W aptekach zabraknie pitnego jodu

Pada już trzeci dzień. Ulice w nieładzie. Pełno brykających przez kałuże ludzi, jak płocha zwierzyna, na którą polują kierowcy bez wycieraczek. Zawsze ktoś się spieszy, unika kropel w biegu, ktoś szybciej chce wrócić do domu suchy, bez skazy. Ja pod parasolem, paruję oddechem. Krok w lewo, w prawo, mijam kogoś. Przede mną jakiś facet. Ma mokre włosy, albo tak spocone, że ociekają tłuszczem na szyję i ramiona. Z kieszeni wyciąga ćwiartkę wódki. Nim do niego dochodzę wypija całą. Chwilę potem pluje mi pod nogi porannym kacem, a alkohol czuć z jego skóry. Oddycham głęboko i przez przypadek wdycham jego odór, ale z jakimś współczuciem, może żalem. Nienawidzę tu być, w tym mieście, nad którym zatrzymały się chyba wszystkie czarne chmury i nikt nie wie kiedy przestanie padać.

Trudno mi się spaceruje. Ostatnio kupiłem buty, takie specjalne do chodzenia w trudnym terenie, idealne na deszczową pogodę. Mają lekką podeszwę, są wodoodporne i bezczelnie niewygodne. Mam otwarte rany na piętach i łzy w oczach. Z bólu i ze swojej głupoty, że dałem za nie tyle kasy. Chińskie badziewie produkowane pod niezniszczalnym logo.

Może niepotrzebnie narzekam. Wtapiam się w ten sposób w to, czego nie cierpię. To mnie obgryza z trzeźwości, zaraża śliną deszczu i mam już we krwi, tego, wirusa miasta. Już krąży po mnie, a skomplikowane cząstki organiczne infekują ciekawość swoim smutnym marszem. To ci ludzie, pijani, koślawi, nieżyjący we właściwym porządku, tylko ciągle, monotonnie wleką wózki ze złomem, na skrzypiących od rdzy kolanach. Rozbudowana po horyzont Baza ludzi umarłych, wszyscy zginą, nikt stąd nie ucieknie.

– Brrr nie mogę tu zardzewieć – myślę sobie.

Próbuję na palcach dojść do przystanku, bo pięty mam już oblane ciepłą krwią. Przynajmniej nie jest mi zimno w stopy. Nie zdążam na autobus do domu. Odjeżdża, a z tylnej szyby, z reklamy, z folii one way vision, macha do mnie uśmiechnięta dziewczyna z napisem: Szczęśliwe i zdrowe życie zapewni Ci apteka na ul. Długiej 3 A. I już nie wiem, czy mam płakać, czy się śmiać.

Zapalam papierosa i pod parasolem robi się ciepło. Lubię je palić wolno, dusić się ich zapachem, przekładać w kąciki ust i gasić strzelając palcami w powietrze. Takie przyzwyczajenie, nawyk, którego ni jak nie mogę się pozbyć. Czasami myślę, że powinienem to rzucić, zadbać o zdrowie, ale potem kupuję kolejną paczkę i mówię sobie: zrobię to zaraz po Nowym Roku. Oszukiwanie siebie przychodzi łatwiej niż innych.

Do domu mam jeszcze dwie ulice. Mijam wypełnioną ludźmi Biedronkę. Pchają się tam chyba po jakąś promocję. Do samochodów ciągną wózki wypełnione napojami z benzoesanem sodu, próżniowo zapakowanym mięsem ze wstrzykniętymi antybiotykami, tanimi słodyczami o smaku czekolady, wymieszanymi z żółcienią chinolinową, pektyną, mączką chleba świętojańskiego. Jest i oczywiście wódka. Jedyne co nie zabije, bo zmniejsza zły cholesterol, a polifenole wyeliminują wolne rodniki. Produkt pierwszej pomocy sprzedawany w litrowych butelkach. Powinni zamiast etykiet Krupnik, Białogardzka, Siwucha, Chopin naklejać czerwone krzyże.

Mam wrażenie, że ci ludzie z tego wszystkiego co mają w tych wózkach, pod wpływem gorzały, zbudują jakąś bombę chemiczną. Wyprodukują coś na własną rękę, jak bimber, bo mają w piwnicach tajne aparatury, odstojniki, aktywny węgiel. Potem to odpalą pod oknami sąsiadów i wszystko zapłonie rakotwórczym płomieniem. Będzie promieniować, a w aptekach zabraknie pitnego jodu.

Ostatnia prosta. Stary cmentarz. Ot tak, żeby było dobijająco. Ostatecznie rozwikłana zagadka życia, która zaprasza pochylającą się ku ziemi bramą. Błękitna, denerwująca boskością, prowokuje mnie do tego, żeby wziąć czarną farbę i namalować na niej, że tędy się nie chodzi z uśmiechem, nie spaceruje za rękę. Nie drepcze się bezkarnie po głowach umarłych, nie pije się piwa w nocy i nie rozbija butelek o tablice z wykutą datą śmierci. I tłumaczę sobie, że tu trzeba zachować się poważnie, jak na marcowym marszu pamięci Żołnierzy wyklętych, że trzeba tu z powagą, a nie z jękiem, bo mnie bolą pięty. Więc idę. Nie jęczę.

W oddali widzę swój blok.

Klocek z trzema wejściami i śmietnikiem z boku. Mrowisko pracujących za najniższą krajową robotników, parkingowych trutni, którzy pilnują krzywo zaparkowanych samochodów.

I nagle przestaje padać.

Zupełnie.

Spełniają się wróżby pogodynki z telewizora i magicznych wyliczeń z 16-dniowej pogody na Onecie.

Wiosenne słońce jest lekko ciepłe. Wyraziste.

Mrużę oczy, zupełnie jakbym po tych czterech miesiącach zimy zobaczył wybuch atomowy ratujący życie.

1 Comment W aptekach zabraknie pitnego jodu

  1. Luśka

    Potargana wrażeniami z wieczoru dnia poprzedniego pomyślałam – „brrr nie mogę tu zardzewieć”. Bez chwili zawahania sięgnęłam po butelkę z odrdzewiaczem, pełna nadziei na zmianę rdzy w metal, wlewałam w siebie kolejne (m)litry. Gdy przeczytałam, że to „jedyne co nie zabije, bo zmniejsza zły cholesterol, a polifenole wyeliminują wolne rodniki.” – poczułam się rozgrzeszona 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *