Jezusków Chrystusków

Bo ja stąd jestem, z tych bagien śmierdzących, z tych łąk obsianych gęsiami, z tego krzyku żurawi, z tego siwego dymu co mnie pali, z tych rzek płynących po mnie, rozlanych. Jestem ostatnią budowlą hydrotechniczną wstrzymującą wzburzoną krew, słowa i myśli tych wszystkich, których nie ma, a byli pełni życia. Jakby mi ktoś w oczy wkroplił ten klimat podlaski, i wszystko widzę drewniane, jakby mnie ktoś za nogi z puszczy wywlókł i kazał biec po kocich łbach, aż do kolejnej nocy, do snu pod gwiazdami. Ja tym widokiem nie mogę się nasycić, mam go w sobie, przelany w płyny ustrojowe, i nie ma takiego lekarstwa, wybielacza takiego nie ma, który by mi to z duszy usunął, rozdarł w paszamany.

I nawet modlić się tu potrafię, bo pełno wszędzie święconej wody, wypijanej pod koniec dnia z duraleksowych  szklanek, i ciała bożego, które ci ludzie jedzą do obiadu. I są dobrzy, prości, prawdziwi, bez odrobiny szaleństwa, jakby zapomniani.

Na ścianach pełno Jezusków Chrystusków, jakby ktoś je paznokciami z grobów zdrapał. Potem na nowo dziury zrobił w nadgarstkach, przybił kolejny raz do dębowych pali, a one gołe, nagusieńkie, ledwo odziane. I każdy w tę samą stronę patrzy, we mnie wlepione te żeliwne oczy, i tej litości mam teraz tyle w sobie, co tego zapachu sosen, żywicy i leśnych zwidów, szeptów podlaskich.

I nie cierpię z głodu, wcinam pieremicze z mięsem, kryszonkę, belysz, flaki świetnie doprawione. Prawie tak, jakbym już samym widokiem się nasycił, pochował w policzki jak chomik kawałki ciasta tatarskiego, i uciekł przez tylne drzwi cerkwi albo meczetu, tak od zakrystii zbiegł najedzony, pełny szczęśliwych myśli. Nawet wódkę mam zimną, swojską, zebraną z pól rękami. Ktoś o nią zadbał, zaopiekował się pszenicą, przerobił w szklisty płyn, wysokoprocentowy, bo tak się lepiej wchłania w szare w komórki.

A po spacerze ulicą Lewitówką, kochać mi się chce, dotykać twojego ciała, obmacywać ustami, żebyś nagle była naga. I prawdę mówią, że tu duchy są, łażą po drewnianych ścianach, przebrane za zdjęcia, wyrzeźbione strasznie w czarnym dębie. Mam wrażenie, że nas podglądają, czają się w ciemnych oknach, wychodzą z lasu rozanielone, słodkie do granic przyzwoitości.

Jak tu jest niebezpiecznie spokojnie. Jakby cała cisza się w to miejsce wlała, w tę krainę pełną przydrożnych kapliczek i niebieskich domów. Tu nie można się zgubić bo wszędzie sami swoi, sąsiedzi bliscy, dalecy, jedna wielka rodzina Andrzejuków, Michalczuków, Siemieniuków, Sidoruków, Wasiluków i Siergiejewiczów. Wszyscy w Boga wierzą, kochają się zgodnie z przykazaniem, chrzczą dzieci, bo mają grzech pierwotny, bo ze skazą taką się rodzisz, którą potem trzeba odkupić na kolanach, wejść na Grabarkę w skupieniu, żałować.

Chciałbym mieć szansę tu żyć, mieć kawałek bagna na własność, swoje drzewa owocowe, ule lipowe, kolorowe kwiaty i święty spokój, bo tutaj nie jest o to trudno. Nawet bym sobie grób przyszykował, wykopałbym sobie pieczarę w jesiennych liściach i się nimi przykrył, zmienił się w mokre, leśne runo. Zgniłbym rozkosznie i wrócił jako energia jakaś, jako elektron tych rzek, żebym mógł wiecznie się rozpływać, stać się minerałem tej ziemi, jej częścią.

A potem może by mnie ktoś odczarował, może szeptucha jakaś, pani Wala albo Olga z Białorusi. By mnie w ducha zmieniła, rozświetliła świeczką głowę pełną marzeń, pełną tęsknoty za życiem i bym się wtedy spełnił cały.

Byłbym wiarą, myślą ludzi, a potem słowem i bym się nie skończył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *