Swobodny spadek

Nabyłem ostatnio chorobę. Nawet nie sądziłem, że to choroba ale jest zdiagnozowana, ma objawy i podobno wyleczalna. Nabawiłem się lęku wysokości.

No właśnie, głupie strasznie.

Może ktoś na mnie kaszlnął w windzie jakiejś, na schodach ruchomych, które wlokły ciała zakupoholików na kolejne kondygnacje centrum handlowego, albo barman podał mi niedomytą szklankę po ustach kogoś, kto panicznie bał się spadać.

I już. Jestem zainfekowany, chory, bolą mnie stawy, prawa strona ciała jest sparaliżowana lękiem wysokości.

Mam z tym cholerny problem, bo choroba nabyta w tym wieku może okazać się śmiertelna lub prowadzić do utraty sprawności. Oczywiście zaraz ktoś powie, że jest objawem starzenia się, czego wykluczyć się nie da. Siwizna tu i tam, szpakowatość skroni, jakbym wyblakł nie od słońca, tylko od nadmiaru ciemności. I tylko czekać, że przez to wszystko będę miał szare myśli w głowie, nie wzniosłe, tylko przyziemne, lekko oderwane od ziemi.

Lęk zaczyna się już od piątego piętra. Wszystko co wyżej powoduje we mnie załamanie oddechu, pocenie się, rozterkę nad tym: uciekać, czy pokonać swoje słabości. Pieprzę pokonywanie słabości, pewnie musiałbym walczyć nie tylko z lękiem, ale z wieloma innymi rzeczami, co w konsekwencji pozbawiło by mnie jakiejkolwiek ułomności. Przerażające dążenie do perfekcji – w tym nie ma smaku, nie ma niczego pociągającego i może niech zostanie: kiedy jestem przerażony wysokością, uciekam na dół, mówiąc do siebie: Ja stąd spadam, na dnie jest bezpieczniej. Przynajmniej mogę się wypierdolić, uderzyć w kolano, poczuć ból, po którym mocno zamykam oczy i nic nie widzę.

Lęk wywołuje u mnie na przykład sam widok gór. Ostatnio podróżując małolitrażowym włoskim samochodem już sam obrazek Tatr na horyzoncie spowodował u mnie bezdech. Interesowały mnie tylko serpentyny asfaltu, w które patrzyłem jak w święty obrazek. Wymodlona droga: oby nie było tu jakiejś przepaści, jakiegoś uskoku tektonicznego i żeby to plastikowe badziewie z Włoch wytrzymało hamowanie, kiedy zjeżdżałem z kolejnego wzniesienia. Tylko to miałem w głowie. Oczywiście potem ku uciesze wszystkich urlopowiczów, którzy byli ze mną, w tych przeklętych górach była kolejka na Kasprowy, piesze wędrówki szlakiem Wielka Krokiew – Dolina Strążyska – Polana Strążyska – Siklawica – Polana Strążyska – Czerwona Przełęcz – Dolina Białego i wszędzie wysoko, wszędzie komentarze: – Patrz jaki widok, jakie piękne są te nasze góry jesienią. Jutro pokonamy szczyt naszych możliwości, będziemy wędrowali cały dzień. Ledwo to przeżyłem i obiecałem sobie, że wrócę tam, dopiero jak wynajdą jakieś tabletki, jakiś Akrofobex w saszetkach, a może być i nawet w czopkach.

Ostatnio na jakimś spotkaniu służbowym też o mały włos nie padłem trupem. Czternaste piętro, okna pozbawione ram, mgła szkła, niewidzialna bariera oddzielające przestrzeń biurowca od ruchu miasta. Usiadłem plecami, żeby się jakoś w ogóle skupić, jakoś wypluwać z siebie mądre słowa, żeby się nie jąkać. Ale przyszła przerwa i ktoś rzuca lekkie: – Za chwilę zrobimy kolejną burzę mózgów, tylko niech ktoś otworzy okno i wpuści świeżego powietrza. Możesz otworzyć? I na mnie wzrok kieruje. O rany, czy wszystkie burze wymagają ruchu powietrza? Czy nie można myśleć w dusznej atmosferze? Nauczyć się wzdychać z tą samą mieszanką  w płucach, z cudzym oddechem w sobie? Niepewnie staję przez oknem, prawa noga dla bezpieczeństwa zostawiona z tyłu, sięgam ręką do zamka w oknie i je otwieram. Wszyscy zebrani patrzą się na mnie z wybałuszonymi oczami, a ja tylko:

– No co, boję się wysokości. Podobno aby go przełamać potrzeba bliskości drugiej osoby, więc przy kolejnej burzy mózgów proszę, aby ktoś potrzymał mnie za rękę, kiedy będę wymieniał powietrze.

Chyba nikt nie zrozumiał powagi sytuacji, choć więcej okna nie otwierałem.

Lęk wysokości, ten nabyty, podobno ma swoje podwaliny w jakiejś traumie, zdarzeniu, które mogło go wywołać. I tak jak sobie myślę, to faktycznie, przypominam sobie historię, która mogła być początkiem choroby. Pamiętam to trochę jak przez mgłę, jakbym przypominał sobie czarno-biały film, jeden z pierwszych filmów Alfreda Hitchcocka, gdzie napięcie wywołuje tylko gra aktorów i muzyka w tle, gdzie trzeba czytać krótkie zdania przed kolejnymi scenami. Nic przyjemnego, bardzo dramatyczne zdarzenie. 

Z okna mojego mieszkania widać kilka wieżowców, sąsiadują ze sobą dachami, wspólnymi trawnikami. Któregoś letniego dnia na osiedlu pojawiają się karetki, Straż Pożarna, ludzie biegają, ktoś krzyczy zadzierając głowę do góry. Drze się w kierunku ósmego piętra. I jako dzieciak patrzę z rozdziawioną gębą, jak na parapecie balkonu stoi ubrana w białą sukienkę kobieta. Ręce ma wykrzywione do tyłu, silnie trzyma się balustrady. Ma rozpuszczone włosy, które uciekają w kierunku otwartych drzwi mieszkania. Jakby chciały odciągnąć ją od tej krawędzi, na której stała, jakby czekały na to, że ktoś ją za te włosy wciągnie z powrotem do wnętrza. Kobieta patrzy przed siebie i chwilę potem puszcza się, spada bez lęku wysokości. Kawałek białego materiału szamoczący się z grawitacją, przyspieszenie ciała, które za chwilę miało potwierdzić pojęcie spadku swobodnego, w której jeden z postulatów głosi: 

Krzywa w czasoprzestrzeni opisująca ruch będący spadkiem swobodnym jest czasopodobną krzywą geodezyjną  i odgrywa istotną rolę w teorii względności.

Pamiętam, że tuż przed zderzeniem, zakryła oczy przedramieniem i w takiej formie ugrzęzła w zielonym trawniku, na środku którego stała wbita metalowa tabliczka z napisem: Dbaj o zieleń.

Może właśnie przez to, teraz tak mocno obawiam się wysokości, a może samego upadku z wysokości, a może tego, że po tym jak gruchniesz o ziemię, nic się nie stanie.

Że tylko znieruchomiejesz i już żaden lęk nie będzie miał najmniejszego znaczenia.

4 Comments Swobodny spadek

  1. Luśka

    Choruję, ale od dawna na zaburzenie środków wyrazu, co objawia się po prostu słowotokiem – ba nie chodzi tu bynajmniej o słowotok myśli – te interesują niewielu – (po)tok dotyczy słów, które czasem bezwiednie wylewają się ze mnie. Bywa to uciążliwe – na szczęście nie dla mnie  Z lękiem wysokości i słowotokiem – da się żyć. Pocieszające… Być może…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *