Niestabilność

Meblościanka przypominała jednolitą bryłę. Z niezniszczoną politurą wyglądała jak lustro. Mogłem się w niej przejrzeć. Dziwnie patrzeć na siebie lakierowanym wzrokiem. Bez znaków szczególnych, bez zmarszczek, z większością włosów na głowie, bez nadwagi. Jak owad, który zastygł w kropli bursztynu. Z niewiadomym wiekiem, idealnie zaimpregnowany i przygotowany do wiecznego podziwiania jego nieruchomego ciała. Leniwie sięgnąłem po gorącą kawę stojącą na niewielkim, drewnianym stoliku. Dotarło do mnie, że pokój który wynająłem  jest stanowczo za duży dla jednej osoby. Od ścian odbijały się wszystkie moje mlaśnięcia, siorbnięcia, stukanie łyżeczką po szklance. Dopiero w pustej przestrzeni słychać ile człowiek produkuje dźwięków, ile szelestów tworzą ręce i nogi zaimpregnowanego w szelaku człowieka-owada.  

Z nudów zacząłem łazić po pokoju. Był pełen starych mebli, które właściciele przystosowali do ponownego użytkowania poprzez dodanie np: kolorowej narzuty w kwiaty, designerskiej lampy na komodzie. Totalne poplątanie. Oczywiście każdy fotel, stolik, kanapa i meblościanka były w kolorze brązowym. Nie mam pojęcia dlaczego kiedyś robiono wszystko w brązie. Skaja z oparć foteli odpadała brązowymi kawałkami, dywan obszyty brązem, czarno-biały obraz Chrystusa osadzony w brązowej ramie. Miłosierny wyglądał na rozczarowanego, być może faktem braku swojej kopii w sepii, taki czarno-biały za cholerę tu nie pasował. Smutny Chrystus i ja w pokoju pełnym staroci.

Te wielkie wiejskie domy z pustymi pokojami stały się agroturystykami na początku lat dziewięćdziesiątych. Wówczas właściciele lawinowo wywieszali tabliczki “Agroturystyka u Jadzi zaprasza na wakacje pod gruszą” licząc przy tym na wizyty spragnionych ciszy i spokoju turystów z Warszawy. Niestety nic z tego nie wyszło. Dziś  imitują porządek dla sporadycznych gości takich jak ja, którym w sumie jest to zupełnie obojętne.

Po wstępnych oględzinach wynajętego pokoju doszedłem do wniosku, że z tego zlepku przypadkowych rzeczy to półka z książkami była najbardziej interesująca. Przyszło mi do głowy, że ktoś kupił na rynku w Jedwabnem stos przypadkowych książek i wypchał ten mebel, by robił wrażenie bardziej poważnego. “Opętani” Gombrowicza, “Zalecenia Agrotechniczne – tom 1”, “Potop” Sienkiewicza, “Magazyn Ufologiczny – UFO”, “Jak wygrać na loterii”, “Drzewo rozpaczające” Broniewskiego, kilka porwanych grzbietów i błękitny “Podręcznik do astrologii dla początkujących”. Po co komu w tej wiosce na końcu świata taka publikacja?

Podręcznik wydany w 1979 roku pachniał żółtym, zakurzonym papierem i prawie rozpadł mi się w rękach. Na stronie 12 przeczytałem: w Układzie Słonecznym powstaje bardzo duża liczba ciał rozmieszczonych losowo, w toku ewolucji, niestabilności, rezonansów zajmują miejsca lub są wyrzucane poza Układ. Struktura układów pozasłonecznych nie daje podstaw do twierdzenia o uniwersalności reguły Titiusa-Bodego, niemniej jednak używa się jej do szukania egzoplanet.

Niestabilność planet… żeby autor tego podręcznika spojrzał przez okno tej agroturystyki to zrozumiałby, że jego nauki nijak mają się do tego, co widać tu, na tym nocnym niebie. W jaki rezonans można wpaść wychodząc tylko do ogrodu i zadzierając głowę w kierunku drogi mlecznej. Nawet z ziemi widać wyraźnie zaznaczone kierunki ruchu ciał niebieskich, połączenia gwiezdne, lametę światła rozłożoną pomiędzy czarnymi plamami kosmosu. Gdyby dość szeroko rozłożyć ramiona, pewnie to wszystko co jest nad głową zmieściłoby się na jednym człowieku: ten blask mroźny zamieszkujący powietrze od zmierzchu do świtu. I cała reguła Titiusa-Bodego o długości wielkich półosi wszystkich planet do Saturna włącznie ległaby prosto w te drobiny śniegu, którego orbity są niestabilne, nieprzewidywalne, tak pięknie lewitujące w kierunku ziemi.

Odłożyłem podręcznik, ale tak naprawdę to chciałem go ukraść, schować do plecaka, zabrać ze sobą, bo na co on tu komu. Z chęcią przeczytałbym o tym, jak wyglądały gwiazdy w 1979 roku, czy się zestarzały do dzisiaj, rozpadły na mniejsze w wielkim wybuchu nowoczesnych koncepcji, czy stały się bardziej znajome przez wyprawy ludzi w kosmos, czy Słońce straciło na wadze z powodu wyświecenia?

Ubieram się i wychodzę. Skoro dotarłem do tej wioski w nocy to chociaż pooddycham świeżym powietrzem. Mróz, który przyszedł z kierunku Osowca razem z wiatrem z bagien był bezwonny. Lekko drapiący w policzki powodował u mnie pochylenie głowy, pewien rodzaj pokory. W taką pogodę dobrze się maszeruje, dobrze czuje się ciało, jak pracuje, jak ocierają się o siebie kości przyciągane sprężystymi mięśniami. Chodnik oświetlony lampami prowadził mnie w głęboką ciemność, która zaczynała się tuż za drogowskazem z nazwą wioski. Przez zaparowane szyby przydomowych kapliczek widać było niebiesko-białe szaty figurek z żółtą aureolą nad głową. Zaparowane szyby… spocone ciała boskich matek w ciemnościach, każda stróżuje przy swoim obejściu, ciągle zapatrzona na nieznajomych, wyglądająca jadowitych znaków złych dni. Pewnie dlatego zlane zimnym potem parują na mrozie.

To w sumie dobrze, że są, bo kiedy będę wracał, to każda matka będzie mnie już znała. Nie będę tutaj obcy, tylko tutejszy, prawie jak syn idący w ciemności do domu przerobionego na agroturystykę, której prawie nikt nie odwiedza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *