367 noc roku – dziennik 1

Pamiętam jak obudziła mnie kropla spływająca po policzku. Oczy otworzyłem dopiero wtedy, gdy zimna dotknęła moich ust. Byłem zaskoczony światłem, które wypełniało całą przestrzeń nade mną. Wiedziałem, że jest środek nocy, ale nigdy nie przypuszczałem, że księżyc może świecić tak mocno, tak szczelnie wypełniać ciemność w każdym jej zakamarku.

Palące się obok mnie ognisko zniknęło, zamieniło się w szarą stertę popiołu, która nad ranem trafi w zimne powietrze niczym pierwszy śnieg. Spałem na dwóch drewnianych paletach, opancerzony w śpiwór. Był zupełnie mokry, a para unosiła się z niego, jakbym palił się od wewnątrz. Leżałem zdziwiony w lśniącym kokonie, otoczony światłem innym niż te za dnia. Płaskim, zimnym, kończącym się na krawędziach drzew i traw. Trupio-blade, pozbawione witalności, prawie jak przeciwieństwo światła, antyświatło spadające z nieprzebranej ciemności nade mną. Pomyślałem sobie, że spędziłem wiele nocy śpiąc przy ognisku, ale ta jest pierwsza z tak dziwnie świecącym księżycem. Wszystko wokół mnie ucichło, jakby ktoś zabrał całe życie i zostawił mnie tu samego, abym stał się jedynym świadkiem końca świata. Nie czułem lęku, tylko zdziwienie. Mała wieś ukryta za moimi stopami milczała. Lewą stopą ukryłem ostatnie okno z żółtym światłem. Nie było słychać krów, szczekania psów, pracy maszyn. Nic. Żadnych dźwięków. Tylko cisza, która mieszała się z tym blaskiem, zamieniając wszystko w połyskującą szarość. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do światła, widziałem jedynie owady, które unosiły się wysoko, ponad swoje siły i topiły chitynowe pancerze w świetle gwiazd, stając się na chwilę podobne do nich, jak nieskończenie rozpalona śmierć.

Miałem ochotę wstać, usiąść na ławce, rozpoznać znajome kształty, które teraz zmieniły się w karłowate, zlane ze sobą plamy czerni i srebra. Pomyślałem, że tylko wszystko zepsuję i jeżeli ma się stać coś strasznego to przyjmę to w pozycji leżącej, zupełnie przygotowany do zakopania na dwa metry pod ziemię. Oddychałem powoli mieszając zimne powietrze z wieczornym, alkoholowym oddechem. Orzeźwiło mnie to na tyle, że pochłaniałem to widowisko szeroko otwartymi oczami i próbowałem dostrzec jak najwięcej szczegółów, chociażby ruch tego światła razem z opadającym księżycem. Dodatkowo gwiazdy, rozsypane przypadkowo nad moja głową, nie świeciły żółcią, nie drgały purpurą i czerwienią, tylko jednolicie czekały na to, że wszechświat zaraz się spłaszczy, a wszystko zniknie i zacznie się od początku. Atom po atomie, jak puzzle, które Bóg będzie układał kawałek po kawałku, aż do takiej samej chwili jak ta.

Potem zacząłem myśleć o swoich kolegach pochowanych w namiotach. Uśpionych dużą dawką alkoholu, ogłuszonych śmiechem i dyskusjami o tym, co w życiu jest najważniejsze. Dotarło do mnie, że nie powinno ich tu być, że znów zabrałem ich na te bagna po to, żeby mieć usprawiedliwienie na swoje smutne życie, żebym nie czuł się tu samotny. Zabrałem ich z domu, ukradłem żonom z łóżek, dzieciom nie dałem szansy na wysłuchanie wieczornych bajek i słów kocham cię. Miałem wyrzuty sumienia. A może myślałem tak przez mocny alkohol, który wzmacnia wrażliwość graniczącą z paniką, z lękiem o to, że zrobiło się coś źle. To taka duszność wywołana wypłukaniem z duszy wszelkiej moralności, a w jej miejscu pozostaje tylko gorzka pustka sącząca się po przełyku w kierunku serca. Z drugiej strony ci moi koledzy, nie mieli by możliwości zjeść żeberek duszonych w kiszonej kapuście z winem, ugotowanych w żeliwnym kociołku przez najlepszego kucharza, jakiego znam. Może nie mieliby odwagi powiedzieć, co ich dręczy. Może nie mieliby okazji się wyspowiadać, bo nie każdy umie klękać przed obcym facetem i szeptać mu do ucha wszystkie swoje brudne tajemnice. O niektórych się nie pamięta, o niektórych mówi się tylko po pijaku wierząc, że ktoś wysłucha do końca ze zrozumieniem, spróbuje rozgrzeszyć, ale nie będzie chciał tego pamiętać.

Odwróciłem głowę w stronę rzeki. Na ścianie lasu nadal panoszyła się ciemność, która wyłaziła z kierunku Osowca. Całe bagna pulsowały zapachem ziół – szczególnie mięty, szałwi, zaś rumianek słodko drapał w gardło. Wtedy pomyślałem o sobie, że przywiązałem się myślami do serca, które mnie nie chce. Jednak czasami sprawiała mi przyjemność myśl, że gdyby tak się zdarzyło, chociaż raz, jak z opowiadania „Najświętsze słowa naszego życia” Hłaski, takie pożegnanie z pocałunkiem, to mógłbym poczuć się na chwilę jak ten chłopak. Rozpalony miłością, zagubiony w jej ustach i słowach. Byłbym szczęśliwy, spełniony, tak pięknie oszukany.

Zakręciło mi się w głowie. Starałem się opanować wymioty i kaszląc schowałem się do śpiwora. Niefortunne zrządzenie losu, że to właśnie na mnie wpadała ta noc inna niż wszystkie. Ta cholerna kolizja moich trosk z tym niecodziennym widokiem. Starałem się zasnąć, ale im bardzie próbowałem tym bardziej docierało do mnie, że muszę pozbyć się z głowy wszystkich myśli, żeby to zrobić. Wyjałowić się lub utopić w zapachu tych łąk. Drżącą ręką wydobyłem głowę, znów oddychałem głęboko, równo, miarowo. Jeżeli umiałbym pozbyć się swoich myśli to pewnie już bym nie żył, więc może to dobrze, że muszę czekać na świt jak skazaniec. Muszę być świadomy tego, że kiedy ta noc się skończy wszyscy wrócimy do siebie, a ja będę pamiętał tylko to, co zmieściło się w mojej głowie.

O 04:45 leniwe, białe słońce rozświetliło niebo nade mną. Księżycowa noc przepoczwarzyła się w dzień. Wilgotność powietrza zagęściła światło, które z jasnego stawało się pomarańczowe, potem żółte z odrobiną czerwieni rozlaną nad rzeką i bagnami.

Cdn.

1 Comment 367 noc roku – dziennik 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *