Ostatnio grzebię w szaleńcach

Czasami zastanawia mnie, co musi się dziać w człowieku, który testuje zależności jednych od drugich, zarządza nimi, ubiega ich kroki lub je śledzi z dziwną przyjemnością. Co musi tam siedzieć, w tyle głowy, co się kłębi w zwojach elektronów, które przeskakując wzniecają rozdwojenie jaźni. Ktoś taki z czasem musi stworzyć swój własny świat, w którym klęczy rozmodlony, musi go zbudować od podstaw, dać twarde fundamenty psychozy, rozlać tę swoją lepką świadomością na dom, rodzinę, pracę. Musi umieć stworzyć alternatywną rzeczywistość, przejść się na spacer do granic szaleństwa, przy których stoją megalomania, próżność, żal i kompleksy.

Nie będzie odkrywcze to, jeżeli powiem, że każdy z nas posiada alternatywne światy. No, może tylko pragmatycy, którzy pocą się w testowaniu swoich pomysłów na żywo. Tacy nie chcą wierzyć w to, że można inaczej patrzeć na świat, niż przez kalkulację i zimną politykę liczb. Jednak budowanie poziomów rzeczywistości wymaga sprytu i inteligencji. Choć niektóre działania są podświadome, to reszta jest architekturą bardziej złożonych zależności.

Ostatnio trochę grzebię w szaleńcach, przyglądam im się bacznie i analizuję ich rozczochrane myśli.

Dopada mnie analiza taka, że gdzieś tam głęboko w przeszłości takiego jegomościa, można znaleźć kruchą świadomość, która się kształtuje, poznaje świat. Potem ten świat szybko się mści rutyną, bo znów trzeba iść do kościoła i wierzyć na słowo, że życie wieczne jest w zasięgu ręki. Samo życie wieczne, nie mieści się w głowie, pewnie dlatego zastępuje je tępa myśl, że może to być jednak prawda. Wymiar śmiertelności jest przesuwany daleko, ale można go oglądać na krzyżu lub świętych obrazkach. Potem to boli, kiedy śmierć staje się rzeczywista i nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.

Dalej wątłe dłonie i ścięgna: które nie nadawały się do gry w piłkę czy do zaciskania w pięści. Dłonie, które nie służą niczemu poważnemu, a co gorsza nie potrafią nawet utrzymać kobiecej piersi, stają się bezużyteczną atrapą i potrafią tylko ropieć, łuszczyć się z powodu swojej bezradności. Po drodze rozbuchane serce i pierwsza miłość wytłumaczona sobie, że może być prawdziwa. Miłość tragiczna, a późniejsze wyglądają podobnie. Potem pierwsze uderzenie w twarz i boli, i krew leci, i nie chce się zagoić, nawet po dwóch tygodniach płaczu.

Wreszcie kropla sukcesu. W czymś jednak można być dobrym. Można być wężem gładkim, śliskim, obłym. Potem rodzą się słowa i rusza machina tolerancji przymiotników od dobrego do najgorszego. Jeszcze “ja” obrasta w papierowe wykształcenie, zdobywa doświadczenie, kreuje się, tworzy od podstaw. Wrasta w skórę arogancja, brak wstydu. To wszystko się miesza i klaruje w głowie chorą ambicją. I już jest, gotowy materiał na szaleńca.

A teraz trzeba się przygotować na to, że podróżując po tych alternatywnych światach takiego jegomościa, udzielając się na tych lekcjach braku pokory, można się tym zarazić. Można stać się jednym z jego wymyślonych przyjaciół lub wrogów i za chwilę uczestniczyć w czymś, czego tak naprawdę nie ma, a ma wymierne konsekwencje. Strasznie się wtedy robi. Bezdusznie ciasno i przykro.

Jestem przekonany, że pewne niedoskonałości można retuszować takim szaleństwem, można się wymazywać ze świadomości innych jałową gumką uśmiechów, miłych gestów. Można uczestniczyć w rozmowach bez słów, być świadkiem nieobecnego zdarzenia. Być nieprawdziwym jest łatwiej, niż bycie sobą i co ciekawe, że taki jegomość cokolwiek by nie zrobił, cokolwiek by nie powiedział zawsze mówi prawdę. Swoją własną prawdę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *