Foto-wrzuto-web

Nie lubię optymistów. Pachnie im z ust miłymi słowami. Jak tylko się odezwą, to w jedną nutę: mamy ładny dzień, może będzie padać, ale chyba się rozpogadza, szczęście dzisiaj miałem, wygrałem dwójkę w Totka, moja żona to już nie anioł, to archanioł, tak ciężko pracuję i inne takie. Wszystko w błękitach, w różu, jak niezmywalna słodycz co klei się do ust. Niby jak takiego znasz, to chce ci się żyć, ładuje cię energią. Tak mówią. Mnie jednak męczą. Znaczy nie to, żebym unikał kontaktów, ale wystarczą trzy godziny. Potem robi mi się niewygodnie w dobrych słowach i muszę uciekać.

Rozpoznaję trzy typy optymistów:

– optymista amator – to taki który często powtarza: jakoś to będzie;

– optymista specjalista – twierdzi: bądź przygotowany na nieoczekiwane, a los będzie ci sprzyjał, pokonasz największą falę, nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko chcieć;

– optymista fantasta – uważa, że odkrył coś nowego, coś czego jeszcze nikt nie wymyślił i z marszu bierze cię na wspólnika, dzieląc zysk tuż po tym jak cię do tego biznesu zaprosił.

Ten trzeci jest najgorszy. Najbardziej upierdliwy w swoich planach na przyszłość. Coś takiego jak ten mój kumpel Marcel.

Poznaliśmy się na jakimś szkoleniu sprzedażowym, coś z cyklu: Pokaż jak sprzedajesz, a powiem ci gdzie popełniasz błędy. Trzeba było przełamywać granice swojego bezpieczeństwa, brać udział w głupich grach i zabawach, a na koniec masować plecy obcemu facetowi. Ci coachowie, trenerzy w takich gierkach to przebierają cię za jakiegoś członka chóru gospel i każą śpiewać: Kumbaya My Lord. I stoisz kurwa w jakimś fioletowym przebraniu, w sutannie takiej i śpiewasz. Nawet nie wiesz, że śpiewasz, bo porywa cię tłum i chcąc nie chcąc nucisz Kumbaya…  Takie zachowania mają otworzyć cię jeszcze bardziej na innych, masz wyzbyć się skrępowania, a przez to lepiej sprzedawać. Jak dorwę tego, co robił wtedy zdjęcia to mu mordę obiję za pokazywanie tego komukolwiek. Nawet jeżeli swojej babci pokazał, dostanie w ryj jak nic.

No i podczas tego szkolenie poznałem Marcela. Nie to żebym masował mu plecy czy coś takiego. Gamoń śpiewał najgłośniej, wyskakiwał do przodu, podnosił w geście wychwalenia dłonie do góry, kręcił się w tej sukience jak jakiś opętany. Strasznie mnie wtedy tym rozbawił. Może dlatego jakoś znalazłem z nim wspólny język. Ja się z niego nabijałem, a on tłumaczył mi, że to wszystko dla naszego zawodu, dla bycia sprzedawcą najlepszym. Świr trochę.

Marcel jest zawodowym optymistą fantastą. Nie umie nic zrobić. Kompletnie nic. Tylko sprzedawać, ale to też ze średnim skutkiem. Prawie pięćdziesięcioletni facet, który ciągle liczy, że mu się uda, że otworzy jakiś biznes i zarobi grubą kasę. Nie potrafi wbić gwoździa w ścianę, bo to zadanie dla specjalistów, dla ludzi nie z jego wykształceniem i zawodem. On jest stworzony do bycia marzycielem, a raczej myślicielem.

Ostatnio kiedy się spotkaliśmy zajął się aplikacjami. Nie ma o tym zielonego pojęcia, ale jak twierdzi potrzebny jest pomysł, a inni zrobią resztę. On zgarnie czystą kasę. Wymyślił takie cudo:

– Słuchaj, mam pomysł – syczał do mnie Marcel. – Taka aplikacja, że powiedzmy, robisz zdjęcie i przesyłasz je komuś. Robisz w chuj zdjęć, ładujesz, opisujesz i przesyłasz. Ktoś to odbiera, znaczy ten do kogo wysłałeś i przegląda twoje zdjęcia z wakacji, imprezy, skąd chcesz. Masz podaną informację, że za dwa dni zdjęcia znikną i nikt ich więcej nie zobaczy. Dobre co?

– Taki WhatsApp.

– Że co? WhatsApp? Nooo, dobra nazwa. Widzę, że myślałeś o czymś podobnym. Ja to bardziej bym poszedł w taką, trochę po angielsku, trochę po polsku, takie: foto-wrzuto-web. Zajebiste, co? To zażre jak nic.

– Marcel – mówię spokojnie do tego rozgorączkowanego pięćdziesięciolatka – czy sprawdzałeś czy taka aplikacja już istnieje?

– Nie, a po co? To świeży pomysł. Wczoraj na to wpadłem.

– Sprawdź: WhatsApp.

Marcel grzebie w komórce, klika, przeciąga palcem.

– O kurwa. Jest. Amerykanie zajebali mi pomysł…

Pewnie, że zajebali. Nie ma to jak wymyślić coś, co już zostało wymyślone.

Kolejna aplikacja.

Dzwoni do mnie.

Słyszę w słuchawce, że jakiś zdyszany, jakby biegł.

– Cześć, cześć. Masz czas? Wpadnij na kawę do Czarnej polewki pogadamy. Mam taki pomysł, że się osrasz.

– OK, będę.

Nie mam pojęcia, po co ja tam polazłem, ale jakoś mi go szkoda. Może przemawia przeze mnie moja matka, która od dzieciństwa wpajała mi, że słabszych należy bronić i im pomagać.

Siedzi przy stoliku, drepcze w miejscu, jest zdenerwowany. Wita się ze mną i rozgląda wokół. Jakbyśmy mieli wymienić się tajnymi dokumentami, tacy szpiedzy-przedstawiciele-handlowi, albo dokonać jakiejś nielegalnej transakcji pod jednym ze stołów w Czarnej polewce.

– Siadaj. Jest taki plan. To możemy zrobić tylko we dwóch. Ty i ja. Ja wchodzę z pomysłem, bo mam to wszystko obcykane, a ty załatwiasz tych swoich kolegów informatyków i to robimy. Tylko szybko, bo znów nam hehehehe Amerykanie zajebią pomysł.

– Co to takiego?

– A no słuchaj mój przyjacielu, niedowiarku jeden. Zadaj sobie pytanie: czego szukają ludzie samotni? No, wal.

– Kurwa, drugiej połówki.

– Dokładnie. A teraz tak. Co zrobisz jak nie masz czasu na wychodzenie, na randki, na te wszystkie pierdoły. Wiesz kino, całowanie w rączkę, podawanie płaszcza.

– O chuj… zapisuję się na sympatia.pl

– No możesz. Fakt.

– Marcel, ja nie mam czasu na takie głupoty.

– OK, OK. To wymyśliłem taką aplikację, że się logujesz, wpisujesz jak wyglądasz, hobby, że kurwa łowisz ryby wieczorami, że uwielbiasz poezją recytowaną w kościołach i szukasz dziewczyny o podobnych zainteresowaniach.

– I?

– I to cię wrzuca do bazy. A cały myk polega na tym, że jak jedziesz gdzieś metrem, spacerujesz w parku, czy idziesz po chleb, to spotykasz różnych ludzi. I jeżeli mijasz taką osobę, taką sikorkę co też lubi tak jak ty tą poezję, to wtedy telefon ci PIPCZY.

– Co robi?

– No pipczy, kurwa. Taki dźwięk wydaje: pi, pi, pi… Wtedy wiesz, że spotkałeś tę właściwą. Mówię ci zajebiste to jest, bo na świecie sami samotni ludzie. Będzie kasa, zobaczysz. Tym razem się odbijemy. Zarobimy. Czy ty wiesz, jak to pójdzie w świat, jakie to będą pieniądze?

– Marcel? Zadam ci jedno głupie pytanie.

– Tak?

– Czy sprawdzałeś, czy takie coś już istnieje?

– No pewnie, że nie. Wymyśliłem to teraz, jak biegłem do autobusu, bo by mi skurwiel uciekł.

– To weź ten swój hipsterski telefonik, odpal internet i sprawdzaj, aż znajdziesz.

– Taaa, weź. Nie ma jeszcze czegoś takiego. Ni chuja.

Odszedłem od stolika, nawet się nie pożegnałem. W drzwiach usłyszałem zrozpaczone i głośne:

– Kurwaaaaa…jebani Amerykanie.

Marcel ma żonę. Asia, Asia, Asia. Śliczna. Pracowita, skromna. Normalnie, rzadko spotykana kobieta. Mówię na nią Królowa Auchan, ponieważ zna wszystkie gazetki reklamowe na pamięć. Wszystkie. Wie gdzie w mieście są najtańsze ogórki małosolne, gdzie maliny w promocji, gdzie za 50 proc. sprzedają klocki hamulcowe. Jeszcze jedno. To Aśka nosi spodnie w tym dziwnym związku. Skręca meble z IKEA, wbija gwoździe, tapetuje. Naprawia samochód. Jest w tym tak dobra, że jak jeździ do serwisu tych Koreańczyków, to oni przed nią się w pół  kłaniają. Ona wie co trzeba naprawić, jakie części wymienić, rzuca tymi mechanicznymi słowami: przegub, bieg jałowy, linka od hamulca ręcznego. Wsio. Oni tam wariują jak ją widzą. Pewnie by ją do tej Korei porwali, jakby mogli. Świetna baka. No i ma tego swojego Marcela.

Aśka zaprosiła mnie na kolację. Wysłała Marcela po jakieś zakupy, więc sierdzę z nią w kuchni i rozmawiamy. Aśka opowiada mi o ostatnim pomyśle jej męża.

– Wiesz, Marcel namawia mnie, żebyśmy sprzedali mieszkanie i się stąd wyprowadzili. Chce zaryzykować nasze pieniądze w Chorwacji.

– Gdzie? – pytam zdziwiony.

– No, w Chorwacji. Podobno mają tam tanie domy. Dobry klimat. Kupimy z Marcelem, jakąś starą kamienicę, wyremontujemy i zrobimy hostel. Damy reklamę w Polsce i będziemy tam z tego żyli. Ja to nie lubię przeprowadzek, ale Marcel jest pewny, że to się uda. W sumie nawet mnie do tego przekonał.

– Aśka czyś ty na głowę upadła? Przecież on was do bankructwa doprowadzi. Ja bym mu kota z kuwetą nie powierzył, a ty z nim w Chorwacji hostele będziesz zakładać? I co może, będziesz murowała, nosiła wiadra z zaprawą. Ja pierdolę Aśka, to jakaś głupota.

– Nie głupota, to są marzenia. Wiesz, o tym, że marzenia często się spełniają.

– Weź przestań mi opowiadać takie motywacyjne bzdety. Ja to myślałem, że ty go wreszcie wyprostujesz, poukładasz mu w tej głowie, wytłumaczysz, że już pora się ustatkować, a nie kurwa… marzenia spełniać.

– Wiesz, co? Gamoń z ciebie.

– Aśka, powiedz mi szczerze, obiecał, że kupi ci coś ładnego. Tak? Żebyś się tylko zgodziła. No powiedz, po co ty chcesz z tym fantastą biznesy robić?

– Bo go kocham, matole.

Już wiem za co nie lubię optymistów.

Za ich wspierające i troskliwe żony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *