Jak smakuje masło z ryby?

Ostatnio przytrafiają mi się rzeczy trochę… dziwne.
Dziwnie śmieszne i dziwnie straszne.

Różowy czepek

Znów zacząłem dbać o siebie. To już samo w sobie jest dziwne, bo zdrowy tryb życia znam tylko z kolorowych gazet. Ale stało się: dietetyczne posiłki, ciasto z marchwi, łatwo przyswajalne białko rozpuszczane w wodzie mineralnej, mleko prosto od krowy, koktajle z bananów. Żyję fit, jestem fit i z pewnością odnalazłbym się na dietetycznych lunchach biznesowych w “Warszafce” prowadząc networking jako znawca sałatek, serów, jako weteran diety Dukana, Cambridge, czy trójkolorowej diety życia. W sumie wszystkie są i tak do dupy jeżeli nie uprawia się jakiegoś sportu. Ja uprawiam siłownię i basen. O ile na siłowni jest w miarę normalnie, to na basenie bywa… dziwnie.

Lichy jestem w pływaniu. Kiedyś się nauczyłem i tak zostało. Ani to żabka, ani  to kraul, ani strzałka, na plecach w miarę. Pływam konsekwentnie, to znaczy, że pokonuję określone długości basenu w określonym czasie. Wysoko uniesiona głowa, ręce raz, nogi dwa, po kolejnej fali, która zalewa mi oczy robię eleganckie, prawie niezauważalne: tfu, tfu, tfu i płynę dalej. Przyznaję się, pływam jak emerytka, ale nic już tego nie uratuje.

Wybieram zawsze pierwszy tor. Robię to dlatego, że wszyscy inni pływający zajebiście, idą w głąb basenu i tam uprawiają te swoje style motylkowe, grzbietowe, na pieska itd. Ja samotnie. Wolno. Do celu. I nagle się zaczyna.

Na basen posuwistym krokiem czyli szorując klapkami po pachnących środkiem dezynfekującym płytkach, wchodzi starsza pani. Z racji tego, że już wiele razy mi się to przytrafiło, to potrafię taką przyczajoną na mnie doskonale rozpoznać. Zazwyczaj jest po sześćdziesiątce, w różowym czepku, całościowym kostiumie, koloru czarnego, bo czarne wyszczupla. Różowy akcent dla niepoznaki, że taka jeszcze dziewczęca, jeszcze młoda duchem, a ciało zaraz i tak zniknie pod wodą. Uciekinierka z obrazów Rubensa będzie za chwilę zażywać kąpieli.

Rozgląda się. Mija mój tor. Może pójdzie dalej – myślę z nadzieją – i nie będzie mi przeszkadzać. Ale pani w różowym czepku obchodzi każdy, obserwuje, zastanawia się: – Ten nie, ten za szybko tu pływa, tu się nie zmieszczę, tu już pływa dwóch panów, a ja trzecia, hihihi żebym była młodsza, to może. Ooo, tu będę pływać, tu gdzie ta pani.

I łup na mój tor.

Z pluskiem, z uśmiechem. Takie panie zazwyczaj pływają jak lodołamacze, wolno, prawie nieruchomo, a obok nich ja ze swoim tfu, tfu, tfu, podrobioną żabką i w ogóle. Bywa strasznie, bo lodołamacz płynie raz przede mną, a raz za mną i muszę patrzeć na przybliżającą się śrubę, a to na dziób. Czasami się też zdarza, że te panie w różowych czepkach przemieszczają się szybciej ode mnie. Takie super lodołamacze, lodołamacze atomowe, które cię dogonią, wykorzystają, pokruszą swoją otłuszczoną burtą i osiądziesz na dnie basenu jako atrakcja turystyczna dla nurków.

Niby dieta, niby wysiłek fizyczny, ale w dziwny sposób coś ci podpowiada, żebyś z tym wszystkim nie przesadzał.

Życie do remontu

Jacek – mój 130-to  kilogramowy przyjaciel. Wielki facet, wielkie serce, twarz uśmiechniętego dziecka, dobry człowiek. Kiedyś narobił sobie różnych tatuaży na ciele. Wszystkie patriotyczne: na przedramieniu strzelający powstaniec, na barku cmentarz bohaterów, na piersi wilk i znak Polski Walczącej, wykaligrafowane imię syna. Cholera, tak sobie teraz myślę, że jeżeli zabronią w Polsce na epatowanie patriotycznymi symbolami, to wsadzą Jacka do jakiejś kliniki wywabiania tatuaży i będą z niego usuwać powoli słowa: ojczyzna, kocham, krew, nie zapomnimy. Zmarnują na niego masę laserów i po trzech dniach wypuszczą jakby nagiego. Nowo narodzony patriota z czystą skórą do rysowania. Na recepcie z kliniki wywabiania tatuaży dostanie wskazania: Dozwolone wzory to: delfiny, wróżki i serca przebite strzałą. Jacek by się załamał, a może nawet targnął na swoje życie, bo to wrażliwy człowiek. Jedyny taki.

Przekręca słowa, politykuje, wymyśla święta katolickie np. Przewinienie Pańskie. Twierdzi, że zna się wybitnie na kobietach. Mówię na niego: pasterz kobiet, a on wymierza mi uderzenia pięścią, bo kończą mu się argumenty i zostaje tylko siła fizyczna. Interesuje się historią Podlasia, wojną i toczy ze mną nieskończone dysputy na temat centro-prawicy i mojego lewactwa.

– Lewactwo to nawet wychodzi w tym twoim pisaniu. Kiedyś ci za to wpierdolę. Zobaczysz, będzie bolało. Musisz naprawić swoją głowę, bo ty jesteś z tych stron. My mamy bogatą historię, zobowiązania wobec przodków. Jeszcze do Kościoła nie chodzi, chuj jeden… W sumie dobrze, bo by cię tam nie wpuścili. Ty sobie Korwina posłuchaj, Ziemkiewicza poczytaj. Lewaku pierdolony.

– Twoja wiedza z Fecebooka mnie przeraża – ripostuję – przestań lajkować te głupoty, bo to ci mózg wypala.

I tak w kółko. Ja go podpuszczam, a on to wszystko na serio i się denerwuje.

Z racji swojej wielkiej postury Jacek może dużo wypić. I tak, pewnego wieczoru siedzimy i rozmawiamy. Ja woda gazowana, no bo moje życie teraz jest fit, a on whisky z lodem, lekko zabarwione colą. Jacek opowiada o nadchodzącym kryzysie, że trzeba się szykować, że wrogowie wokół nas, że sprząta piwnicę i szykuje zapasy na nieoczekiwane, a ja cieszę się jak dziecko, bo uwielbiam słuchać, o tych jego potwornych teoriach spiskowych. Po wypiciu ponad litra pięcioletniej whisky Jacek dochodzi do wniosku, że może pojedziemy na jakieś piwo i porozmawiamy na świeżym powietrzu. Więc pakujemy się do samochodu, ja za kierownicą, a Jacek z tyłu jako very important person. Ręce rozłożone na oparciach, głowa lekko zwrócona w stronę chodnika. W lusterku widzę jak na jego twarzy odbijają się światła reklam, znaki stop, lampy podróżujących w noc tirów.

Zatrzymujemy się przed jedynym lokalem, który jest otwarty, o tak późnej porze, w tym przeklętym mieście. Pełno tam rozbawionych sobotnią nocą ludzi. Jacek wygrzebuje się z tylnego siedzenia i zarządza, że przed piwem, idziemy się odlać, bo on nie wytrzyma, bo ma jakieś problemy z pęcherzem, w sumie to go nawet nie zrozumiałem.

W kiblu Jackiem trochę buja. Wygląda jakby miał problemy z odlaniem się, płynąć promem Stena Line do Szwecji.

– A pamiętasz, że tu byliśmy kiedyś? – mówi skupiony – Na wystąpieniu Wiplera. 

– Pamiętam Jacku.

– Zadawałeś mu wtedy pytania.

– Tak Jacku, zadawałem.

– O i to było dobre. Po to kończyłeś kurwa te wszystkie swoje szkoły, żeby mądrym ludziom, mądre pytania zadawać. Pamiętaj o tym, lewaku pierdolony.

– Dobrze Jacku. Idę po piwo, a ty usiądź sobie gdzieś przy stole.

Stanąłem w kolejce przy barze. Czekałem, podnosiłem dwa palce, ale widać lewakom podaje się na końcu. Z piwem i wodą gazowaną z cytryną, przepycham się przez tłum ludzi, szukam wzrokiem mojego przyjaciela. Nie ma go z tyłu, z przodu, na dworze też nie ma. Stoję na schodach ze zdziwioną miną, jakbym mi dziewczyna uciekła z nocnej randki. No tak, woda gazowana dla niej, piwo dla mnie, ale doszła do wniosku, że z nudziarzem nie będzie siedziała i zniknęła. Chwilę potem dostaję esemesa. Jacek pisze, że czeka przy samochodzie i żebym wracał. Więc odstawiam napoje i lecę, bo może coś mu się stało, zasłabł, whisky go dogoniła i nie może już stać prosto na nogach.

– Co się stało? – pytam.

– Nic. Wsiadaj i jedziemy.

– Co się stało, przecież mieliśmy jeszcze posiedzieć.

– Nie chcę na ten temat rozmawiać. Jedziemy.

Co się mogło wydarzyć w ciągu tych pięć minut kiedy Jacek był sam? Co takiego zaistniało w jego życiu, jaka przemiana piekielna, że tak nagle zmienił zdanie?

– Mów co się stało, bo nigdzie nie pojedziemy.

– Bo, kurwa… Wracałem, a takich trzech idzie przede mną. W tych swoich rurkach, różowych, obcisłych koszulkach. No cioty takie, że patrzeć nie mogłem. Tylko im wpierdol spuścić i do matki zaprowadzić na skargę, żeby zobaczyła jak z facetów stali się prawie babami. No i mi się nogi poplątały…

– Co ci się poplątało?

– No, wypierdoliłem się na środku tego baru. Jebnąłem tak mocno, że pewnie zaraz wezwą grupę remontową i będą wymieniać te płytki, co się na nie przewróciłem. O Jezu jaki wstyd…

Nic nie odpowiedziałem. Może to nieładnie,  nie powinienem się śmiać z upadku Jacka, ale sobie wyobraziłem jak leci przed siebie, jak uderza w te płytki, a one w drobny mak, kawałki rozrzucone po kątach, jak mu się wilk wystraszył na piersi, powstaniec przestał strzelać, a na cmentarzu poprzewracały się wszystkie pomniki. Żałuję, że tego nie widziałem.

Przez chwilę jechaliśmy w zupełnej ciszy. Jacek zaczął coś mamrotać, że nie pije, że od dzisiaj nie łazi po barach, że nigdy już nie pozwoli, aby ktokolwiek śmiał się z jego małych życiowych porażek. A na koniec powiedział mi coś dziwnie mądrego, coś co zapamiętam do końca życia:

– Widzisz, jak człowiek może łatwo się wypierdolić na prostej drodze. Ot tak, na pysk. I wtedy całe jego życie, nadaje się tylko do remontu.

Zawiniątko

To było pod koniec sierpnia. Gorący, słoneczny dzień. Idealny na koniec wakacji. Do drzwi mojego mieszkania ktoś zapukał. Raz, dwa, zaczął walić z całej siły. Szybko je otworzyłem.

– Dzień dobry.

W drzwiach stało dwóch facetów. Dobrze zbudowani, ubrani w t-shirty Nike, Levis.

– Dzień dobry…

– Komisarz Levis

– Starszy aspirant Nike Komenda Wojewódzka Policji. Możemy wejść?

Za nic nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywali, więc pozostaną nazwami z t-shirtów.

– Eeeee. Proszę.

– Możemy zadać panu kilka pytań?

– Tak.

Odpowiadam twierdząco. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Co za cholera ich tu przyciągnęła? Może komuś ukradli samochód z parkingu, lub któryś sąsiad napił się i pobił żonę.

– Czy tankował pan samochód na stacji benzynowej, wylotowa na Białystok, w dniu 23 sierpnia?

– Tak, tankowałem. A co, zapomniałem zapłacić? Cholera, panowie, ja taki roztrzepany trochę jestem, no mogłem zapomnieć. Ja zawsze tankuję za 50 zł. Zaraz pojadę i oddam.

Przyznaję się do winy, poddaję karze, zwracam pieniądze. Kurwa, o co chodzi?

Levis patrzy się na mnie z góry, mruży oczy, prześwietla mnie.

– Czy podwoził pan kogoś tego dnia?

I co mam odpowiedzieć. Podwoziłem, nie podwoziłem, może to karalne będzie niebawem  jak  tatuaże Jacka, albo już jest, tylko ja o tym nic nie wiem.

– Eeeee – na tyle było mnie stać.

– Nie podwoził pan dziewczyny z przystanku autobusowego przy stacji benzynowej?

– Eeee, no tak podwoziłem. Wiecie panowie, wtedy było gorąco, samo południe, ona tam stała i łapała okazję. Zatrzymałem się i zabrałem. Ogólnie to nie mam w zwyczaju, ale wtedy było tak gorąco. Jechaliśmy na ryby, więc co mi za różnica zabrać kogoś czy nie.

– Czyli pan potwierdza?

– Tak, przyznaję się.

Co za głupia odpowiedź. Spanikowałem jak jasna cholera. Zaraz mnie skują kajdanami, rzucą na glebę, a komisarz Levis wyciągnie gnata i mierząc w moją głowę będzie krzyczał: Nie ruszaj się. Policja. Jesteś aresztowany za podwożenie ludzi.

– Z panem był kolega. Czy kolega mógł zapamiętać jak wyglądała ta dziewczyna? Na kamerach ze stacji benzynowej, widać było że palił papierosa przed waszym odjazdem.

– Eeee, Chudy, tak chyba palił. Może pamięta.

– Czy złoży pan zeznania w tej sprawie?

– Złożę, ale proszę mi powiedzieć, o co chodzi, bo trochę zdziwiony jestem…

– To pan nic nie wie?

– Eeee nie.

– Nie czytał pan w Internecie, że znaleziono utopionego noworodka. Niedaleko miejsca, w którym zabierał pan dziewczynę. My szukamy sprawczyni, znaczy matki dziecka.

O chuj, to się wykąpałem: noworodki, utopienie, uciekająca matka.

– Wiecie panowie, ja mało w Internecie siedzę, telewizji to w ogóle nie oglądam. Ja tylko książki czytam i takie tam…

Levis wyciągnął mały zeszycik i zaczął coś w nim pisać. Może jakąś policyjną notatkę na mnie zrobił: nie czyta Internetu – dziwne, czyta książki – podejrzane.

– Proszę powiadomić kolegę, że czekamy na panów w Komendzie. Dyżurnemu proszę podać moje nazwisko, czyli Levis i że panowie do pokoju 201.

– Dobrze, zaraz zadzwonię do kolegi i przyjedziemy.

– Dziękujemy.

Tyle mi powiedzieli i wyszli.

Dzwonię do Chudego. Odbiera jakby zaspany.

– Szykuj się Chudy.

– A co jest?

– Jedziemy na Policję, złożyć zeznania.

– OK, tylko się ubiorę.

No i znów mnie powaliło. Co to kurwa jest. Jedni mnie nachodzą z rana, zapisują moje zeznania do notatników, a Chudy nawet nie zapytał się o co chodzi. Może na słowo Policja i zeznania reaguje jakimś standardem: ubiera się, schodzi, wsiada do samochodu i jedzie na Komendę. Może on tam bywa co niedziela rano, składa wyjaśnienia ze swoich dziwacznych, nocnych przygód, może on ich tam wszystkich zna z imienia i nazwiska i nie obawia się niczego, bo są kolegami: Sie macie lamusy, jak tam wasze żony?, a oni tylko: – Sie masz Chudy! Dawno żeśmy się nie widzieli. Wpadnij potem do 315, na kawkę albo na pięćdziesiątkę itd.

W samochodzie opowiadam co się stało, z jakiego powodu  cała ta wyprawa. Chudy o dziwo niczego nadal nie komentuje, jest zaskakujący poważny.

Na komendzie informujemy dyżurnego, że my dobrowolnie, na złożenie zeznań, a  komisarz Levis czeka na nas w pokoju 201. Przed nami otwierają się kolejne kraty, wydając przy tym metaliczny, zimny dźwięk. Po schodach schodzi aspirant Nike i prowadzi nas na górę. Z nim też idzie Chudy, a ja wchodzę do pokoju 201, w którym ze spuszczoną głową siedzi komisarz Levis. Dopiero teraz zobaczyłem, że facet jest w moim wieku lub trochę starszy. Na prawym przedramieniu ma tatuaż w kształcie ośmiornicy, a pod nim imię Marta. Dziwne, zazwyczaj imiona ukochanych pisze się pod rysunkiem serca lub ozdobnymi literami, a tu ośmiornica o imieniu Marta. W sumie dobrze, że nie żmija czy coś takiego. Widzę, że jest bardzo zmęczony, spowolnionym gestem zaprasza mnie żebym usiadł na krześle.

No teraz dopiero to się czuje jak na prawdziwym przesłuchaniu, jakbym był bohaterem serialu Prawdziwe psy. Jestem podejrzanym, a komisarz będzie zadawał mi pytania podniesionym głosem i kto wie, może za pyskowanie dostanę w zęby lub pałą po nogach. Jednak Levis grzecznie zebrał podstawowe dane o mnie, zapytał gdzie i po co jechałem, jak dziewczyna zachowywała się w samochodzie, gdzie dokładnie ją wysadziłem, czy mówiła jak się nazywa, czy rozmawiała przez telefon. A ja odpowiadam zgodnie z prawdą, że na ryby, że zabrałem ją ze stacji, no bo gorąco było i mi się jej szkoda zrobiło, tak po prostu jak człowiekowi. Podjechała z nami 15 km i wysadziłem ją z Chudym, obok jakiegoś Ośrodka Zdrowia. Tam nam podziękowała i sobie poszła. Levis złapał się za głowę, po chwili popatrzył na mnie i powiedział:

– Wie pan, ja mam dwójkę dzieci. Dwóch chłopaków. Biegają za piłką w Młodzieżowym ŁKS-sie. Ten młodszy ma talent i może będzie kiedyś grał zawodowo. I wie pan… jakbym kurwę dorwał, to bym ją chyba… Bo to nie matka, to nie kobieta, to nawet nie zwierze. To był chłopiec, mały, bezbronny chłopiec. Ona zawinęła dziecko w jakąś brudną szmatę, wsadziła do plecaka i utopiła w bagnie.

Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć po tym wyznaniu Levisa, który ciągnął dalej.

– Ja nie śpię od 70 godzin. Ciągle na nogach i już mi się wydaję, że wszyscy są podejrzani, że ten świat nagle zwariował.

W tej chwili zadzwonił telefon, a komisarz coś do niego chrząknął i powiedział do mnie, że musi na chwilę wyjść, żebym cierpliwie poczekał, bo już prawie skończyliśmy.

Zostałem sam w pokoju 201, który wyglądał jak biuro w spółdzielni mieszkaniowej z lat osiemdziesiątych. Ściany pomalowane farbą olejną, powykrzywiane szafki, obdrapane biurko, na którego końcu było zamontowane metalowe ucho. W tym miejscu biurko było mocno wydarte. Do tego kółka Levis pewnie przykuwał kajdankami złodziei, chuliganów, morderców i siedział z nimi godzinami. Patrzył im w oczy, poznawał ich życie i słuchał czego się dopuścili. I jakoś przestała mnie dziwić szczerość Levisa, ponieważ każdy człowiek ma jakieś granice wytrzymałości, ma w sobie miejsca święte, których nie dotyka zło, ani inne plugastwo tego brudnego świata. A jeżeli tak się stanie, to człowiek tego nie wytrzymuje, to wtedy płacze, wariuje, cały świat wariuje.

Na biurku leżały jakieś dokumenty wypełnione krzywym pismem policjanta. Na kartkach notatki, z których wyczytałem, że ma odebrać dzieci do 17:30 we wtorek. Obok nich leżały cztery zdjęcia. Jedno przedstawiało staw, wokół którego rosły drzewa. Sielankowy widok, prawie jak widokówka z Mazur. Na drugim ślady kół samochodu. Trzecie przedstawiało niewielki czarny plecak, z różową Myszką Miki na klapie. Natomiast czwarte uwieczniło kawałek szmaty, jakby kuchennej ścierki w kurpiowskie wzory.  Na jej środku rozlana brunatna plama, czarna dziura, która pochłonęła światło lampy błyskowej aparatu. To pewnie krew tego noworodka – pomyślałem. Po głowie pobiegła mi myśl, pytanie: ile krwi mieści się w takim maleństwie? Pewnie tyle, ile zaschło na tym brudnym kawałku materiału. Jedna wielka kropla krwi, która wymieszała się z błotem, z kurzem tego plecaka, tej drogi, na której zostały niewyraźne ślady kół. Te zdjęcia… pocztówki z piekła, wypisane smołą najgorszych grzechów, pozdrowienia od największego zła i życzenia udanego życia z wyrzutami sumienia.

Z tego zamyślenia wyrwał mnie trzask otwieranych drzwi. Do pokoju wszedł Levis, Nike i Chudy, który usiadł  obok mnie i półżartem spytał:

– Jak tam? Wszystko powiedziałeś? Ale historia. My to kurwa mamy szczęście.

– Daj spokój, już nigdy nikogo nie wezmę na stopa.

Policjanci wymienili się naszymi zeznaniami. Komisarz podniósł głowę z kartek i zapytał Chudego:

– Pan siedział z tyłu z tą dziewczyną. Nie powiedział pan w co była ubrana, jakie kolory ciuchów.

Wtedy Chudy spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ze wzrokiem szukającym podpowiedzi, coś takiego jak nieprzygotowany uczeń stojący przy tablicy: szuka ratunku oczami.

– Eeee – wypadło mi nieśmiało z ust. – Mój kolega… on nie rozpoznaje kolorów, znaczy nie widzi różnic pomiędzy niektórymi barwami. 

Chudy zmarszczył czoło, odsunął mnie ręką do ściany i odpowiedział:

– Gówno prawda, dziewczyna była ubrana w bluzkę na guziki i dżinsy.

– A kolor tych ubrań potrafi pan określić?

Cisza. Ulica za oknem pokoju 201 odpowiada za Chudego piskiem opon, klaksonami, przekleństwami kierowców.

– Górę miała jasną, a spodnie ciemne.

Po tej odpowiedzi Chudego Policja nam serdecznie podziękowała za pomoc, za nasze zeznania, poświęcony czas. Tego dnia upiliśmy się do nieprzytomności. Nigdy też nie dowiedzieliśmy się czy podwoziliśmy matkę tego dziecka, czy tylko zwykłą dziewczynę w ten piekielnie upalny, rozpalony letnim słońcem, sierpniowy dzień.

A i jeszcze odpowiedź na pytanie: jak smakuje masło z ryby?

Nie mam zielonego pojęcia. Może jak chlorowana woda z basenu, jak pięcioletnia whisky Jacka, jak łzy komisarza Levisa.
Pewnie jakoś… dziwnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *