Ciężko stąd wyjechać – dziennik 2

Ciężko jest wyjechać z końca świata. Trzeba dobrze się do tego przygotować, wyremontować samochód, zaplanować ekonomiczną trasę i spokojnie, na gazie, mijać wioski i miasta. Po pewnym czasie wjeżdżasz na drogę ekspresową, która zmienia większość kierowców w piratów drogowych. W Polsce to zasadniczo ogólnie przyjęta norma. Jeden napada na drugiego pod pretekstem zmiany kierunku ruchu, grożąc rozpalonymi kierunkowskazami. Wtedy  koła samochodów wypadają z asfaltowych blizn, zrobionych przez tiry i wyprzedzanie przebiega w huku słów – Ty chuju!  

Szybki postój na stacjach benzynowych, żeby uwierzyć, że uciekliśmy. Niestety zimny hot dog uświadamia, że koniec świata może być wszędzie. W radio leci muzyka dla tłumu, a kiedy chcesz znaleźć coś ciekawego, trafiasz na modlitwy i różańce przekładane w palcach dziennikarzy. Po kilku próbach jest coś fajnego:

Kiedy na zielonych tablicach cyfry odliczają koniec 50 km, 25 km, 3 km, 300 m prosto, jest już spokojnie, cicho. Przegrzany silnik stygnie, tykając jak zegar, może nie wybuchnie, może trzeba będzie wrócić…

***

W marcu lubię wyjechać nad morze, na Rozewie. Połowić ryby. Mój podróżny niezbędnik złożony jest z kilku roześmianych głów, które ciągle mają coś do powiedzenia. W kilku zawsze lepiej pokonuje się rozpędzoną drogę. Mam ze sobą plecak ciepłych ciuchów, które nie przepuszczają słonej wody, rozrzucone w bagażniku wędki, trochę wódki i piwa. Alkohol jest potrzebny, żeby przemieszczać się bez zbędnych kolizji, bo kiedy tylko jeden z nas ma trzeźwe patrzenie na drogę, reszta nie boi się niczego. Czasami niepotrzebnie pobłądzimy, a skróty okazują się drogą pod górkę, wtedy jest zabawnie i nie tracimy czasu na korki. Rozmowy są konkretne, szydzimy jeden z drugiego, osiągając poziom mistrzowski. Wszystko w śmiechu, z inteligentną ripostą. Koniec końców i tak gadamy o kobietach, bo to podstawowy dialog w długiej podróży. Droga na Rozewie ma zawsze ten sam smak – oczekiwania.

O ile dam radę, wstaję rano. Zjadam resztki z wieczornego stołu. Szybko, bo jak wstaną oni, to będą chcieli konsumować w żartach moje wczorajsze pijaństwo i upadek. Palcami wyłamuje klucz w zamku i wychodzę najciszej jak potrafię. Dobiegam do chodnika i zwalniam. Czarna ulica tego miasteczka jest jak bariera, którą trzeba pokonać w podskokach. Pełno dziur w ulicy wypełnionych wodą, błotem i wspomnieniami tysięcy ludzi, którzy bywają tutaj w lecie. Zawsze sobie myślę, że w upalne dni, tłumy grzęzną w tej czarnej smole ulicy, rozpychają ją butami i zabierają ze sobą do nocnych lokali. Musi wtedy pachnieć tam jak w piekle.

Obieram azymut na latarnię morską. Wysoko, ponad drzewami stalowy czubek i olbrzymia żarówka. W nocy z jednej strony oświetla Bałtyk, a z drugiej morze hoteli, pensjonatów, pokoi do wynajęcia. Ktoś ją zostawił włączoną specjalnie, żeby dawała nadzieję, na to, że ta fala budynków nie rzuci się samobójczo w dół z piaskowych brzegów ciągnąc za sobą turystów.

Kiedy do niej docieram jestem u progu omdlenia, bo droga do niej unosi się wyżej od poziomu ulicy. Wychodzi ze mnie wszystko co płynne udało mi się połknąć w nocy, bez odruchu wymiotnego. Teraz to trudne do powstrzymania.

Lewą stroną omijam latarnię morską. Na krawędzi lasu, jakiś pomnik, niewyraźne słowa wkute w kamień, tracą sens pokryte mchem. Słyszę groźne uderzenia fal. Do płuc i do świadomości dociera wilgotne, jodowane powietrze. Już się nie dziwię dlaczego tak wielu ludzi przyjeżdża tu, żeby ratować resztki zdrowia. Uzdrawiający dźwięk, siła z jaką ciągle morska woda wgryza się w betonowy falochron dodaje mi odwagi.

Ścieżka do morza opada stromo, przecinając niezgrabnie bukowy las. Urocza szarość tych drzew zawsze mnie zaskakuje. Wyglądają jak ubrane w ludzką skórę. Opięte pnie, wykrzywione gałęzie jak łokcie, złamane w pół kolana, niektóre przegięte w dziwny sposób jak z obrazów Beksińskiego. Wysokie drzewa utrzymują równowagę korzeniami, które rozrywają ścieżkę. Unoszą kamienne stopnie, a te śliskie uciekają mi spod stóp. Schodzę ostrożnie.

Nauczyłem się tego nad Dunajcem. Chociaż to źle powiedziane, to Dunajec nauczył mnie. Kiedyś wlazłem sam, na środek tej rzeki. Robiłem zdecydowane kroki po kamieniach, aby dobrać się do nieobecnych przy brzegach pstrągów. Głupie to było. W pewnym momencie mój prawy but ześlizgnął się z wielkiego wystającego głazu, pokrytego jakimś zielonym gównem, które o mało mnie nie zabiło. Niezgrabny ruch i w jednej chwili płynąłem rwącym środkiem rzeki. Zafundowałem sobie wtedy piekło, żeby bohatersko na kolanach prosić o pokutę. Uderzyłem nimi wiele razy. Bolało, bardzo bolało. Kiedy się stamtąd wydostałem wiedziałem jedno: stawiam kroki tam gdzie mam stały grunt i nie będę klękał przed niczym i nikim, bo łzy z bólu są takie niemęskie.

Las kończy się spokojnym zejściem. Wyłażę na betonowy falochron. Teraz mam prościej. Idę spokojnie w prawo. Mijam jakiś ludzi, zawsze kogoś mijam. Ubrani w czapki i zakneblowani szalikami przyglądają mi się z zaciekawieniem. Pewnie rzadko widują kogoś kto w marcu z wędką idzie bawić się w morzu. Ich spojrzenia są nieistotne. Spacerując obawiam się tylko jednego, że będę musiał stąd wracać, a wcale tego nie chcę. Na rękę mi jest bycie tutaj, gdzie nikt mnie nie zna, gdzie ta płynna pustka mnie wycisza i narkotyzuje spokojem. Kiedy docieram do plaży moje ciężkie buty robią głębokie ślady w piasku. Niszczę krokami wygładzony piach, który morze wylizało do samego dna. Jeszcze kilkanaście metrów i znajduje miejsce gdzie będę wchodził. Ruszam za pierwszą rewę, potem pierwsze kamieniska, dalej duży wystający, brunatny głaz i w lewo. Moja obecność tutaj wydaje się bez znaczenia. Morze przerzuca hektolitry słonych kropel, tak od niechcenia. Niektóre lądują na moich ustach żebym je pamiętał, gdy znów będę mówił słono o czymś co mnie boli. Dziwne, że nawet teraz parują z tej białej kartki.

W samym łowieniu nie ma nic ciekawego. To takie precyzyjne wykonywanie tych samych czynności. Rzut i zwijamy. Fala. Utrzymuję równowagę. Rzut i fala, która nadpływa będzie największa. Odwraca mnie plecami i spycha z kamieni. Powtórka. Powtórka.

Z czasem pojawia się zimno, z którym trzeba się zaprzyjaźnić, ale z dystansem. To tak trochę jak z kochanką, która po pewnym czasie i tak cię zdradzi, zostawi na lodzie. Pierwsze bolą dłonie, które zimno potrafi zbić mocno w pięści. Trzeba je umiejętnie ogrzewać oddechami, żeby nie stracić czucia i móc łowić dalej. Potem drętwieją stopy, policzki stają się nieczułe na pocałunki wody. Właśnie wtedy umysł przestaje odbierać jakiekolwiek zewnętrzne bodźce. Granice hipotermii, hipnotyczny stan, który może spowodować śmierć.

Kiedy się odwracam wszyscy już tu są. Łowią albo udają, że to robią. Spotkamy się pod falochronem, napijemy się wódki wprost z butelki.

Ale przed tym jeszcze wzburzone morze rozbije się o mnie, o kamienie, na których stoję. Marznę i moknę kiedy wysokie fale wleją się za kołnierz.

To dobrze, to tak ma być.

To ma trochę boleć, żebym wiedział za czym tęsknię, do czego mam wracać, a przed czym uciekam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *