Dzień, którego nie było

Zgubiłem ten cholerny poniedziałek i dobrze mi z tym. Zupełnie zmarnowany, ale nie żałuję. Podróżowałem przez pierwszy dzień tygodnia całkiem nieruchomy, zamarznięty w odbiciach szyb autobusów. To ciekawe uczucie być obecnym w dniu, którego nie trzeba pamiętać. Nie zaprzątać sobie głowy jego istnieniem, jego godzinową wyliczanką. Być częścią czegoś, co jest tylko wtedy, kiedy trwa i nigdy więcej.  Oczywiście, zdawałem sobie sprawę, że ciągle podążam do przodu, że wracam po cichu do domu, ale wracam jako nikt.

Podróżowanie w ciągu dnia, którego nie ma, jest jak rozbryzg błota, jak oślepiające grudniowe słońce, które wsiąka w asfalt. To poddawanie się przyjemności bycia w momencie wygaszania świata, wyłączania go za pomocą powiek.

Łapię dla siebie tylko urywki tego co widzę.

Mijam graffiti w podziemnym przejściu. Różnobarwne – przelazło z ulic miasta pod ziemię. Rozmasowane po betonowych ścianach miękkie linie. Dają do myślenia, kiedy się zatrzymasz i na nie patrzysz, a ogólnie są zadeptywane przez spieszących się ludzi. Zmieniają się w plamy, w pokruszony tynk, w piach, który wędruje w kierunku powierzchni na podeszwach butów. Wraca tam jako pył zmarnowanych kolorów.

Przystanki autobusowe jak komory gazowe wypełnione śmierdzącym powietrzem, dające ukojenie emerytom. Siedem przystanków, siedem miejsc, których nie zapamiętam. Tylko oddech mamy wspólny, przyspieszony, brudny. Przystanki to miejsca, w których umiera się z powodu braku możliwości ucieczki z nich. Z bezczynności jaką wywołują. I tak obok mnie sylwetki z opuszczonymi rękami, wydłużone łapy, dłonie przypięte do ud zatrzaskami paznokci. W dół.  Jakby chciały oderwać się od korpusu, wpaść w błoto, zagrzebać się w nim i tym wywołać ucieczkę pozbawionych kończyn ciał. Mam wrażenie, że za chwilę tak się stanie. Zanim przyjedzie autobus, będę uciekał w panice z innymi bezrękimi do kolejnego przystanku.

Wszystko jest śniegiem. Zarzyganą przez niebo przestrzenią. Nawet nie zauważam, że przez szarzejącą biel przebijają się połamane krawężniki. Powybijane zęby chodników, ropiejące kałużami, których nie da się ominąć.

Przez chwilę nawet wydaje mi się, że stać mnie na to, żeby być każdym kogo mijam, każdym kto na mnie spojrzy. W pewnym sensie wygrywa we mnie moja psychopatyczna osobowość i chęć na zniszczenie czegoś. Przecież podróżuję dalej jako niewidoczny gość. Pozbawiony swojego miejsca nikt. Mógłbym przecież kogoś zagadać na śmierć w pociągu lub ogłuszyć swoimi historiami jakąś starszą panią, albo zatłuc słowami robotnika, który takich słów uderzających mu w głowę nigdy nie słyszał. Wydaje mi się, że dobrze jest być nikim w podróży, bo nie bierze się odpowiedzialności za to, co się mija.

Wygaszanie świata.

Wypalenie życia, które zostaje za plecami.

Z poniedziałku pamiętam tylko godzinę, która zmieniła się we wtorek. Tylko taka przemiana ratuje przed podróżowaniem w ciągu dnia, który nie ma nawet swojej historii. Po podróży w takim dniu nikt na ciebie nie czeka, bo nikt nie wie gdzie tak naprawdę byłeś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *