Wygnanie poliamorii

To miasto obraża wielki świat zapachem kebabów, frytek, reklamą amerykańskich burgerów robionych z wieprzowiny. Często wieczorami obserwowałem pląs młodych ludzi przypominających idoli z teledysków, serialowych amantów, podrobionych modelek. Zupełnie jakbym brał udział w jakimś podrzędnym przedstawieniu lub małobudżetowym filmie. Ten obraz zakrzywia rzeczywistość w stronę panoszącej się tandety i bulwersuje mnie brakiem jakości i znaczenia. Prawie każda taka noc ma kształt obcisłych różowych sukienek zdobytych w sklepach z tanią odzieżą, a wykrzywione obcasy dziewczyn utykają na nierównym bruku. Uciekają potem na palcach w światła taksówek i ulicznych lamp. W ciemnościach histeryczny śmiech pryszczatych amantów, woła o pomoc, aby ktoś ich wreszcie zauważył, potem milknie za przeszklonymi drzwiami barów. To moje miasto swoje dzieci bawi prostotą, tanim piwem i gorączką hormonów ukrytą w zaciemnionych samochodach, a czasem w pobliskich krzakach czy w kiblach tychże lokali. Nie ma tu żadnych prawdziwych romansów, żadnej prawdziwej miłość tylko szelest sms-ów pisanych z błędami i albumy zdjęć wrzucanych dla całego świata na tablicę portali społecznościowych. Odmienność poszukiwana w ilości lików, performens w wydaniu cyfrowym na oczach wielu znajomych. Nic nie przychodzi tak łatwo jak własna próżność.

Trzy lokale, które są na jednej ulicy zapełniają się ludźmi jeszcze przed dwudziestą. W weekendy nie ma wolnych stolików, a zamawiając alkohol trzeba krzyczeć na barmankę pokazując jej znak V na wyciągniętej dłoni.
– Dwa proszę – jak manifest składany przed barem – jeszcze tu jesteśmy, wolni i niezmiennie spragnieni. Zdarza mi się uczestniczyć w tych celebracjach wolnego czasu. Zawsze z boku, w upojeniu, a potem jakby we śnie – koszmarze, który ma swój koniec tuż przed wschodem słońca. Odbijam się wtedy ramieniem od ściany windy, która ciągnie mnie do domu i dociera do mnie, że dopiero zacznę cierpieć, a cała ta noc nie wyzwoliła mnie zupełnie z niczego. Alkohol znów poharata mi myśli i będę musiał pić go więcej, z kwaśną miną jak złe lekarstwo.

Szczególnie lubię jeden z tych trzech barów. Zaprojektowany podobnie do lokali irlandzkich, w których udało mi się spędzić kilka ciekawych nocy. Pamiętam Irlandię. Dobrze się tam bawiłem, klaszcząc w ręce przy muzyce gitar, fletów i tamburyna, nasączony sporą ilością „Guinnessa”. Potem prowadziłem pijany samochód górskimi drogami, głupio i bez wyobraźni. Ocierałem karoserią o kamienne płoty, a te wlekły się za mną spowalniając podróż. Do tej pory takie wąskie uliczki wywołują u mnie paniczną chęć naciśnięcia hamulca, kiedy przekraczam 40 km/h.

Bar ma ciemne drewniane wykończenie, które zamyka jego przestrzeń w linie proste belek podtrzymujących sufit. Ciężkie ciemne stoły ograniczają zmianę miejsca, a ci którzy za nimi siedzą nie mają większych możliwości na częste wychodzenie do kibla. Pewnego wieczoru za jednym z tych stołów udawałem, że się dobrze bawię, wsłuchując się w opowieści moich kupli o nowych kochankach, samochodach, prozie pracy i złych szefach. Udawałem, że mnie to bawi, że jestem zaangażowany w każde zdanie, a zrozumienie okazywałem coraz to głębszym łykiem piwa i słowami: – Masz w zupełności rację. Kolejne kufle smakowały mi już obojętnie, a słowa rozmowy znikały w mojej głowie całkowicie niezauważone. Przy stole obok, trzech młodych chłopców opowiadało sobie kawały, w których przeważało słowo kurwa. Ich rechot roznosił się wokół, a spojrzenia odprowadzały do baru każdą dziewczynę. Potem szeptali sobie coś na ucho, komentowali i znów wybuchali głośnym śmiechem. Nie mieli więcej niż dwadzieścia kilka lat. Grzecznie uczesane włosy, dobre ubrania, krzyżyki zawieszone na złotych łańcuchach. Pewnie niewiele wiedzieli jeszcze o prawdziwym życiu, chociaż udawali teraz, że są prawdziwymi mężczyznami. Chcąc czy nie chcąc słyszałem ich opowieści o miłosnych podbojach, o cyckach ich dziewczyn, o tym co można zrobić w samochodzie na górze „Królowej Bony”. W sumie mnie to nie dziwiło, bo kiedyś pewnie kręciły mnie podobne sprawy, choć nigdy nie byłem na tej górze. Pewnie dlatego, że w ich wieku miałem tylko rower, a własny samochód był marzeniem, które spełniało się nielicznym. Ich rozmowa coraz bardziej mnie wciągała. Podsłuchiwałem dalej, choć tłum ludzi skutecznie rozrywał ich konwersację i to czego nie usłyszałem musiałem sobie dopowiedzieć. Wtedy weszła ona. Wysoka, zgrabna, lekko minęła gęsto siedzących przy barze. Zniknęła w głębi lokalu niezauważona przez prawie nikogo. Chwilę potem wracała, wyprostowana ze wzrokiem wbitym w drzwi prowadzące na zewnątrz. Miała krótkie włosy zaczesane do tyłu. Bardzo prosta fryzura nadawała jej powagi. Jej pełne, przekrwione usta były lekko rozchylone jakby chciała coś powiedzieć. Miała pociągłą twarz, a jej kasztanowe oczy kontrastowały z bladą cerą. Ubrana w prostą sukienkę zdecydowanie wyróżniała się spośród innych dziewczyn. Wtedy trzech młodych chłopaków zwróciło na nią uwagę. Pochylili się nad stołem, zaczęli szeptać. Jeden z nich rzucił coś o suce, żeby ją… Potem drugi powtórzył to samo i uderzyli się kuflami nad czarnym stołem. Po pół godzinie dziewczyna wróciła. Znów szła prosto przed siebie, ale już mniej pewniej. Widziałem, że alkohol poplątał jej zgrabną sylwetkę, szła wolniej. Kiedy wracała, jeden z chłopców złapał ją za rękę.

– Hej, cześć. Co tu robisz taka sama?

Dziewczyna zatrzymała się i spojrzała z góry na chłopaka.

– A skąd wiesz, że jestem sam?

– Widzę, gdzie siedzisz, koleżanka chyba już sobie poszła? Siadaj. Porozmawiamy.

Schowałem się za kuflem piwa. Wlałem w siebie prawie połowę. Słuchałem uważnie.

– Nie mam czasu na takich chłopców jak ty i twoi koledzy.

Dziewczyna wyszarpnęła się z uścisku, uśmiechnęła pod nosem i wyszła. Jej stanowczość onieśmieliła głośnego chłopaka, a może bardziej go zainteresowała, bo krzyknął coś do kumpli, a usłyszałem, tylko że dzisiaj będzie w jego domu. Nie mogłem odmówić sobie przeoczenia dalszych poczynań tych trzech amantów. Jednak kilka wlanych w siebie piw zrobiło swoje. Musiałem opuścić moich towarzyszy i udać się do ubikacji.

Tam oparty o ścianę czekałem cierpliwie na swoją kolej. Spod wucetu obserwowałem cały lokal. Ta masa upijających się ludzi, głośna, kolorowa, trochę mnie onieśmielała i znów sobie pomyślałem, że za cholerę tu nie pasuję. Że to wszystko już widziałem, przeżyłem, wypiłem z tym tanim piwem i wyszczałem w śmierdzącym kiblu. Bezradnie rozmazująca się przed moimi oczami scena stawała się dla mnie uciążliwa, aż ktoś mnie łaskawie dopuścił do pisuaru. Oddając się czynności fizjologicznej zaczytywałem się w napisach na ścianie: Kocham cię Jolka, a pod spodem: To żeś kurwa wymyślił. Miałem ją wczoraj. Na drugiej ścianie krzywe, pijane litery poinformowały mnie, że jestem kutasem skoro to czytam, dalej coś weselszego: Nie szukaj dowcipów na ścianach! Największy trzymasz właśnie w dłoni. lub Stań bliżej. Jest krótszy, niż ci się wydaje, a i jeszcze: Nie idę do nieba – mam lęk wysokości. Uśmiałem się. Ciekawe, że w żadnym z tych poetycznie brzmiących wersetów nie było błędów ortograficznych. Być może coś co jest zapisane dla potomności musi mieć swoją jakość, nawet takie mądrości jak te na ścianie kibla.

Wróciłem do stołu zabierając ze sobą kolejne zimne piwo. Zaskoczeniem było dla mnie to, że przy stole chłopców siedziała ta wysoka dziewczyna, śmiała się zaczesując ręką włosy do tyłu. Ten najodważniejszy pochylał się do niej i mówił jej coś na ucho. Ona patrzyła na niego ze zdziwieniem, potem brała łyk piwa i odpowiadał mu również na ucho. Jego dwóch kolegów śmiało się, wręcz piszczeli z zachwytu. Usłyszałem tylko, to, że ona jest otwarta na propozycje i że z chęcią pójdzie z nimi trzema, tylko musi poczekać na koleżankę, która gdzieś tam pojechała. W sumie nie wykluczała tego, że koleżanka również pojedzie do domu tego najodważniejszego chłopaka. Wpadłem w osłupienie. Piłem dalej i z lekkim niedowierzaniem obserwowałem to co się działo na moich oczach.

– Ty tu przyszłaś, żeby cię wyruchać. Prawda? – rzucił bezczelnie chłopak.

Dziewczyna znów się uśmiechnęła i powiedziała, że on się jej podoba, ale nie powinien być wobec niej wulgarny, bo sobie pójdzie i nic z tego wszystkiego nie będzie. Młodzieniec spoważniał i powiedział, że on i jego koledzy będą grzeczni. Potem niewiele już słyszałem, bo jakiś plączący nuty zespół rockowy zaczął swój koncert. Wytężałem słuch, dziewczyna wytłumaczyła im jaki sex lubi, czego od nich oczekuje, a oni z wypiekami na twarzy potwierdzali, że to wszystko będzie, tylko musi z nimi już iść. Wypiła kolejne piwo. Za chwilę na stole pojawiło się następne. Jednak jej ręka nie trafiła na kufel tylko obok niego. Złoty płyn wylał się na czarny stół i jej kwiecistą sukienkę. Chłopcy szybko uporali się z tą sytuacją i wzięli się również za mokrą sukienkę dziewczyny. Próbowali osuszyć ją we trzech dotykając zgrabnych nóg, piersi, smukłej szyi. Cała ta sytuacja działa się na środku baru, który był podróbką tych irlandzkich, pięknych lokali z tradycjami. Widziałem, że ta dziewczyna zamykała oczy za każdym razem, kiedy ci chłopcy kładli dłonie na jej nogach, jakby ta ich miłosna przygoda właśnie się zaczęła, tak ukradkiem bez żadnych ceregieli.

Wtedy do stołu podszedł duży, barczysty mężczyzna. Był wysoki, jego wysportowane ciało prężyło się nad głowami trzech chłopców, którzy pobledli i odsunęli się od dziewczyny. Przysunął sobie krzesło i usiadł. Był dobrze wstawiony, a jego kiwająca się głowa i rozbiegany wzrok analizował każdego z chłopaków. Dziewczyna zaczęła się głośno śmiać.

– Jestem Marek! – powiedział gość.

Chłopcy przedstawili się, kulturalnie unosząc tyłki z krzeseł. Zapadła cisza.

– Wiecie, ja z natury jestem spokojny i tak naprawdę brzydzę się agresją. Czasem lubię komuś przypierdolić, ale wy mi się wydajecie na równych gości.

W tym momencie nawet moi towarzysze przy stole przestali pić i obserwowali ze mną co się stanie. Chłopak chwycił za piwo dziewczyny, która z dziką rozkoszą patrzyła na niego.

– Ona zawsze była taka szalona, dlatego ją kocham. Byście nie uwierzyli co ona potrafi zrobić. Prawda Anka? Prawda? Powiedz sama jak się poznaliśmy? Ooo… to były zakręcone czasy. Byliśmy pewnie tacy jak wy, młodzi. Teraz to mi się cholera szwęda i muszę jej szukać. Prawda Anka?

Mężczyzna znów się napił.

-Wybaczcie, że nie przedstawiłem, to moja żona Anka. Anka – kochanka…

Nie jestem w stanie opisać twarzy chłopców, którzy byli maksymalnie odsunięci od stołu. Jeden z nich miał prawie łzy w oczach i był przygotowany do szybkiej ucieczki. Jedyny problem był w tym, że zza tych stołów ciężko było się ruszyć, a co dopiero ratować w pośpiechu swoją śliczną twarz.

– Słuchajcie to może postawię po piwie co? Napijemy się jeszcze, pogadamy. A może lepiej nie, bo patrzę, że Anka jest już pijana. Aniu… halllooo… – chłopak pomachał do dziewczyny zza stołu. – Taaa już się zrobiła. Nie mogę jej upilnować. Kiedyś to ją pogonię, wygnam z domu, bo cholera ciągnie ją do innych chłopów. Co zrobić, taki charakter. Jej mądra mamusia zawsze powtarzała, że Anka jest ładna i jest stworzona do miłości. Co zrobić.

Mężczyzna wstał, podszedł do dziewczyny, złapał ją w pasie i postawił na nogi.

– Będziemy już lecieć. Pożegnaj się z kolegami.

Dziewczyna rzuciła bełkoczące Cześć, a chłopak:

– Taka już jest ta moja Anka. Anka – kochanka…

Pamiętam, że idąc razem, objęci w pół wyglądali zwyczajnie, jak kochająca się para, tylko tych trzech chłopców naglę zniknęło z moich oczu. W barze zrobiło się mi duszno, za gęsto, za dużo ludzi, za dużo głosów, rozmów, nie umiałem się już na niczym skupić. Nie umiałem podsłuchać kolejnego wygnania miłości z tego baru z tanim piwem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *