nadpobudliwy bursztyn świtu

trzęsie się we mnie wrakiem wczorajszego dnia,

lakonicznie przechodzi przez ciało

włazi po drabinie żeber

i następuje krążeniowa zapaść

 

jakże bezczelnie staje się chodzącą katastrofą,

jak bezczelnie chciałbym być uratowany

przez mechanizm twoich rąk,

ja rozklekotany, ale do naprawy,

bzdurnie popsuty słowami

 

nie pytaj o zgodę,

weź mnie sobie,

jako zapasową część,

na wykorzystanie w potrzebie,

jako składnik krwi,

jako nieczuły mięsień,

wytopioną w gorączce zapasową kość,

nie musiałbym już chodzić za tobą,

poznałbym cię od wewnątrz,

od strony niesymetrycznych narządów,

od strony popękanych ust,

mógłbym zarastać w twoich ranach,

jak strup czekać na zdrapanie,

odpaść od ciebie kawałkiem nieżywym,

ale też pozostać blizną,

pamiątką,

powodem na zapamiętanie

 

ech wy mechanicy

wy, które wiecie jak zepsuć i poskładać,

widzicie chodzącą katastrofę

proszę…  ponaprawiać

 

my mechanicy przepraszamy,

dzisiaj nie damy już rady,

dzisiaj umywamy ręce

od smarów wspólnych dni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *