Sztucer

Uwielbiam małe pijalnie piwa w wioskach. Żywcem wyciągnięte z przeszłości. Mają klimat minionego ustroju. Zmęczony pieszą podróżą włażę do takiej właśnie. Jest wręcz idealna. Z drewnianym szyldem nad drzwiami, ozdobiony ręcznie namalowanym napisem: Pijalnia wódek i piw. Cztery kolory w czterech słowach, kaligrafia na najwyższym poziomie. Włażę z plecakiem. Wciskam się przez wąskie drzwi. Na dworze panuje ponad trzydziestostopniowy upał, a zimne piwo będzie dla mnie wybawieniem.

W środku pachnie pastą do rąk, której używało się w zakładach pracy, wyczuwam jeszcze wodę toaletową… coś jak Gazela z Polleny Poznań i Szampon Rumiankowym do włosów normalnych i tłustych. Zapachy się mieszają, kręci mi się od tego w głowie.

Stoły przyniesione pewnie z jakiejś świetlicy lub czytelni książek, z której nikt nigdy nie korzystał. Drewniane krzesła powyginane od bujania się na nich z nudy. Na ścianach brakuje tylko Gierka lub hasła: Przodownik pracy najlepszym synem robotniczej klasy.

W środku jest chłodno. Budynek wygląda na stary, ma grube ściany, wysokie sufity. W powietrzu odgłosy owadów, na zapleczu w radio, ktoś odmawia zdrowaśki.

Za ladą stoi gruby facet, dwóch innych rozmawia ze sobą. Patrzą na mnie ze zdziwieniem. Wyglądam jakbym się zgubił.

– Dzień dobry. Szczęść Boże – mówię. Jeżeli ktoś z Bogiem idzie, podróżuje pieszo z plecakiem, modli  się w ciszy, to tacy ludzie to doceniają. Mogą siebie nie szanować, ale na Szczęść Boże stają się ufniejsi, bardziej otwarci.

– Szczęść Boże – odpowiada barman. – Co podać?

– Proszę zimne piwo.

I gruby facet łapie za nalewak, z którego tryska piana na cały bar, rozlewa piwo po ściankach kufla. Widać, że rzadko to robi.

– Co pan tu robisz? Z tym wielkim plecakiem, w taki gorąc?

– A łażę po lasach, włóczę się ogólnie. To taki sposób na zwiedzanie. Macie tutaj piękne okolice, zabytki, stare drzewa, ptaki.

– No pewnie panie, u nas to nawet powietrze inne niż tam u was w stolicy.

Facet od razu zakłada, że ja z Warszawy, że jeżeli wyglądam trochę inaczej i łażę po lasach, to muszę być dziwakiem ze stolicy. Nie wyprowadzam go z błędu.

– A długo pan tak się włóczysz?

– To będzie… już trzeci dzień.

– A gdzie pan śpisz?

Mam wrażenia, że za chwilę zapyta mnie o panieńskie nazwisko matki. Ciekawski grubas.

– Tam gdzie zajdę. Najczęściej w lesie.

– Pan śpisz w tych lasach wokół naszej wioski? Nie strach?

– A czego mam się bać. Same zwierzęta, ludzi to tylko spotykam na polach, czy jak zajdę gdzieś chleb kupić.

– No to musisz mieć pan jaja, że po tych naszych lasach łazisz i śpisz. Musisz mieć jaja…

Zabrałem się zdziwiony i wyszedłem na zewnątrz. Pod wielką lipą stała ławka, zbity z desek stolik. Tam usiadłem. Przed budynkiem było jeszcze kilka osób, kończyły piwo. Pewnie zaraz wsiądą w swoje Zetory 660 i ruszą orać pole albo kosić. Myślę sobie, że tu się nic nie zmieniło. Tak jak kiedyś, piją w pracy, pracują pijani. Za komuny kilka razy w tygodniu upijało się pięć milionów ludzi, cały kraj był uzależniony od alkoholu. Oni nie umieją inaczej żyć.

Przyglądam się im. Twarze mają zniszczone. Ktoś ich tu wymodelował w taki sam sposób, ulepił z gliny jakiś artysta zaproszony na Wieczorek z Kulturą. Spieszył się, robił w twarzach głębokie bruzdy, chciał odwzorować smutek ludzi pracy. Zostawił swoje odciski palców pod oczami, powykrzywiał nosy. I tych twarzy nie wypalił w piecu. Wypaliło je słońce, kiedy pracowali, kiedy wsiadali do swoich maszyn, kiedy stali przed tym starym kościołem ze spuszczoną głową. Jeden z nich idzie do mnie. Pewnie będzie rozmowa. Pytania skąd jestem i w ogóle. Zawsze mnie zaczepiają, mam coś w twarzy takiego, że nie mają do mnie dystansu. Po kilku zdaniach jestem już swój, od nich.

– Dzień dobry. Ma pan fajka, jakiegoś poczęstować. Ja przepraszam, że pytam – kładzie rękę na piersi. – Zygmunt jestem.

Podaje mi dłoń. Twarda, z grubą skórą, silny uścisk. Czuć przepocony alkohol wokół niego.

– Dzień dobry. Niestety nie palę.

– To może pan dwa złote pożyczy, bo jakoś tak wyszło… że z domu nie zabrałem.

Dalej trzyma dłoń na piersi.

– Masz pan.

Daję. Zawsze daję im kasę, żeby się odczepili. Jednak Zygmunt się nie odczepił. Wraca. Idzie do mnie, uśmiecha się szeroko. W ręku niesie piwo. Braki w uzębieniu sprawiają wrażenie jakby mnie tą rozdziawioną gębą, z czarną przestrzenią wewnątrz, chciał pochłonąć, pożreć.

– Olek, znaczy barman mówi, żeś pan z lasu naszego wyszedłeś, że pan tam śpisz.

– No tak.

– O, to pan nie wiesz, że tu u nas straszy, właśnie w tych lasach.

Śmieję się. Kolejna opowieść o duchach. Udaję głupiego.

– Co pan powie? Straszy? Co straszy?

Lubię słuchać tych ogniskowych historii, tych opowieści o kadukach i diabłach ze studni. Podlasie pełne tego. Jakby te legendy zalegały w czarnej ziemi, nikt ich nie wygrzebuje, nie są spisane, tylko opowiadane wieczorami, żeby dzieci straszyć.

– To długa historia – rzuca Zygmunt i siada naprzeciwko mnie. – Opowiem, jak pan chcesz.

– Pewnie, że chcę.

– Ale masz pan nóż. Toż to można sobie rękę odrąbać takim.

Cholera jaki obserwator z PGR-u. Nawet mój nóż zauważył pod t-shirtem.

– To nóż do survivalu, taki specjalny. Ja nim rąbię drzewo, grzebię w ziemi. Wie pan, to takie narzędzie do pracy, a nie do odrąbywania rąk.

– Tatko miał nóż. Długi i ostry jak jasna cholera. Ojciec mój tu wokół w lasach naszych walczył. On o tę ziemię się bił, a nawet mu żadnego medalu nie dali, ni nic. Ukrywał się po wojnie, bo go ścigali, nękali, cyrki takie tu były, że hej. Ojciec na partyzantkę chodził. To był silny chłop, duży i wytrzymały. Sam dwa worki żyta dźwigał, taki byk. Kiedy się napił, to opowiadał, że ten jego nóż, to mu życie nie raz na wojnie uratował. A jak wypił więcej, to mówił, że Niemców nim kładł, a najwięcej Rusków. O tych drugich, to z taką nienawiścią mówił, że to było aż słychać. Potem tylko płakał. Jak umarł, to mu go do trumny włożyłem. Panie, bo trzymać coś takiego w domu to nie mogłem. Nawet jako pamiątkę. Zresztą jaka to pamiątka. On tym nożem ludzi zabijał, ale nie powiedział nigdy ilu ich było. Wojna panie, to straszna rzecz.

– A co z tym straszeniem panie Zygmuncie.

– Historia się wydarzyła… w latach siedemdziesiątych. To ja młody chłopak jeszcze byłem. U nas lasy stare, gęste, zwierzyny było pełno. I jednego roku pobudowali leśniczówkę kilka kilometrów stąd. Na odludziu takim. Jedna droga, a jak śniegu napadało to nie szło tam dojechać. I do tej leśniczówki sprowadził się młody leśniczy. Podobno był kształcony, mądry chłopak. Ludzie opowiadali, że za lasem szalał, tylko chodził i liczył drzewa. Ludziom pomagał, bo mówił, że skoro państwową robotę ma, to państwo ma obowiązek swoim obywatelom służyć. I on to robił. Drzewa dawał w zimę, paliki na namioty, bo tu wszędzie przecież badylaże kiedyś i dzisiaj. Dobry był.

– No i?

– I on żonę swoją tu przywiózł. Ona z Ukrainy była. Piękna kobieta. Ja jej nigdy nie widziałem, ale miejscowi opowiadali, że takiej kobiety u nas nie było. Nawet do tego starego Dworku takie nie przyjeżdżały. Jak z żurnala, z gazety amerykańskiej. Ten leśniczy to za nią jak za tym lasem szalał. Pilnował jej.

– No jak kochał, to pilnował – wtrącam, bo opowieść o miłości się zaczyna robić, a miało być o duchach.

– Tak ją kochał panie, że ją zabił.

– Jak to zabił, za co zabił?

Wreszcie jakieś konkrety. Robi się ciekawie.

– No normalnie. Milicjanci co tam byli po tym zdarzeniu, w tej leśniczówce, opowiadali, że ją wpierw postrzelił z dubeltówki. Ona jeszcze żyła i uciekała tą jedyną drogą do wioski. Przeszła ze 400 metrów. On ją z daleka, ze sztucera strzelił. Trafił w głowę z takiej odległości. Mówili, że jak snajper. Ponoć był szkolony w strzelaniu. Panie wyobraź sobie, jak ona musiała się męczyć. Tyle jeszcze zdążyła przejść, myślała, że się uratuje. On się temu przyglądał i potem ją z zimną krwią dobił. Cholera, jak psa zastrzelił.

– To się naprawdę tu wydarzyło?

– A no tak. Tylko się o tym nie mówi.

– Dlaczego?

– Po tym morderstwie, leśniczego zamknęli w mieście. Tu do nas zaczęły przyjeżdżać różne samochody, ludzie w garniturach. Wypytywali miejscowych nie o niego, tylko o tę żonę jego. Z kim się kontaktowała, do kogo chodziła, czy kochanka miała i takie różne. Jednego dnia, to pamiętam dobrze, helikopter przyleciał. Wielki, wojskowy, na zielono pomalowany. Huk taki był, jak lądował, że kury to nam się przez tydzień nie niosły. Przylecieli jacyś dygnitarze, ktoś wysoko postawiony. Mówili, że jakiś generał sam się tą sprawą zajął. Do końca nie wiemy, o co tam chodziło. Potem sprawa ucichła. Lasy Państwo leśniczówkę zabiły dechami. O leśniczym nie było już nic wiadomo. Cisza panie. Ludziom tylko tajniacy zabronili mówić i opowiadać. Z czasem życie wróciło do normy, bo to każdy ma swoje problemy. Wie pan…

– Panie Zygmuncie, a gdzie te duchy?

– To się zaczęło jakieś piętnaście lat temu. Jak do tej leśniczówki młodzież z wioski zaczęła chodzić. Wiesz pan, no krew nie woda. Na górę łazili i miłość sobie wyznawali. Potem pojawiły się opowieści dzieciaków, że w domu coś trzeszczy, że zimno tam jak w piwnicy. Baby co na grzyby chodziły mówiły, że coś po lesie łazi, gałęzie łamią się same, że drogę powrotną gubią, a kiedy one tu wychowane, każde drzewo znają. A zwierząt to jak na lekarstwo. Toż tu panie wokół same łąki ze zbożem, kukurydza wszędzie, a dzika żadnego do tej pory nie uświadczysz. Tu nawet myśliwi nie przyjeżdżają, bo mówią, że zwierzyny nie ma. Dlaczego? Nie wiadomo.

– A co z tą leśniczówką się teraz dzieje? Można tam iść i zobaczyć?

– Teraz to tam taki harcerz mieszka. On tu dzieciaki na obozy zaczął przywozić. Pierwsze to jakieś takie religijne obozy były. Dzieci się modliły i siostry zakonne z nimi tam nocowały. Szybko jednak harcerze się tam zadomowili. Ten co tam rządzi, znaczy wynajmuje leśniczówkę od Lasów Państwowych, to często nam opowiadał, że te dzieciaki w nocy płaczą, do domu chcą wracać. Sami żeśmy widywali jak to któregoś ze złamaną ręką czy nogą przywieźli. A tych zgubionych w lesie to nie zliczę. Sam chodziłem ich tam szukać. Same tragedie, mówię panu. Jakby coś złego tam mieszkało.

–  I pan w to wierzy?

– Wierzy, nie wierzy. Tu jeszcze jedna rzecz była.

– Co takiego?

– Ten od tych harcerzy, ten szef ich, to do naszego księdza chodził. Często do tego lasu łazili, rozmawiali. Nasz ksiądz z ambony czasami tak prawił, to pamiętam bo mi się podobało, takie słowa mądre, trochę straszne: Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się.  Jakby nas tu ostrzegał przed boskim gniewem. Może za to co tu się we wojnę działo i za tego leśniczego co żonę z zimną krwią zabił. Potem przyjechał ten harcerz do wioski, długo czekał na takiego innego księdza. Młody to ksiądz był. Oni w tej leśniczówce to te, no… egzroro…

– Egzorcyzmy.

– No właśnie. Egzorcyzmy przeprowadzali. Podobno z dobrym skutkiem. Ale ja panu powiem, tu z miejscowych, to nikt na długo do tych lasów nie chodzi. My tu wiemy, że złego ot tak wygnać się nie da. A, że pan tam spał, sam, to powiem, że odważny z pana człowiek.

– Dziękuję za historię panie Zygmuncie. Postawić jeszcze piwo.

– A jak pan taki życzliwy, to z chęcią wypiję, bo już mi w gardle zaschło od tego gadania.

Nie wiedziałem co mam myśleć. Stanąłem przy barze. Poprosiłem o zimne piwo dla pana Zygmunta. Barman Olek tylko uśmiechał się pod wąsem:

– Co on panu tam naopowiadał? O tych duchach? O leśniczówce? No trochę tam coś się działo, ale to pijak, niech pan we wszystko nie wierzy.

– Dziękuję i życzę miłego dnia – powiedziałem do barmana Olka.

– Niech pan na siebie uważa, żeby nogi nie złamać, bo ratunku w tym lesie, to się pan nie doczekasz. Z Bogiem.

Wychodząc z baru, zobaczyłem stare zdjęcie w drewnianej ramie. Na zdjęciu budynek, beczki, jacyś ludzie chodzą po placu. Zatrzymałem się i zrobiłem telefonem fotkę. Pod zdjęciem był podpis:

Pierwszym obiektem przemysłowym Majątku Drozdowo był niewielki browar, w którym od 1864 roku produkowano piwo, które dzięki wybornej wodzie źródlanej i dobrym fachowcom szybko zyskało rozgłos. Istniała tu fabryka krochmalu i mąki kartoflanej, lecz spłonęła.  W 1867 roku piwo Drozdowskie otrzymało brązowy medal na wystawie rolniczej w Warszawie. W 1873 roku na międzynarodowej wystawie w Wiedniu i w roku 1874 w Warszawie uzyskało złote medale, co dawało „wejście” na rynki Królestwa Polskiego oraz zagraniczne, nawet do Cesarstwa Rosyjskiego. Produkcja przez to szybko wzrastała i w r. 1873 wynosiła 64 000 rubli.   Tegoż roku na wystawie międzynarodowej w Wiedniu piwo to otrzymało medal „za zasługę”.

Podałem panu Zygmuntowi piwo. On mi dziękował jeszcze ze dwie minuty. Zebrałem plecak z ławki, pożegnałem się z moim rozmówcą. W głowie siedział mi ten leśniczy, te dzieciaki na górze leśniczówki, egzorcyzmy i browar, który sławny był na całą Europę. Musiałem zobaczyć to miejsce. Krzyknąłem zza płota w kierunku pana Zygmunta.

– Panie, a w którym kierunku do tej leśniczówki?

– Musi pan iść teraz prosto, za ostatnim domem w prawo. Potem będą sady i taka droga w las. To tam. Aaaa jeszcze jedno, może to pana zainteresuje.

– Co takiego?

– Po tym morderstwie, to tylko znaleźli dubeltówkę. Tego sztucera nigdy. Podobno leśniczy go gdzieś schował. Może zakopał. Nie wiadomo. Nikt nie wie, pewnie tylko on.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *