasz hotel mieścił się w dzielnicy Santo Antonio, która podobno wypełniona jest zabytkami Maryśka postanawia nas zostawić i iść zbierać materiał na bloga. A my planujemy spacer.

– Tato idziemy na lody? Tato, a jakie lody mają w Lezbonie? Ciekawe czy są czekoladowe. Bo ja lubię czekoladowe.

Zostałem sam na sam z różowym potworem, któremu nie zamyka się buzia. Za kilka chwil będzie całkowicie wysmarowany lodami o smaku czekoladowym. I jestem pewien, że całą drogę powrotną będę ją niósł na rękach przyklejoną do mnie tymi słodkościami.

Idziemy w kierunku Praça dos Restauradores zobaczyć Pomnik Odnowicieli. Z tego co wyczytałem w przewodniku jest tam sporo restauracji, kafejek i lodziarni. Wszystko będzie na jednej przestrzeni. Rozegram to taktycznie. Mała będzie miała gdzie biegać, a ja spokojnie napiję się jakiegoś lekkiego alkoholu, zjemy lody i zobaczymy pomnik. Będziemy mogli tu zostać nawet do nocy.

– Tato, a co byś robił jakbyś tu mieszkał? Też byś pracował w firmie.

Firmą Mała określa zajęcie, które kojarzy się jej z przerzucaniem papierów i liczeniem.

– Może też byłbym księgowym.

No widzisz tato jak chcesz, to ty wszędzie pracę znajdziesz, tylko musiałbyś się angielskiego nauczyć. Tak mówi mama.

Osz żmija mała, nie dostanie dokładki lodów.

– Kochanie to nie o język chodzi tylko o rozumienie przepisów, o znajomość prawa. Musiałbym się tego wszystkiego nauczyć, a wtedy kto wie, może byłbym księgowym z Lizbony.

One to mają w genach. Nawet nie chcą mówić o pieniądzach, ale i tak bezwiednie wokół nich się kręcą. Zaraz pewnie zapyta czy starczy nam kasy na lody.

– Tato, a czy kupisz mi jakąś pamiątkę?

No tak prezenty, drobiazgi, pierdółki nikomu niepotrzebne.

Tak kupimy pamiątki. Przecież wycieczka bez pamiątek to żadna wycieczka. Co będziemy wspominali.

To ja chcę lalkę i porcelanowego kota.

A skąd ja ci wezmę porcelanowego kota w Lizbonie?

Nooo nie wiem. Coś wymyślisz. Przecież wycieczka bez pamiątek to nie wycieczka.

Lody o smaku czekoladowym były na początek. Potem zjedliśmy jeszcze miętowe, pomarańczowe i jakieś niebieskie, po których zrobiło mi się niedobrze. Byłem spocony, oblepiony cukrem i wtedy się stało.

– Tato ty wiesz wszystko, prawda?

Nie wiem wszystkiego, ale ciągle się uczę. Ty też powinnaś się uczyć. Będziesz wtedy mądra. I książki musisz czytać.

No to mam pytanie.

Słucham?

A jak spotkamy tu koty na tym rynku…

To nie rynek tylko plac – Praça dos Restauradores.

No to na tym… restradores jak spotkamy koty, to jak mam do nich wołać? Po polsku?

A skąd ja mam to wiedzieć. Nie znam się na zagranicznych kotach. W ogóle się nie znam na kotach.

– Kochanie… możesz chyba mówić do nich po polsku. Ja uważam, że jak do kogoś mówi się czule, to ten ktoś na to też reaguje czule. Więc jeżeli będziesz wołał na portugalskie koty kici kici to powinny do ciebie podejść.

Tato to musimy jakiegoś znaleźć. Tatko znajdź kota, który rozumie po polsku.

Pocieszające było to, że na tym wielkim placu było pełno turystów. Ciągły ruch. Spotkanie kota w tym miejscu było wręcz niemożliwe. I wtedy znów się pomyliłem.

W jednej ze złotych kamienic była szeroka, zacieniona brama. W środku bramy ku mojemu przerażeniu kręciły się trzy koty. Jeden położył się na słońcu i machał leniwie ogonem. Dwa mniejsze ganiały się przeskakując jeden przez drugiego

– Tatooooo patrz, tatusiu kochany znalazłeś koty.

Jej mała rączka szybko odkleiła się od mojej. Jej małe nogi nabrały rozpędu i za chwilę stała w bramie. Pierwszego dorwała tego dużego. Wygięty w pałąk miauczał przeraźliwie. Nawet nie wiedziałem, że moja córeczka ma tyle siły, bo w oka mgnieniu zaczęła wlec tego biednego zwierzaka w moją stronę. Oczywiście cały czas mówiła:

– On do mnie przyszedł, sam. Ja do niego kiciałam i przyszedł. On chyba rozumie jak do niego mówiłam kici kici.

Oczywiście nie przyszedł, bo został wyrwany ze snu tak szybko, że nawet nie zdążył uciec.

– Kochanie puść tego kota. To mama tych małych. Puść bo ona chce do swoich dzieci.

Do dzieci? To są jej dzieci. O jejeu.

Duży kot spadł na łapy i ledwo utrzymał równowagę. Był zdecydowanie ogłuszony piskiem Małej. Zaczął się lizać, a po jego ciele przechodziły fale dreszczy. Pierwszego złapała czarnego, któremu chyba się to nawet podobało. Po chwili drugi kot został złapany za tylne łapy i skierowany w moją stronę. Widziałem jak bezradnie próbował ratować się próbując wyrwać łapy z klejących się dłoni mojej córki.

– Ten jest najmniejszy tato. Weźmiemy go do hotelu. To już mi nie będziesz musiał kupować pamiątek. To ja chcę tego… zamiast porcelanowego. I nie chce lalki.

Jakąś godzinę zajęło mi wytłumaczenie, że nie możemy zabrać kota do hotelu. Straszyłem ją policją, mandatem jaki zaraz dostaniemy za hałasowanie i znęcanie się nad zwierzętami. Potem stanowczym, ojcowskim tonem powiedziałem kategoryczne: Nie, co spotkało się z wybuchem płaczu. W końcu wziąłem Małą na ręce i szybko udałem się w kierunku naszego hotelu. Byłem cały poklejony lodami, przemoczony łzami, a sierść tych biednych zwierząt zgrzytała mi nawet między zębami. Podejrzewam, że nigdy, ale to nigdy na Praça dos Restauradores nikt tak głośno nie krzyczał:

– Tato ja chcę swoje portugalskie koty…  One rozumieją po polsku.

***

Kolejne cztery dni spędziliśmy na wydawaniu kasy i zwiedzaniu. Ważną rolę w tym czasie odegrał aparat fotograficzny Maryśki, który cały czas był w użyciu. Przecież ciągle zbierała materiały na bloga. I w ten sposób chcąc nie chcąc zaistniałem w świecie opisywanym przez moją żonę. Stałem się ciekawostką blogową w postaci fotografii i ich podpisów: Mój mąż i Mała zwiedzają małe uliczki, Tramwajem łatwiej, Mój mąż nie może doczekać się kolejnego piwa;), Czyż mężczyźni nie są jak dzieci? i setka innych, które ogólnie mnie przerażały. Jak dużo można produkować informacji na ten sam temat? Czy naprawdę czytelniczki tego jej pożal się boże bloga interesuje czy mamy dzisiaj mniej słoneczny dzień niż wczoraj? Najwyraźniej tak, bo z aparatu zaczął odpadać lakier, a to się nie robi ot tak, z niczego.

W przedostatni dzień urlopu zaplanowaliśmy wycieczkę na plażę. Zapobiegawczo zakupiłem rozkładany parasol, dodatkowe ręczniki z grafiką w kształcie palmy. Zimne napoje spakowałem do olbrzymiego coolera, w którym zamieściłem też cztery piwa. Doszedłem do wniosku, że skoro nie lubię zbytnio morskich kąpieli to chociaż poleżę w spokoju, poczytam coś i się napiję.

Plaża była prawie pusta, więc miałem swobodę w decydowaniu gdzie będę wegetował. Parasol rozłożony, ręcznik w palmy rozciągnięty. Dziewczyny zabrały się i poszły szukać atrakcyjnych ujęć. Oczywiście do szczęścia potrzebne było mi jeszcze zimne piwo. Szybko opróżniłem wszystkie i w tym cieplarnianym błogostanie zasnąłem.

– Mamo zobacz tata jeszcze śpi.

– O Jezu..

To o Jezu z ust Maryśki oznaczało jedno: coś się stało.

– Chryste Panie zobacz coś ty se zrobił.

Kiedy na dobre otworzyłem oczy dotarło do mnie, że nie leżę już w cieniu parasola tylko na słońcu. Moje nogi i połowa brzucha przypominały jedną poparzoną plamę. Kiedy zgiąłem nogi poczułem jak skóra naciąga się, a tępy ból który dotarł do mojego mózgu zasygnalizował, że właśnie mam zajebiście przesrane.

– Przecież ty się poparzyłeś. Człowieku nawet się nie posmarowałaś kremami. Gdzie ty masz głowę chłopie..

Po jaką cholera miałem się smarować skoro leżałem pod parasolem. Zapomniałem tylko, że się się słońce tutaj szybko przemieszcza i te cztery piwa…

– Ubieraj się, wracamy, trzeba coś z tym zrobić.

W hotelu błagającym wzrokiem prosiłem o ratunek. Moja żona dowiedziała się, że niedaleko jest apteka i tam kupimy jakieś środki na oparzenia słoneczne. Dowlokłem się do pokoju, założyłam jedyne lniane spodnie jakie miałam, ponieważ za nic w świecie nie wyszedłbym ponownie na słońce w krótkich spodenkach. Potwornie bolały mnie uda i połowa brzucha. Cholera opaliłem go do połowy, tak po skosie trochę. Przecież to się w głowie nie mieści, żeby tak marnie skończyć po czterech piwach.

Maryśka i Mała zadecydowały, że pójdą jednak same, a ja zaczekam na dole w hotelu. Po chwili zniknęły.

Na sztywnych nogach truchtałem w tę i z powrotem. Nagle zaczepił mnie jakiś facet:

– Ale żeś się pan załatwił. Na cacy normalnie.

Przede mną stanął mężczyzna, który był niższy ode mnie, z widoczną nadwagą, objawiającą się zwisającym brzuchem. Jego uśmiechnięta twarz patrzyła na mnie jakoś tak… dziwnie. Zdecydowanie Polak.

– Panie ja kilka dni temu polazłem z żoną na taką wycieczkę. Bez czapki. Tylko w okularach. I widzisz pan co się stało?

Faktycznie dopiero zauważyłem, że jego opuchnięta twarz miała kolor dojrzałej truskawki, natomiast wokół oczu świeciły blade koła skóry. Miejsce po okularach.

– Dzisiaj to już bajki. Mogę normalnie mówić. Żonka kupiła mi taki preparat, tu w ich aptece i pomogło. Preparat na oparzenia. A apteka jest tu za rogiem. Niech pan idzie i to kupi, pomoże panu.

– Dziękuję. Naprawdę dziękuję.

– Nie ma sprawy. Bogu dzięki my już dzisiaj wracamy do Polski.

W tylnej kieszeni wymacałem portfel i podjąłem desperacką próbę dotarcia do apteki. Dziewczyn nadal nie było, a ja dałbym wszystko za coś co by mi przyniosło ulgę.

Kiedy wchodziłem do apteki była pusta. Wysoka lada i szklane ekrany wypełnione lekami. Apteka taka jak w Polsce. Za ladą stała starsza kobieta, która miło się do mnie uśmiechała.

– Heloł – tyle wydusiłem z siebie.

Kobieta odpowiedziała. No właśnie heloł – jak ja się kurwa z nią dogadam. Przecież ja nic ani po portugalsku, ledwo coś po angielsku. Po angielsku trzeba próbować.

– Yyyyy, eeeee sorry bat aj hav san burn. Ju noł. San burn.

Kobieta z uśmiechem kręci głową, że nie rozumie.

– No… że tego…

W tym momencie do apteki weszła druga starsza kobieta i stanęła za mną.

– A łoz on te bicz end aj hav san burn maj legs.

Kobieta nadal kręci głową, że nie rozumie. Przecież nie mogę się odwrócić i wyjść. Umrę tu zaraz. Umrę jak się nie dogadam i nie kupię tego preparatu na oparzenia.

– Medicine.. for maj legs. Pilz help mi.

Marnie mi idzie, bo kobieta przestała się uśmiechać i chyba zaczęła podejrzewać, że coś ze mną jest nie tak. Znaczy, że jakiś pomylony jestem. W sumie ma rację, bo bełkoczę coś niezrozumiale i ciągle wskazuję palcem na nogi. Wtedy przyszło mi do głowy coś czego nie powinien wtedy zrobić. Wziąłem głęboki oddech i ściągnąłem moje jedynie lniane spodnie. Starsza kobieta za mną krzyknęła coś jakby: O bellla donna i wybiegła. Stałem na środku apteki ze ściągniętymi spodniami, a jej właścicielka powieszona na ladzie oglądała z wielkim zaciekawieniem moje poparzone nogi i brzuch poparzony tylko do połowy. Wydała z siebie przeciągłe:

– Aaaaaa ok – i zniknęła za ladą.

Kiedy schylałem się po ubranie usłyszałem, że ktoś wszedł.

– Mamo zobacz tatuś zdjął spodnie.

To była Maryśka i Mała.

– Widzę kochanie. Nie przeszkadzaj teraz mamusi.

Usłyszałem tylko dość charakterystyczne pstryk, potem kolejne pstryk i całą serię pstryków

– I teraz zapamiętaj sobie jedno córeczko – musisz uczyć się języka angielskiego, bo inaczej nie dasz sobie rady w życiu. Rozumiesz.

Tak, rozumiem mamo. Ale tata się dogadał chociaż nie zna.

– Tata nie musi już znać angielskiego. Tata to teraz będzie wielką gwiazdą.

Pstryk.

A jak daleko jest do „Lezbony”? Cz.1
A jak daleko jest do „Lezbony”? Cz.2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *