Wojna na plastikowe noże

Wiśnia wiedział, że jeżeli się nie zjawi w umówionym miejscu, to Baran go znajdzie. Dziś, jutro, pojutrze, za tydzień, spotkają się. Wtedy on użyje siły, a Wiśnia dostanie w nos, pod oko, kopa w brzuch. Za niesubordynację, za niestawienie się w miejscu pracy, za nie podpisanie listy w tej zatęchłej kamienicy.

Chłopak czuł, że to nie jego dzień. Był niewyspany, zmęczony wczorajszą nocą, która skończyła się zaledwie kilka godzin temu. Dotarło do niego, że to, co wczoraj wciągnął nosem, zabrało z niego każdą kroplę wody, każdy elektrolit, każdą życiodajną substancję, a w ich miejsce pojawił się, miękki, sypki, piasek. Hydroskopijne nienasycenie. Zamiast płuc, piaskownice, z których podrywał się zaśmiecony drobinami piachu oddech. Zamiast szklistych oczu, mdłe, nieruchome, źrenice napompowane ciśnieniem. Zamiast śliny, błoto wczorajszych papierosów i piwa. W ustach nieprzerwany smak gorzkiej amfetaminy, której kryształki tkwiły jeszcze między zębami chłopaka, jak diamentowe resztki jedzenia. Wiśnia chciał zostać w domu, nakryć się kocem, chciał zasnąć przynajmniej na dwa dni.

Jednak ubrał się, poprawił fryzurę, która wyglądała dokładnie tak samo jak wczoraj wieczorem. Założył wczorajszą, śmierdzącą fajkami bluzkę, bo nie miał siły szukać czegoś czystego. Zamknął drzwi od mieszkania i wyszedł na ulicę, jakby w ogólnie z niej nie wracał.

Niedziela była bardzo ważnym dniem tygodnia, ponieważ klienci Wiśni i Barana nie kończyli jeszcze weekendowej zabawy i nadal potrzebowali tego, co oni mieli im do zaoferowania. W niedzielę potrafili zarobić więcej niż w piątek i sobotę razem. Bo w ten dzień święty, każdy szukał ratunku, każdy chciał się doprowadzić do ładu. Może już bez alkoholu, ale na lekkim speedzie wejść w poniedziałkowe obowiązki. Wiśnia wiedział, że po tym, jak się spotkają, telefon Barana zacznie dzwonić i będą przez cały dzień jeździć taksówkami po mieście. Będą odwiedzać ławki w parkach, przesiadać się do prywatnych samochodów, czekać na spoconych rowerzystów. Będą ratować adwokatów, księgowe, studentów, matki z dziećmi, księży, samotnych, zakochanych. Oni wszyscy będą włazić im w oczy z tymi samymi błagalnymi minami, a odchodzić, każdy w swoją stronę w zupełnym uśmiechu.

Wiśnia spodziewał się tego, że będzie źle, ale nie, że aż tak. Jego organizm nie produkował potu, serce przyspieszyło, uciekało z klatki piersiowej. Miał jeszcze zajść do apteki i kupić Apap, Pyralginę lub Ibuprom, cokolwiek przeciwbólowego o gorzkim smaku, co łatwo uda się rozkruszyć i wymieszać z amfetaminą.

Kupił i dotarł na osiedle, które nazywano Trójkąt.

Zdawałoby się, że nazwa mogła pochodzić od Trójkąta Bermudzkiego, ale ludzie, którzy tam mieszkali, z pewnością nie wiedzieli o istnieniu takiego miejsca na Ziemi. Układ starych przedwojennych kamienic przypominał trójkąt, stąd nazwa. Jednak jeżeli by popatrzeć na to, co tam się działo to Trójkąt Bermudzki, by idealnie pasował. Osiedle zamieszkiwali menele pijący denaturat, złodzieje, którzy okradali tych od denaturatu, kobiety przypominające mężczyzn, cała populacja ludzi tak zniszczonych, że niczym się od siebie nie różniących. Wpadli w Trójkąt Bermudzki, w nim się rozmnażali, łączyli w kazirodcze związki, produkowali pijane geny, płodzili dzieci skazane na przebywanie w miejscu bez wyjścia.

Kamienica, w której Baran i Wiśnia mieli się spotkać stała w środku Trójkąta.

Chłopak oglądając się za siebie wszedł przez drzwi do wnętrza budynku. Na drugim piętrze czekał jego wspólnik. Jak zwykle był perfekcyjnie ubrany. Wyprasowana koszula, spodnie dobrej marki, białe buty. Włosy idealnie zaczesane do tyłu, ogolona twarz, z której zniknął rudy zarost, ale tylko do wieczora. Potem znów Baran będzie przypominał chłopca, prawie nieśmiałego, prawie z uczuciami.

– Siema-rzucił Wiśnia.

– Siema-odpowiedział niskim głosem Baran. – Kupiłeś wypełniacz?

– Tak.

– No, grzeczny chłopak.

Wiśnia rzucił na parapet okna kolorowe opakowania leków przeciwbólowych, a jego kompan zaczął wydłubywać tabletki. Robił to sprawnie, szybko, w skupieniu, bo czas to pieniądz, bo przecież klienci czekają, już telefon odbiera esemesy, bo miasto już pisze: Gdzie jesteś? Masz coś dla nas?

– Otwieraj drugą paczkę, tu masz nóż i krusz tabletki. Zapierdalaj Wiśnia, bo czasu szkoda.

Chłopak wykonał polecenie. Kiedy się schylił, poczuł jak śmierdzi na tej klatce schodowej. Zdał sobie sprawę, w jakim właściwie jest miejscu. Baran znalazł tę kamienicę nie przypadkowo. Takie rudery omijali wszyscy, którzy nie musieli tu wchodzić. Tym, co tu mieszkali, było obojętne kto tu łaził, oni nie rozpoznawali nawet własnych twarzy, więc miejsce idealne. Na klatce, która drewnianymi schodami łączyła parter z dachem czuć było tym, co człowiek może z siebie wydalić, wtedy kiedy jest świadomy i wtedy kiedy nie jest. Panujący półmrok potęgował ten wszechobecny smród. Wiśnia pomyślał, że jest w przewodzie pokarmowym tej kamienicy, a dokładnie w jego ostatnim odcinku. Z pietra wyżej dochodziły odgłosy pracy przy obiedzie. Ktoś krzątał się po kuchni, walił w garnki, gotował coś. Gotował kości, skóry wieprzowe, zepsute resztki warzyw ze śmietników. Duszny, wilgotny zapach tego obiadu zaczął włazić przez skórę Wiśni. On przecież tak bardzo potrzebował czegoś wilgotnego, czegoś, co zaspokoi pustynię, która rozsypała się w nim po tej ostatniej nocy. I teraz to dostał, wchłania najgorszy zapach świata, przestaję być spragniony, bo ten smród zastąpił wodę w jego organizmie, uratował mu życie.

– Baran ja nie mogę… – prawie płaczącym głosem powiedział Wiśnia.

– Czego nie możesz?

– Tego robić.

– Co ty kurwa brałeś wczoraj? Witaminy swojej matki? Lęki masz? Pojebało się w głowie od tych proszków, co? Ja ci zawsze mówiłem, żebyś nie napierdalał tyle tego. Ty kurwa od dziecka byłeś taki przepadziwy, a to na piwsko, a to na tanie wino, wódeczka, dziewczynki, wszystkiego za dużo.

– Ja naprawdę nie mam siły Baran.

Wiśnia stanął i rzucił nóż na parapet, od którego odbiło się niedzielne słońce.

– Bierz go i rób, co do ciebie należy. Słyszysz?

– Nie. Nie dam rady.

Chłopak nawet nie zauważył jak jego kumpel z dzieciństwa szybko podniósł nóż. Jak błysnęło w powietrzu ostrze, jak z rozciętej ręki, którą chłopak zasłonił twarz i szyję, poleciała na drewniane schody ciepła krew. Potem było drugie uderzenie i nóż wbił się w przedramię, aż do kości. Wiśnia zawył z bólu, stracił równowagę i potoczył się po schodach. Aby nie rozbić głowy, odruchowo zasłonił ją rękami. Do ran przykleiły drobiny piachu, kurz klatki schodowej, resztki przewodu pokarmowego kamienicy. Wiśnia ledwo wstał i drżącą ręką zaczął tamować krew.

– To było za to, że się przeciwstawiłeś. Jeżeli zrobisz to drugi raz, to nie ręczę za siebie. A teraz wypierdalaj do mamusi. Jutro o godzinie 10:00 będę u ciebie pod domem i wyjeżdżamy na tourne. Masz być kurwa zwarty i gotowy. Spierdalaj, bo wszystko tu zapierdolisz krwią. Psy się zlecą…

Wiśnia wybiegł z kamienicy, trzymając rękę w górze. Nie czuł już pragnienia, tylko strach, że się wykrwawi. Wycieknie z niego ta słaba krew, pochłonie ją Trójką Bermudzki. Był też gniew, były myśli w głowie, które Wiśnia zaczął sobie wizualizować:

– A ja cię pierdolę Baran, ja mam cię już w dupie. Ja stąd wyjeżdżam. Spadam do dużego miasta. Znajdę tam klientów. Tam pełno korporacji, eleganckich facetów, kobiet, weganów czy wegetarian, tych, którzy są wiecznie spragnieni emocji. Ja tam będę swoim samochodem do nich jeździł, metrem pod ziemią, mercedesami z iTAXI. Tam pełno pięknych osiedli, szklanych budynków, wysokich bloków, elektronicznych domofonów, czystych klatek schodowych, sterylnych parapetów. Tam jest inny świat…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *