Nautyka

Taka robota, że z ludźmi muszę rozmawiać. Pytać o ich dokonania, o duszę, o zwycięstwa, jak podnosić się z kolan. Zawodowo jestem zainteresowany ich życiem, trochę jak ksiądz owieczkami. Słucham ich opowieści, w których nie ma brudów tylko same wielkie rzeczy. Patrzę im w oczy i czasami obserwuję czy kłamią, czy nie. Hobby takie mam. Czy przypadkiem nie dodają sobie jeszcze więcej przymiotników i przyrostków: -awy, -utki, -uteńki, -uśki. Kłamstwo rumieni się w oczach i łatwo odczytać je z twarzy. Ech kłamstwa, bez nich niektórzy byliby po prostu nudni, albo w ogóle by ich nie było.

Ostatnio rozmawiałem służbowo z pewnym doktorem. Od mózgu specjalista. Bada ścieżki neuronów, wszędzie wodził palcem, a to po płacie czołowym, a to grzebał w ciele migdałowatym. Tworzy mapy neurogenezy, taki kartograf od emocji i inteligencji. Opowiadał, że preparował ludzki mózg i układał na stole kawałki przedstawiając swoim uczniom, która część odpowiada za zapach, smak.

– A ta drodzy studenci, ta najmniejsza i szara, w niej gromadzą się uczucia np. miłość – wspominał z jakimś dziwnym uśmiechem.

Od razu mi się w głowie wyświetliło, że ktoś z tego stołu do sekcji zapierdzieli mu ten szary kawałek i zacznie  sprzedawać go na gramy, we fiolkach z formaliną:

– Chcesz zobaczyć jak wygląda miłość?  Jest świeżutko wypreparowana przez doktora. Pięć dych kochany, taniej się nie da.

I pewnie by brali, bo każdy ciekawy, każdy chce być uzależniony od miłości.

Doktor interesująco opowiadał, a najbardziej o ćwiczeniach mózgu.

– Nie wiem czy pan wie, ale mózg można gimnastykować, wysłać na siłownię.

– Co pan powie?

– No tak, wystarczy poddać go różnym bodźcom, zrobić coś pierwszy raz i mózg się ćwiczy. Jaką muzykę pan lubi?

– Rock.

– A disco polo?

– Nie przepadam.

– To ja panu przepisuję 15 minut dziennie tej muzyki, przez tydzień. Zrobi pan coś pierwszy raz. A kto wie, może pański mózg to polubi i będzie bardziej aktywny. Niech pan panięta, że jak boli to znaczy, że rośnie. Tak jak na siłowni.

Poszedłem pogadać, wywiad zrobić, a cholera receptę dostałem. Na mózg lekarstwo. Będę sobie codziennie podawał steryd muzyczny. Już to widzę, jak wieczorami nucę Majteczki w kropeczki i mądrzejszy się staję z każdą zwrotką.

Z zasady wyznaję teorię, że jeżeli człowiek o czymś myśli, to to się dzieje, przyciąga się, następuje sprzężenie wyobrażeń z rzeczywistością. I tak przekornie się stało. Mój kolega, ten od gier i zabaw, mówi mi tak:

– Znasz Zenka z Akcentu?

– Zenek, Zenek, nie znam żadnego Zenka – odpowiadam.

– To sława disco polo. Będzie grał niedaleko nas. Musimy pojechać. To kurwa jest taka gwiazda jak Rodowicz, to Pavarotti dyskotek. Chłopie, nie być na jego koncercie to jak nie żyć. Na you tubie sobie pooglądaj… to znasz pewnie: przez twe oczy zielone oszalaaaałeeeem… – nuci mi do ucha.

– Ale, ja…

– Czy ty sobie zdajesz sprawę, że jemu będą mural w Białymstoku robić? Taki jebitny, na trzy piętra. Zenek jak król, na tronie będzie siedział i gamoniu, za każdym razem jak tam pojedziesz, to na króla będziesz patrzył, na cara Podlasia.

– Ale, ja…

– Ja, ja… jedziemy.

No to doktorek od mózgu wykrakał. Na żywo będę lekarstwo połykał w piwie Żubr, w wacie cukrowej, w balonach napełnionych helem. A pal go licho. Jak eksperyment to eksperyment. Socjo-neurologiczny test na samym sobie. Najwyżej po wszystkim napiszę do doktorka, że Zenka poznałem, że tak blisko tej muzyki byłem, że bliżej się nie da. I wszystko robiłem zgodnie z zaleceniami. A teraz on musi mnie przebadać, wsadzić do jakiejś maszyny co fale mózgu sprawdzi, napięcie skórno-galwaniczne zmierzy. Stanę się przedmiotem badań studentów, którzy poszukają promili mądrości, zmian w elektro-falach, inteligencji nabytej przez to ćwiczenie.

Na koncert przyjeżdżamy w nocy. Nie możemy znaleźć miejsca na zaparkowanie samochodu. Błądzę wśród labiryntu diesli, starych BMW-ic, Mercedesów i poobijanych Opli. Jakieś szaleństwo, zlot używanych aut  z Niemiec. Jakby tu gdzieś za rogiem, darmo ropę rozlewali. Wszyscy z kanistrami, beczkami, kankami stoją i czekają na swoją kolej, a dla umilenia czasu zaraz Zenek będzie śpiewał. Parkuję na jakimś trawniku. Idziemy. Mój kolega już dobrze zrobiony, chwiejnym krokiem, mową niewyraźną, w tłum mnie ciągnie pod samą scenę. A ja nie mogę, bo mi duszno. Mnie tłum przeraża, powietrza mi brakuje, zaczynam panikować.

– Dawaj, kurwa, bo nic nie będziemy widzieli.

Topię się, w setkach sylwetek, w pocie tych ludzi, w przaśnych strojach dziewczyn, w za dużych męskich koszulach.

– A ja cię pierdolę. Idę gdzieś z boku stanę.

– To idź. Ja będę pod sceną.

I oczekuję na Zenka, stojąc pod wiekową lipą. Zupełnie jak jakiś zakładnik tego koncertu, przywiązali mnie do drzewa, żebym nie uciekł. Wokół poustawiane automaty do gier plenerowych. Chłopcy uderzają z pięści w worek. Tłuką tak mocno, aż urządzenia chwieją się na niestabilnym gruncie. Pewnie producenci nie przewidzieli pięści z podlaskiej wsi, bo ciągle rekordy dzwonią, śrubki wypadają z maszyn.

Zaczyna mnie boleć głowa.

Może coś już działa. Może rozrasta się płat czołowy.

Szukam kumpla. Tańczy pijany z jakąś starszą panią. Macha mi, żebym przyszedł pod scenę, zatańczył z jej równie dojrzałą koleżanką.

Boli, kurwa, boli coraz bardziej.

Na scenę wkracza prowadzący. Krzyczy do mikrofonu, a pogłos niesie się przez śmiech i muzykę z diabelskiego koła.

– Już za chwilę, na scenie zagra Zenek i zespół Akcent. Chodźta wszystkie tu bliżej. Chodźta. Będzie zabawa jakiej to miasteczko nie widziało. Krzyczta wszystkie razem: Zenek, Zenek…

Zapomniałem, że to będzie terapia wstrząsowa, chodźta, krzyczta, co żeś mi doktorku na ten mózg przepisał.

I wreszcie jest. Wchodzi gwiazda. Na scenie Zenek. Pisk dziewczyn, krzyk mężczyzn. On w skórzanej kurtce, włosy do tyłu zaczesane, a tu lipcowy wieczór, gorąco, parują hormony przez koronkowe majtki.

– A teraz pierwszy przebój… alsasndsfdfgdte rerwemosf mfsfsofsfs. Klaszczemy.

Kurwa co to było. Jakiś bełkot. Nie mam pojęcia co on mówi.

– Zaśpiewamy “Przekorny los”. Bawimy się. Rączki, rączki, do góry…

I poszło. Wokalista Zenek śpiewa na żywo. Całkiem zgrabnie. Dziwna maniera w głosie. Taki trochę pisk, ale z prostym rymem jakoś łączy się w całość. Bit, klawisze. Reszta zespołu czyli jeszcze jeden gość z zimną twarzą wybija kolejne akordy. Tłum szaleje. Czegoś takiego to nawet na Dodzie nie widziałem. Ręce w górze, nieogolone pachy, kwadratowe twarze, prostokątne ramiona i tańce jak na weselu. Od siebie, do siebie. To już jedno wielkie wesele. Jedna zabawa. Jedna gwiazda, która spadał na to miasteczko z nieba.

Boli mnie już z tyłu głowy. Mądrość się kokosi, wysiadują się neurony. Tworzą nowe ścieżki połączeń. Elektryka w moim mózgu działa na pełnych obrotach.

Kumpla nie widzę. Pewnie po autograf się pcha, z tą starszą panią za rękę, a może z nią na piwo poszedł i dalej w tańce. Jakiś tutejszy mnie zaczepia, krzyczy mi w twarz:

– Ty wiesz, że on z playbacku śpiewa. Nawet po scenie nie skacze, taki skurwiel wybredny. Dwie dychy za godzinę śpiewania zbiera. Wyobrażasz to sobie. Dwie dychiiii…

A niech i trzy. Co mi do tego. Ja tu od niego za darmo leczenie pobieram. Wytrwale stoję pod lipą, mózg ćwiczę, a to boli jak jasna cholera.

Koncert trwa godzinę. Zenek rozwalił miasteczko. Ludzie nie siedzą na karuzeli, nie kupują Żubra, nie stoją w kolejce po watę cukrową, tylko tańczą. Bawią się.

Zenek wszystko zaśpiewał: coś o pszczółce Mai, że życie to są chwile, że miał jakąś królową (no to skoro on król, to i królowa pewnie gdzieś jest lub kiedyś była) no i, że pada deszcz. Romantycznie się zrobiło. W sumie to go nawet polubiłem.

Kurcze doktorek miał rację. Terapia działa. Łeb mnie napierdala jakbym bejsbolem dostał, ale się uśmiecham. I zacząłem się uśmiechać jeszcze bardziej kiedy zobaczyłem, że ten mój kumpel z tymi dwiema starszymi paniami pod rękę wraca.

– Widzisz redaktorku pierdolony, że bawić się można. Następnym razem to wcześniej przyjedziemy, z dziewczynami się umówiłem. Będziemy tańczyć, Żubra pić…

Nie będę kłamać, bo to na twarzy widać, nie będę udawał, że mi źle na Zenku było. Doświadczenie, którego długo nie zapomnę.

–  OK – mówię – tylko jakieś tabletki muszę mocne wziąć od bólu, bo to wszystko jakoś mi się w głowie nie mieści.

– Pierwszy raz zawsze boli – odpowiada mój kolega.

No trudno się z tym nie zgodzić.

Doktorek też mówił, że jak boli to znaczy, że dobrze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *