Bo w ciemnościach…

Mógłbym przedstawić swoją kolejną wyprawę na bagna tak, jak to robią na Discovery, pięknie, czysto, z porównaniami opisującymi glorię wiosny. Dołączyłbym zdjęcia, zaciekawił szczegółami i historią okolicy, ale nie tym razem. Kiedy człowiek zostaje z dziką przyrodą za plecami, to po pewnym czasie zaczyna gadać sam do siebie, a do głowy przychodzą mu różne, dziwne wizje, budzą się lęki, dominuje strach, wracają stare legendy i stara pamięć.

***

Jedna z zasad klasycznego survivalu zakłada używanie jak najmniejszej ilości sprzętu. Zaleca nawet odchudzanie go jeszcze bardziej, do tego stopnia, że wszystko co będzie potrzebne w terenie należy zrobić samemu. Ja co najwyżej umiem wystrugać łyżkę z drewna i rozpalić ognisko. Ale ta teoria zmusiła mnie w jakiś sposób do zminimalizowania swojego sprzętu wyprawowego: mały namiot, plastikowy niezbędnik, metalowy kubek, wodoodporny pokrowiec na śpiwór, niemiecka karimata, krzesiwo zamiast zapałek, dobra kurtka, trochę jedzenia, woda. Podoba mi się minimalizm, wyzwala z ciężaru, daje swobodę ruchów. I ta moja wyprawa stała się minimalna, pierwsza w tym roku w moje łąki, w chłód rzeki bez zbędnego bagażu.

Zanim wyjechałem z miasta, zatrzymałem się na rynku. Jakiś wiosenny festyn z emerytami w roli głównej. W jednym z namiotów znalazłem ukraińską wędlinę. Tak przynajmniej głosił napis na bannerze reklamowym.

– Pan katoryje dać wam kielbasu? Wsie wkusnoje i swieżeje! – krzyknęła do mnie kobieta z wypiekami na twarzy.

Złoty ząb z tyłu szczęki błysnął z uśmiechem. Nic dodać – klasyka. Tylko dlaczego ona do mnie po rusku mówiła, kiedy powinna po ukraińsku. Widać taka z niej Ukrainka, jak ze mnie Niemiec. Duch przedsiębiorczości – pomyślałem sobie, żeby Ruscy za Ukraińców się przebierali i sprzedawali wędliny w Polsce? A  faktycznie, bo tam u nich bieda, wojna na Krymie.

– Niech mi pani boczku da wędzonego, mały kawałek – zdecydowałem.

– Oj takoj bolszoj czełowiek, bericie wsio!

– Nie dziękuję, tylko kawałek.

Kobieta straciła uśmiech, odkroiła wędlinę, która faktycznie pachniała jak dym z ogniska, dobrze zrobiona, mimo tego, że pewnie, nie z Ukrainy.

– 12 zł pan!

To był najdroższy kawałek boczku jaki w życiu kupiłem, i nie wiem czy dobrze zrobiłem i kogo wsparłem tymi 12 złotymi: ich czy sąsiadów naszych.

***

Kiedy dojeżdżam do rzeki, widzę, że wiosenna woda opadła. Łąki odnajdują się w przestrzeni, wszystko powoli wraca do dawnego wyglądu. Szkoda, bo wylewy powinny utrzymywać się tutaj aż do czerwca. Rozstawiam namiot, szykuje kawę i nachodzi mnie ochota na jajecznicę, z jajek od tutejszych kur. Ich smak, kolor jest zupełnie inny od tych sklepowych, nawet z opakowaniem eko czy innym marketingowym hasłem. Plecak, kurtka wysoko zapięta i maszeruję kilka kilometrów do najbliższej wsi, gdzie znajoma pani sklepowa ma na zapleczu pełno takich skarbów, a do tego pewnie znajdzie kawałek chleba, zimne piwo i mleko prosto od krowy.

Idąc do wsi, pierwsze co mi się rzuca w oczy to praca na polach. Wszystko się rusza, wrze, wszędzie czerwone ciągniki. Dziwne, wszystkie w tym samym kolorze, jakby od tego samego dilera kupione. Olbrzymie biedronki, mechaniczne owady ryją w ziemi, grzebią w niej, żarłoczne, przekopują pługami miedzę, robią bruzdy swoimi brzuchami, za nimi pokraczne ślady stalowych łap. Jeszcze wleką siewniki, nawóz z Chin frunie w powietrze jak śnieg, bo to taniej. A w tę ziemię rzucać takie badziewie, to chyba grzech. Tanie minerały, tanie plony, nadszedł szybki koniec gnojówki. Niestety. Przynajmniej nie śmierdzi, ale to żaden pożytek.

Sklepik otwiera znajoma sprzedawczyni, która swój biznes ma we własnym domu. Oderwana od obiadu, który szykowała w letniej kuchni, informuje mnie, że deszcze idą, że będzie zimny weekend. Stanowczo odradza mi masło do jajecznicy, tylko lepszy będzie smalec, a i tańszy i smak będzie. Nie dyskutuję z nią, pakuję jajka od kur wolno biegających, chleb, ten smalec, piwo – wszystko co mi będzie potrzebne na kolejne 24 godziny.

– A synku, nie zimno ci będzie nad rzeką? – pyta prawie jak matka.

– Nie, mam ze sobą namiot i śpiwór dobry mam. Dam radę – odpowiadam z uśmiechem, bo na dobre słowo trzeba zawsze z uśmiechem, bo to wraca potem ze zdwojoną siłą.

– A nie lepiej w domu posiedzieć, telewizor pooglądać, a nie tu w tę wilgoć się kłaść. Oj synku pomyśl, bo zachorować możesz i wtedy zapalenie płuc gotowe.

– Zahartowany jestem, jajecznicę dobrą zjem i już.

Właścicielka sklepu zniknęła nagle za drewnianymi drzwiami. Po chwili przyniosła mi cztery duże cebule, z który wyrastał zielony już szczypior.

– Masz gratis do jajecznicy. Tam dużo witamin. Może nie zachorujesz. Cebula moja i już rośnie, ale o tej porze roku, to już wszystko w koło rośnie. Z Bogiem synku.

***

W prostocie relacji między tymi ludźmi jest prawda. Ja to czuję, wiem o tym. Oni tak tu żyją, bez kłamstw, ulepszeń, technologii. Ci starsi oczywiście, bo tych młodych to już tu niewielu zostało. Zazdroszczę im. Sam chcę być choć na chwilę najprawdziwszy na świece. Sam w tych bagnach, zanurzony w idealnym widoku, w wiośnie, która będzie miała wszelkie prawa do mojego życia przez najbliższe godziny. Bo tak do końca, to nie wiem co mnie tu spotka. Może złamę nogę w kolanie i nie dojdę do namiotu, może wpadnę w bobrową dziurę i mnie rzeka porwie, utopię się – zostanę pierwszą męską topielicą na bagnach. Pewnie by o mnie legendy jakieś tu później opowiadali:

– A, bo wiecie dzieci: kiedyś to był tu taki jeden, sam przyjeżdżał, zginął marnie. Podobno widują go o świcie, jak chodzi po bagnach, utyka cierpiący, wyje z bólu. Znaleźli go w rzece ze złamanym kolanem. Utopiony cały. Nie chodźcie dzieci nad rzekę same, bo go jeszcze spotkacie.

Ha, historia jak z tych legend, których przeczytałem wiele. O biebrzańskich demonach, kadukach, wiedźmach, bagiennikach, o Krainie Cieni tak zwanej Orgi, gdzie przychodzi się umierać, o miłości nieszczęśliwiej, bo przecież każda kraina musi mieć swoich nieszczęśliwych kochanków. I o wielu innych rzeczach bajkowych, czasem strasznych, ocierających się o samo zło najczarniejsze, o gorzką prawdę wojny…  A ludzie tutaj prawdziwi i prawdę mówią!

***

Wieczorem obserwuję ptaki. Tysiące ich. Opływają wylewiska, toną w stalowej wodzie. Wzbijają się w powietrze z wiatrem, który silnie wieje ze wschodu. Ale o tej porze roku nic nie jest w stanie temu zwariowaniu przeszkodzić, tym uniesieniom miłosnym, rozpuście.

Bataliony ptaków, setki batalionów, w czerwieni, purpurze, w niebieskim blasku piór. Ptasi seks na trawie, aż mi głupio patrzeć. Brakuje słów, bo język za twardy jest w tych sprawach, nie opisuje namiętności tak nagłej, jak ten wiatr. Może muzyka jedynie:

W tysiącu głosów słychać słowiki, piecuszki, gęsi, zaganiacze, strumieniówki, kszyki czy gajówki i śpiewaki. Rozkrzyczane swingers party, każdy z każdym, nikt się nie kontroluje. Część z nich zginie z miłości, a reszta przestanie się kochać jak opadną z sił, bo nawet noc nie jest w stanie zatrzymać tego, co teraz dzieje pod tymi ptasimi skrzydłami.

***

Noc zapada szybciej niż mi się wydawało. Włażę do swojego minimalistycznego namiotu, jak do trumny. Tyle tu miejsca. No cóż, trzeba się przyzwyczajać. Okutany w śpiwór włączam biwakową latarkę, która świeci czerwonym światłem. Świetnie, jak w przenośnym jednoosobowym burdelu. Wtedy myślę sobie, żeby tu chciała się ze mną jakaś kobieta położyć, prostytutka zboczona, co w kwietniu chłopcom do namiotów wchodzi. Dziwka, która pobłądziła w Wiźnie i zamiast na wylotową na Białystok zaszła za Sieburczyn, Rutkowskie, Chyliny, aż pod Łoje Awissa podjechała stopem. Taka co by chciała odmrozić sobie tyłek, co by mi pod śpiworem mruczała: podmuchaj, no bo zmarzłam w nogi. Miejsca mało, tylko wygimnastykowana, tylko taka bez klaustrofobii, umiejąca cieszyć się z niewielkiej przestrzeni, z moich szerokich ramion. Ech…

W samotności różne rzeczy włażą do głowy. W nocy szczególnie, która swoim zapachem potrafi zwodzić, majaczyć, dawać złe znaki. Umysł odbiera więcej niż potrzeba, zaczyna dopowiadać, produkować rzeczywistość na zewnątrz. Mój produkuje w hektarach tej rzeki, w ilość rozlanej wody i wschodniego wiatru. Tlą mi się w głowie historie z tych baśni. Legend zachciało mi się czytać i teraz mam. To wszystko stoi za moim namiotem. A ten namiot minimalistyczny, niezdolny do obrony. Survivalowy przewodnik nie przewidywał krucyfiksów i święconej wody. Nie podano rymowanych zdrowasiek na odegnanie złego. Wszystko co będzie potrzebne w terenie należy zrobić samemu – przypominam sobie.

Strach próbuję obrócić w skojarzenia.

Zaczynam myśleć o tym, co się na tych bagnach zmieniło. Co się stało z tymi wszystkimi strachami biebrzańskimi teraz, kiedy wszędzie satelity podglądają z góry, Ruscy za Ukraińców w Polsce mięso sprzedają, wywiad działa jak grom z jasnego nieba i mamy najlepsze oddziały uderzeniowe na świecie. Wszystko się zmieniło.

I tak sobie myślę, że po roku 1989 większość zjaw, dziwadeł, bagienników i demonów innego sortu, wybrała demokratycznie swego Belzebuba, który pije teraz gdzieś w knajpie w Osowcu czy Goniądzu. Limuzyną do Warszawy jeździ, załatwiać sprawy z politykami, podania do administracji piekielnej składa, wyznacza na mapach granice Parku Narodowego i sprzedaje torf na lewo. A ci co tu zostali, to też już koniom grzyw nie zaplatają, tylko terenówkami jeżdżą, quadami szaleją. Wszystko napędzane tym błotem czarnym, śmierdzącym gazem z bagien i wysokooktanową mgłą. Magazynują ją w zbiornikach łęgów, lasów zalanych wodą i  trzęsawiskach. Tankują paliwo Made in Podlasie, skropione żarliwymi modlitwami, wyświęcone palącą się wiarą w górnym biegu rzeki przez Popa czy Proboszcza. I broń boże z otwartym ogniem tam chodzić, ognisk palić, bo to wszystko łupnie i się spali. Nawet w Regulaminie Parku jest tak zapisane, żeby ogień piekielny rozpalać w wyznaczonych miejscach, po wniesieniu stosownych opłat i otrzymaniu pozwoleń na piśmie. Tu pracuje cały regiment diabelskich urzędników, którzy granic Parku bronią przed takimi jak ja uchodźcami. Mają zasieki z trujących roślin, patrole wilków co rozszarpią każdego, kto za daleko pójdzie w bagna. Ale w nocy nadal potrafią robić swoje – straszą.

Któryś z tych niższych rangą, podszedł pod mój namiot, grzebie w śmiechach, chichra się dziecięcym głosem. Kąsa mój boczek z Ukrainy, smalcem zagryza, łyka głośno. I odbija mu się wodą z rzeki, zimną, pełną mikroorganizmów. A ja mam ochotę wyjść za nim, złapać go i oddać naukowcom, niech zbadają to bezpłciowe ciało. Albo nie, bo wszystko wyjdzie na jaw, że jest naprawdę, że nie jest wymysłem mojej wyobraźni. Lepiej go udomowić, oswoić, nauczyć dobrych manier. Musiałbym go w pierwszej kolejności ogrzać przy ognisku, jak dziecko małe, jak trupie niemowlę poczęte w nocy. Smycz mu bym wyszykował ze sznurka nylonowego, przywiązał do cherlawej szyi. Musiałbym go nakarmić, uczesać włosy, z zębów powyjmować resztki krowiej padliny. Nauczyć poprawniej polszczyzny, słów proszę, wybacz, nie cudzołóż, a on będzie się ze mną kłócił przekleństwami, gryzł tępymi zębami w ręce. Aż wreszcie się zerwie z zielonego nylonu, da susa w krzaki, przeskoczy rzekę i wiiuuuu na bagna. A ja tam sam nie odważę się pójść. Nawet z litości serca, bo w ciemnościach, samotność jest straszniejsza niż jakieś tam zjawy.

***

O świcie wiatr się wzmaga. Wieje od Osowca, a to najgorsze co może mnie spotkać. Ktoś mi tę wichurę zamówił specjalnie, żebym już sobie pojechał, nie siedział tu dalej. I zwijam minimalistyczny zestaw, chowam do bagażnika resztę wiejskich jajek i znikam.

W planach mam kolejny wiosenny weekend, może ktoś ma ochotę rozbić obok mnie namiot?

Przysięgam, mówię prawdę, tam wcale nie straszy.

2 Comments Bo w ciemnościach…

  1. Obleśny

    Coraz mniej tych miejsc nie tkniętych ludzka ręką gdzie demony czające się w mroku odciskają piętno nie tylko legendami. Co do reszty i głodnym kawałku o towarzyszce do „rozgrzewki” to chyba za duzo River Why :P. Tu jest Polska i raczej trzeba stosować „Otworzę Ci nowe piwo bo widzę że już wyżłopałaś”

    P.S. Jedź w końcu na jakieś ryby.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *