Ja panie, śmierci się nie boję

Bywając  na bagnach, znaczy spędzając wolny czas nad Biebrzą zaprzyjaźniłem się z miejscowymi. Tak mi się wydaję, bo z nimi to nic nie wiadomo. Zajęło mi to kilka lat, ponieważ ludzie z bagien nie są ufni i potrzebują czasu, potrzebują kilku wiosen jak to mówią, żeby oswoić się z tym jak wyglądasz, o co pytasz, jak rozmawiasz, gdzie się modlisz. A jak się przyzwyczają to zaczynają gadać, zdradzać swoje tajemnice, jakbyś był już od nich z rodziny tylko takiej dalekiej. Mówią o swoim życiu, o tym kim są, kim się stali i dlaczego czekają na koniec, który jest ani dobry, ani zły. Zwyczajnie następuję i już.

Przyjeżdżam na bagna z bardzo prozaicznego powodu, ponieważ lubię być sam. Czuję się tam jakbym dotarł na koniec świata, znaczy do granic końca świata. I tam przy szlabanie, który jest ciągle podniesiony kręcą się mieszkańcy tej krainy. Kojarzą mi się z drobnymi handlarzami, takie przygraniczne mrówki ze wszystkich światów. Próbują mi wytłumaczyć, strasznymi grymasami twarzy, że nie mam po co tam chodzić, że tam tylko łąki, stepy, bezprawie pełne zieloności, morze trujących roślin nie nadających się do suszenia. A ja uparcie mówię, że tam chcę chodzić, w tę i nazad, że nie szukam żadnych drogowskazów czy oznak cywilizacji, że chcę tylko przebywania. I ci z granic końca świata, którzy zasiedlają łąki stadami krów, ci którzy z nich korzystają tylko latem i przemycają ich witalność w mleku najwyższej jakości, pukają się w głowę i źle mi wróżą. A to, że kiedyś tam zniknę, że nikt mnie nie znajdzie, nawet psy mnie nie wytropią. A jak przyjdzie duża woda, to moje ciało nie będzie miało grobu, ni nic. Tylko ptaki się mną posilą, tylko zwierzęta rozciągną niedbale po krzakach i będę gnił w częściach, jak padlina jakaś. Bez świętej ziemi, bez modlitw, bez płaczu matki czy chociaż jednej świeczki.

– Panie, gdzież pan tam idziesz? Ooo, a nie lepiej tu we wiosce siedzieć? Przyjdzie do nas na obiad, żonka nagotuje, zje dobrze, pochodzi trochę po naszej ojcowiźnie i wystarczy. A to łazi tam na bagna, na pokuszenie złego. Pan to się na tę niepodległość tak wystrzelił, że aż szkoda patrzeć. No nie idzie wytłumaczyć, że są jakieś granice i po co panu Bogu pod sukienkę włazić? Po co tam przygód szukać? Pan tych fakultetów tyle skończył, ale nic mądrzejszy nie jest.

A no, nie jestem. I powtarzam im uparcie, że tej mądrości ciągle szukam. A oni swoje:

– Jak nic nie zgubił, to po co szuka?

I weź im wytłumacz.

Nie wiem dlaczego, ale oni tam ze sobą wszyscy pokłóceni. Każdy z każdym. Sąsiad przeciwko sąsiadowi. Niby w Boga wierzą, razem z jednej drogi do kościoła swoimi dieslami jadą, ale jakby się nie znali, jakby obcy sobie ludzie. Niedziela to ważny dzień. Wyszykowani w białe koszule, garnitury, które do nich nie pasują. Idealne na wesele i do trumny. Wyglądają na przebranych, na takich, którzy wezmą udział w jakimś filmie, statyści na niedzielnej mszy. Ksiądz będzie do nich mówił zbyt skomplikowanie, a oni będą przekazywać sobie znak pokoju z zamkniętymi oczami. Bo tak łatwiej, bo nie widać komu się kłaniasz.

Dziwi mnie to strasznie, ale umieją sobie czasami przebaczać.

– Ten, co pan u niego na noc zostajesz, to moja daleka rodzina. Oni tu z żoną gospodarują. Pracują tyle, że się za te pieniądze to pozabijają. Ja panu powiem tak, że to przepadziwy naród, a szczególnie ona. Ona to pijawka dopiero. Jego matkę w tym drewnianym domu trzyma. Nie odzywają się z nią, a stara zaraz umrze, a może już umarła, bo nawet jej obiadu nie dadzą. Te swoje krowy lepiej traktują niż matkę jego.

– Chyba pan przesadza.

– Panie Bóg mi świadkiem, tam takie rzeczy się dzieją, że to wstyd opowiadać. Kiedyś oni do mnie przyszli, żeby płotek lekko przestawić, żebym im trochę pola udostępnił. Bo to krowy ogonami zaczepiają czy jak to tam. No to ja im tej ziemi pożyczył. Ale minęło czasu trochę i zacząłem kukurydzę siać. Wie, na kiszonkę dla krów. Wtedy oni z geodetą przyszli. Kąty mierzą i wyszło im, że to ich ziemia. Nie wiem, może oni temu geodecie coś do kieszeni dali, znaczy pewnie ona dała, bo on to portek nie nosi, do dojenia się tylko nadaje. Bo on dla niej to jak pastuch, mówię panu. Jak ja usłyszałem, że oni sobie wymierzyli ziemię razem z moją, co im pożyczyłem, no to… Wiesz pan, ja nerwowy jestem. Geodeta spierdalał pierwszy. Te swoje lunety pogubił i miał szczęście, że uciekł. Potem jemu wpierdoliłem, a na koniec to i ona dostała. Mówię panu, komedia straszna. Policja się nazjeżdżała, krzyku narobili. Ale stanęło  na tym, że mi te pole oddali.

– To dlatego nie rozmawiacie ze sobą?

– Tera panie to minęło kilka lat. Zaczynamy gadać, nawet z nią ostatnio rozmawiałem. Ale się już nie wtrącam i o babkę też nie pytam, no bo po co. Znów policja przyjedzie i komu to potrzebne. A babka zaraz umrze i pewnie na pogrzebie będziemy znów rozmawiali.

Czasami, kiedy siedzę sam nad rzeką, podchodzą te starsze kobiety. Zagadują mnie. A czy dziewczyna jest, a skąd pochodzi rodzina, a że mi tu znajdą jakąś dobrą kobietę. Wypływają pychówkami na zalane łąki, zbierać tatarak, śpiewają piosenki. Potem widzę jak idą z jutowymi workami pod sam las, schylają się, grzebią w torfie rękami. Uprawiają biebrzańskie łąki, stare tak jak one. Wieczorem kiedy wracają powietrze gnije zapachem bagien. One znów śpiewają. Jak nie ma wiatru, to słychać po całej okolicy. Znów mnie zaczepiają.

– A co taki zmarnowany siedzi? Napatrzeć się nie może na te nasze bagna, co? A pojechałby gdzie indziej. W świat. Zobaczyć coś jeszcze.

– A pani nie chcą gdzieś pojechać w góry, nad morze?

– Oj panie, toż my tu uwiązane do tych krów jesteśmy. My w tej wiosce wszyscy życie z tymi krowami mamy. Nigdzie nie wyjedziesz. To straszne, ale inaczej się nie da. Tylko czekać jak człowiek umrze. A to może i dobrze. Ja  panie, śmierci się nie boję. Ja już się znudziłam czekaniem, bo tu codziennie to samo się robi. Dzień w dzień. Tylko teraz, jak tatarak można zbierać, to trochę tak jak za młodości. Tylko już chłopców nie ma co nas podglądali, co za nami po tych bagnach latali.

I tak mnie ciągnie tam co roku. I się doczekać nie mogę, bo ja już chyba daleka rodzina. Bo ja już im kartek nie muszę wysyłać na święta, bo mnie zawsze witają:

– A co u pana słychać? Znów na bagna przyjechał się moczyć? Przyjdzie do nas na obiad, żonka nagotuje, zje dobrze, pochodzi trochę po naszej ojcowiźnie i wystarczy….

1 Comment Ja panie, śmierci się nie boję

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *