A jak daleko jest do „Lezbony”? Cz. 2

No i mnie namówiła, ta mała z lizakiem w policzku. Lizbona, Lizbona jakby się jej płyta zacięła, tak się cieszyła, że wreszcie poprawnie wymawiała słowo Lizbona. Cóż, małe sukcesy cieszą najbardziej. Niestety, skazałem się na ten wyjazd, sam się o to prosiłem. Od tej pory słyszałem tylko jedno:

– Tato, a czy na pewno polecimy?

– Tato, a jak to jest tam być?

– Tato, a czy kozaki nosi się w Portugalii?

– Tato, a czy plecak będzie potrzebny?

– Tato, ale ty nie masz krótkich spodni, w długich się ugotujesz – i setki innych pytań, na które musiałem odpowiadać.

Znalazłem tanie bilety lotnicze, chociaż „tanie” o biletach do Portugalii to nie do końca prawdziwe stwierdzenie. Wybór padł na przelot z przesiadką w Brukseli. Pomyślałem, że to może i dobrze. Zobaczymy coś innego i mała będzie miała więcej radości, albo więcej pytań. No cóż, trzeba to będzie jakoś dźwignąć. Wylatujemy w połowie lipca. Znając moje szczęście to pewnie będzie najbardziej gorący dzień lata.

***

Jest jeden mały problem. Oprócz lęku wysokości, mam jeszcze lęk przestrzeni. Za każdym razem jak mi przyjdzie gdzieś dotrzeć tym piekielnym ustrojstwem, samolotem znaczy, to słabo mi się robi, pocę się, dostaję gorączki. Nie wiem, skąd to się we mnie wzięło. Na akrofobię nawet tabletek nie ma. Podobno mają duże sukcesy i leczą ludzi w przestrzeni wirtualnej. O Chryste Panie, jakby mnie gdzieś tam wsadzili, w ciemne pomieszczenie, i nałożyli okulary 3D, i kazali spadać w dół z wygenerowanym graficznie świstem, to by mi się coś od tętnicy odkleiło, spanikowana płytka złego cholesterolu i bym umarł. Farmakologicznie nie da się wyleczyć lęku wysokości, ale to co mi w jakimś stopniu pomagało, to odrobina alkoholu, tak dla kurażu. No dobra, jednego lotu na Djerbę nie pamiętam (choć najbardziej traumatyczny był ten do New Jorku). Podobno doszło wtedy do dość osobliwych sytuacji z moim udziałem, tańczyłem, brałem na ręce cudze dzieci, siadałem na kolana facetom. Młody byłem, przestraszony wysokością, więc i pomieszanie świadomości ciężkim alkoholem doprowadziło do niewygodnych sytuacji. Wylądowałem i przeżyłem. Z powrotnym lotem było trochę lepiej, bo dostałem zatrucia lub zmieniła mi się flora bakteryjna żołądka od tego ich jedzenia, więc nawet nie zwracałem uwagi na turbulencje, biegające z torebkami stewardessy. Wstyd, ale też się udało.

Nienawidzę latać, ale im obiecałem. Wykupiłem wakacje dla trojga, w pięknym hotelu Heritage Avenida Liberdade w centrum Lizbony. W słonecznym kraju, w którym przyjdzie mi jeść w południe śniadanie i popijać to wszystko porto lub czymś mocniejszym, może Bagaco lub Figo. To tak trochę na odwagę, bo tam podobno górki, widoki rozległe na zatokę, podjazdy tramwajem Electrico 28, gdzieś wysoko, w górę wąskich uliczek i starych kamienic.

***

Port lotniczy Okęcie obsadzony policją, nafaszerowany ołowiem zimnych twarzy pilnujących porządku. Podobno nowe zagrożenie terrorystyczne. To dobrze, że ich tu pełno, czuję się trochę bezpieczniej, a dziewczyny nie panikują i nie zadają głupich pytań. Szybka odprawa, samolot kołuje pod wyjście. Trzeźwy jestem, spanikowany. Ręce mi się trzęsą. Zachowałem się zgodnie z zaleceniami podręcznika dla bojących się latać. Przez ostatnie trzy dni dużo spałem, aby odświeżyć umysł, zmęczona głowa intensywniej odbiera bodźce zewnętrzne i wyolbrzymia emocje. Nie uprawiałem seksu choć to trochę głupie i więcej tego nie zrobię. Nie piłem kawy, napoi energetycznych, nie powinienem alkoholu, ale cholera coś mi się od życia należy. Mentalnie byłem przygotowany, ale to chyba zwykłe oszustwo.

W samolocie siadamy razem. Mała krzyczy, że chce przy oknie, a ja prawie mdleję ze strachu o nią. Może odziedziczyła ten lęk po mnie, może zaraz zacznie panikować i jej nie uspokoję, bo ja sam w strachu. Siadam od wewnątrz, zamykam oczy. Przyspieszenie wbija mnie w fotel, skrzydła unoszą stalową maszynę. Słyszę jak naprężają się nity i zmianie ulega ciśnienie w kabinie. Lecimy.

– O jejku tato, popatrz jakie to wszystko małe, popatrz szybko.

A ja na granicy omdlenia.

– To świetnie córeczko, popatrz sobie, może nasz dom zobaczysz – cedzę przez zaciśnięte strachem zęby.

Serce mi wyskoczy zaraz z piersi. Ta mała świetnie się bawi. Chyba w matkę ma stalowe nerwy. Nic to. Trzeba dotrwać do końca.

Próbuję zasnąć. Do tej mojej przestraszonej głowy wpada myśl taka, że jednego nie przewidziałem – mój angielski jest bardzo słaby. Nie przykładałem się do nauki tego języka i zawsze liczyłem na pomoc mojej drugiej połówki, bo ona świetnie nim włada. Płynnie zmienia czasy, zna trudne słowa. A ja to tylko haj, baj. I zaczynam się martwić, że jak mi przyjdzie się z kimś tam dogadać np. zapytać o drogę, to sobie nie dam rady. Zupełnie jak z tym moim, pożal się boże, zarobkowym wyjazdem do USA. Cholerna przygoda życia. Wybrałem się zarobić na studia, odłożyć kupę kasy, bo moja przebywająca tam nielegalnie rodzina zapewniała, że przylecisz, zarobisz i będziesz miał na dwa lata nauki. Nie uprzedzili mnie, że jednak tego angielskiego to dobrze żebym chociaż znał podstawy, aby był chociaż komunikatywny, bo różne rzeczy mogą się zdarzyć. No i się wydarzyły, a jak.

Pracowałem w stolarni obsługując maszynę, która wierciła otwory w płytach wiórowych. Prosta praca. Wkładasz kawałek drewna, maszyna robi bzzzyyy i już, element  gotowy. Miałem Social Security number i ID na nazwisko Rafael Marco Calava. Wszystko fałszywe. Razem ze mną pracowali ludzie z Meksyku, Ukrainy, Afryki i licho wie skąd jeszcze. Jak się mnie o coś pytali, to zawsze odpowiadałem jes i o dziwo jakoś poprawnie wykonywałem wszystkie polecenia. Ktoś mi coś na palcach pokazał, narysował, praca szła do przodu. Jednak pewnego dnia jeden z moich nowych kolegów obsługujący wielką piłę, odciął sobie kciuk. Tak jest, odciął sobie cały. Ten jego kawałek ciała odleciał jak pocisk wystrzelony z tej maszyny i wylądował obok mnie. Człowiek ten zrobił się siny na twarzy, a ciepła krew z prawej dłoni trysnęła na mnie i na pół pomieszczenia. Zamarłem, bo pierwszy raz w życiu widziałem tyle krwi i latający palec. Odwróciłem się i pobiegłem do bossa. Znalazłem go przy kiblu. Spojrzał na mnie  i widziałem, że przerażenie w nim rosło, bo ja zdyszany, spocony i cały we krwi tego człowieka.

– What happened – krzyknął.

A ja… no cóż jak umiałem tak odpowiedziałem:

– Maj frend kat finger.

– What?

– Maj frend kat finger, znaczy palec se odciął.

Boss stał i kręcił głową, że nie rozumie.

No to najprościej jak mogłem pokazałem mu kciuk, ustami zrobiłem bzzzy i schowałem kciuk. Wreszcie facet zrozumiał powagę sytuacji. Poleciał po apteczkę, słoik z lodem i uratowali temu człowiekowi palec. Tylko ja już więcej nie pojawiłem się w tej stolarni. Doszedłem do wniosku, że za słabo znam angielski, żeby komuś życie ratować.

Lądujemy na lotnisku Bruksela Charleroi. Potężna budowla, pełna ludzi z całego globu. Niektórzy śpią na ławkach, inni chowają się w zakamarkach ścian, jakby chcieli tu zostać na zawsze, jakby chcieli tutaj zniknąć, przestać istnieć. Jedyne co mi się w głowie wypaliło obrazem, to skojarzenie, że jest to podziemna, wykuta w stali Arka Noego, przygotowana do ciągłych odlotów, ucieczki w cały świat.

Nas troje, w tym wszechobecnym pędzie, trochę zagubieni, odnajdujemy po 40 minutach nasz samolot do Lizbony. Wsiadamy, a ja znów nadwyrężam swoje serce tysiącem panicznych uderzeń. Zaczepiam stewardessę i proszę ją o jakikolwiek alkohol: piwo, drink, butelkę czystej wódki, cokolwiek. Piękna, młoda dziewczyna łamaną angielszczyzną zaczyna coś tłumaczyć, gestykulować, a ja się uśmiecham, że rozumiem, że wszystko jasne. Po chwili odchodzi.

– Czy możesz mi wytłumaczyć co powiedziała – proszę swoją uzdolnioną kobietę.

– Powiedziała, że oni w tym samolocie alkoholu nie serwują. Nie ma takiej możliwości. Powiedziała, że alkohol wywołuje wiele agresywnych zachowań, ataki paniki, i tzw. “powietrzny gniew”. Widzisz, przez ten swój lęk wysokości, jeszcze nowej choroby dostałeś. Ty to powinieneś pociągami jeździć, a nie latać.

Powietrzny gniew, tyle zapamiętałem z tego przelotu. Nowa choroba, na którą nie ma lekarstwa, a picie alkoholu jest surowo zabronione. No to teraz miałem jeszcze bardziej przechlapane, niż przed tą całą wyprawą do Lizbony. Ciekawe jak wrócimy.

Część 3, ostatnia, niebawem!

2 Comments A jak daleko jest do „Lezbony”? Cz. 2

  1. PacaMan

    Ja muszę przyznać że również cykam się latać, chociaż mam swój wiek, tzn jajka mi już obrosły 🙂
    Podczas lotu nasłuchuję czy szum silników jest jednostajny i czekam na ewentualne odchylenia od wykresu. A co potem ???
    Po czasie staje się to nudne, ale na szczęście w moich liniach zawsze jest płyn rozweselający u stewardes, niestety ceny w Euro 🙁

    Odpowiedz
    1. Nie mam słów

      Ooo to ty już naprawdę duży chłop, skoro wszystko tam… zasiane, rośnie, wznosi się… hahahahaha
      Ja ostatnio to od tego alkoholu za Euro, to inne lęki mam, ale to temat na nowe opowiadanie!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *