Brak mi czasu na książki

Staram się wrócić do książek, do ich zapachu, liter, rozdziałów, ale ciągle mam mało czasu. W tym śmietniku internetowych bzdur nie wychodzi mi czytanie ze zrozumieniem. Czasem jakiś blog spowoduję, że użyję wyobraźni, żeby nie zwariować. Wszystko ostatnio jest takie narodowe, przechrzczone miłością do ojczyzny, niezdrowe.

Czytałem na jednym portalu krótką relację z antyKodu w moim mieście. Teraz prawie każde miasto ma swój antyKod, którym odblokowuje prawości i sprawiedliwość, używając krzyków, wykrzywionych twarzy. Czytam, że ktoś śpiewał: Polska, Polska sprawa!  Na zdjęciach pełno starych kości, w beretach, prawie jak w aureolach, prawie świętych.

Fot. Marek Maliszewski

Czytam, że prosto z kościoła na zmarzniętych stopach idą do flag i popisanych prześcieradeł. Może na mszy ktoś rzucił: – Niech wszyscy prawdziwi Polacy tu staną! I przyszli o kulach, w skórzanych garniturach, z rowerem przy boku. Dwieście osób, niosą drągi z napisami: Prawda jest niezmienna… cytaty z jednej książki, którą mają w domach. Tkwię w lekturze dalej i dowiaduję się, że walczą z zimnem groźnymi nagraniami puszczanymi z głośników. Kończą po 40 minutach. Krótko, bo dłuższe przebywanie na mrozie dla niektórych grozić może śmiercią. Wyłączam internet. Spadam.

***

Lubię książki w miękkiej oprawie. Nawet te najstraszniejsze, gdzie leżą ciężkie słowa są łagodne, dobrze się je trzyma w dłoniach.

Książki drukowane na papierze objętościowym dają wrażenie lekkich, mają większą szerokość grzbietu, występuje gramaturze od 45 do 90g/m2i. Papier ma wysoką nieprzezroczystość, a jego wadą jest to, że zmienia odcień pod wpływem promieniowania słonecznego – starzeje się.

Uwielbiam, kiedy coś jest w nich nie tak. Ktoś zapomniał dodać jakiegoś wyrazu, gdzieś zabrakło liter lub ten co projektował, w rzędzie zdań ukrył swoje inicjały, lekko zmieniając spokojną czerń w szarość. Zapach farby drukarskiej jest specyficzny, ale muszę przyznać, że każda książka jaką przeczytałem pachniała inaczej. Może dlatego, że mój mózg identyfikuje opisywane zapachy i je koduje. Zaczyna działać jakimś algorytmem wrażeń: zapamiętuję zapach mięty, spokojnego wieczoru czy rozlanej, gęstej krwi. Gorzej jest z kolorami. Nie pamiętam wyszukanych projektów, wytłuszczonych imion autorów czy zafałszowanym w projekcie graficznym tytułów.

Pewne braki w książkach są atrakcyjne dla mojego oka, ciekawe. To trochę tak jak z kobietami, przyciągają mnie te, którym czegoś brakuje, nie są doskonałe. Może to jakieś zboczenie lub jakieś inne wyuzdane cholerstwo.

Nie wzięło się to z niczego. Kiedyś odwiedzałem często Miejską Bibliotekę. Robiłem to cyklicznie, wdrapując się po starych schodach na drugie piętro. Wielkie, białe, drewniane drzwi witały mnie zgrzytem i znów byłem szczęśliwy. Regały wypchane tomami słów, zagęszczone na niewielkiej powierzchni tak mocno, że jeżeli nagle wypadłyby z tych książek, zginąłbym pod stosem bezsensownych rymowanek. Spełnienie marzeń samotnych, nieszczęśliwych, szukających najpiękniejszej miłości, uczniów i takich jak z pierwszych wersów tej piosenki: Patrzę jak patrzysz na półkę z książkami i ważysz, Co sięgnąć, „Drogę do zbawienia” czy „Przetwory z warzyw”.

Mnie zawsze interesowała poezja, której w Bibliotece Miejskiej było mnóstwo. Najmniej odwiedzane regały uginały się pod tomikami nieznanych autorów. Może dlatego, że nikt już nie kupuje poezji, a ta wraca za darmo na półki do bibliotek. Kiedyś liczyła się dla mnie klasyka: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i jej Pocałunki czy Balet powojów, potem Szymborska bo trzeba znać 101 wierszy, Baczyński, któremu niemiecki snajper przestrzelił głowę pełną taki słów, że zawsze mam ciarki jak o nim myślę i czytam. Szczypta depresji i tęsknoty Wojaczka, który napisał według mnie najpiękniejszy wiersz o miłości. Nie ma też balu bez Osieckiej i jej 2000 piosenek, które w większość popełnione były pod wpływem alkoholu. Wszystko to wypożyczone na kilka dni, w pośpiechu jakby miało mi tego tam zabraknąć.

Cóż, w pewnym momencie chciałem poeksperymentować, dać wybór przypadkowi, spojrzeniu, które może przykuje jakiś kolorowy grzbiet. Wybierałem tomiki licząc do 20, 50 do 3 od lewej w piątek, w czwartek od prawej. Zupełny przypadek. W pierwszym momencie tej zabawy zabierałem wszystkie wybrane w ten sposób książki ze sobą do domu. Z czasem doszedłem do wniosku, że ich jakość jest różna i tylko tacham w plecaku zbędne kilogramy. Nieznani autorzy rozpisywali się o miłości tak gęsto, że chciało mi się wymiotować od tej cieknącej z karetek słodyczy. Odpustowe rymy, wiersze białe napisane w taki sposób, że nie mogłem przebrnąć przez pierwszą zwrotkę. Potem zagubione krainy samotności i wielka pustka, którą ktoś opisywał przez kilkadziesiąt stron. To mnie przerastało.

Aż wreszcie znalazłem jedną taką, w miękkiej oprawie, niewielką, kieszonkową poezję. Pamiętam, że przeczytałem ten tomik jeszcze w bibliotece przekładając ciężar ciała z nogi na nogę, jak w tańcu. Wypożyczyłem go do domu, żeby zrozumieć te słowa jeszcze raz. Krzysztof Gąsiorowski spowodował, że czytałem poezję taką jaka mi się podobała, taką którą mógłbym sam napisać. Jak się okazało nie tylko ja polubiłem Gąsiorowskiego w mojej Bibliotece Miejskiej.

W tomiku Piękne dwunożne mgły znalazłem dopisane ołówkiem fragmenty wierszy. Ślicznie wykaligrafowanymi literami jakaś kobieta odpisywała na marginesach Gąsiorowskiemu. Czasem zamieniała słowa równo wykreślając te wydrukowane. Niektóre były raczej naiwne, proste i nie było ich dużo. Mój ulubiony poeta żył dla poezji, poświęcił się jej całkowicie, a ktoś, tak spontanicznie prowadził z nim dialog wkładając kartki z wierszami w jego tomiki lub poprawiał rymy jednego z twórców formalizmu. To było z jednej strony aroganckie, a z drugiej fascynujące. Prawie każdy dostępny tomik jego poezji był poprawiony, ale w ładny, subtelny sposób.

Gąsiorowski skończył się na półkach Biblioteki Miejskiej, ale ja nadal prowadziłem swoją zabawę. Tak jak podejrzewałem, dopiski znalazłem jeszcze w wielu książkach. Nieraz były to pojedyncze wiersze napisane na kartce, czasem ołówek drapał pożółkłe strony prowadząc polemikę między tą kobietą, a nieznanymi światu poetami. Za każdym razem miałem wielką przyjemność i frajdę kiedy udało mi się trafić na jej ślad. Żałowałem, że nie mogłem jej poznać, zamienić dwa słowa, zapytać dlaczego tak potraktowała Gąsiorowskiego i innych. Choć często obserwowałem osoby podchodzące do regałów z poezją to nigdy nie było tam wiele kobiet. A jeżeli już jakaś zabłądziła to szybko zmieniała kierunek i grzebała w dziale: Gotowanie, Romanse, Kryminały.

Przypominam sobie tę historię, dlatego, że kiedy odpalam komputer, bo nie mam czasu na książki, chciałbym mieć możliwość poprawienia czegoś, tak na marginesie. Tylko chciałbym to zrobić w gorszy sposób, zachować się jak terrorysta zmieniający bzdurne relacje z antyKodu w opowieści o żalu tych ludzi, o ich naiwności, o tym że ktoś ich oszukuje. Działać z zaskoczenia, kraść rzeczowniki i dodawać barwne porównania. Zmieniać prostotę tych pierdół z lokalnych portali w coś innego, uzbrojonego w myśli wielkich ludzi.

Najgorsze jest w tym to, że nie byłoby w tym zapachu farby drukarskiej, miękkich kartek, starzejących się żółtymi stronami. I nikt by tego nie czytał, jak setki tomików z poezją w Bibliotece Miejskiej, no może poza tą kobietą, która zmieniała wiersze dopisując swoje myśli, skrupulatnie z rozmysłem. Podejrzewam, że czuła taką potrzebę, którą ja mam teraz.

1 Comment Brak mi czasu na książki

  1. ktokolwiek

    i przyjdzie ten dzień kiedy cieszyć się będziecie z każdej przeczytanej książki, choćby miała to być nawet książka kucharska. jam niewierca, czytam wszystko…no oprócz książek kucharskich.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *