Naprawiam zegarki na czas!

– Zajedziemy do zegarmistrza. To zajmie kilka minut. Muszę naprawić ojcu zegarek, znaczy wymienić pasek, bo urwał w pracy. Bardzo go lubi, wpadł mu nawet raz do rozrobionego betonu, ale go uratował. To stary elektronik, pamiętasz, taki który dostawaliśmy na Komunię Świętą.

– Nie mów, że on jeszcze działa? Miały po szesnaście melodyjek, srebrną kopertę, która się wycierała i działały nie dłużej niż pół roku.

– A widzisz, mój ojciec umie dbać o takie rzeczy. On je traktuje bardzo osobiście, zupełnie tak jakby musiał je mieć do końca życia. Z tym zegarkiem jest tak samo, raz go kiedyś dostał i musi mieć go ciągle przy sobie, bo ciągle działa. Trochę to dziwne, ale…

Samochód zjechał z ulicy, pokonując wysoki krawężnik. Mężczyźni wysiedli i weszli do lokalu, nad którym wisiał szyld: Naprawiam zegarki na czas! Pomieszczenie było podzielone gipsową ścianą i wielką szybą z małym okienkiem. Przed szybą były jeszcze dwie osoby: siedzący na krześle grubas, a pod oknem starszy facet ubrany w wojskowy mundur. Trzymał w ręku gorącą kawę, którą głośno siorbał, wydając z siebie ciche sssss… Grubas zajmował dwa krzesełka, zasypiał, a głowa opadała mu na piersi.

– O cholera, to kolejka czy ochrona. Ja pierdziele, ale parka – chłopak wyszeptał to bardzo nieudanie.

Grubas się przebudził, a żołnierz przestał pić kawę.

– Bądź cicho bo nas zaraz wyrzucą – chłopak roześmiał się i położył starego elektronika na ladzie.

Zegarmistrz był młodą osobą, w dużych ciężkich okularach, które zostawiły mu na nosie sino-czerwone ślady. Przez lejącą się koszulę wystawały mu łopatki, a jego kręgosłup był wygięty w nienaturalny, głęboki sposób. Zapadnięta klatka piersiowa zachodziła na stół, na którym pracował i wyglądało to tak, jakby to jego miejsce pracy zmieniło go fizycznie. Blat wbił się w niego, a on stał się jego elementem, dopasowanym jak meble z IKEA.

– Dzień dobry – rzucił zegarmistrz – w czym mogę pomóc?

– Trzeba założyć pasek do tego zegarka. Tylko chciałbym taki gumowy i wytrzymały.

– Uuuu… szanowny panie, taki zegarek to ja widziałem 20 lat temu. Nie mam pojęcia czy coś dopasuję. Może założymy zwykły skórzany lub metalowy, będzie ładniej wyglądał. – zasugerował chudy.

– Niech pan poszuka czegoś gumowego, on musi wytrzymać kolejne lata.

Zegarmistrz wstał od stołu podszedł do ściany i zaczął grzebać w kartonowym pudle, wypełnionym dziesiątkami pasków.

W pomieszczeniu zapadła chwilowa cisza, ale tylko słów. Na ścianach wisiały różne zegary, na półkach stały te, który były już tylko dekoracją. Nierównomierne tykanie przypominało prawie rozmowę między nimi.

– Dziwnie się tu czuję. Nigdy nie naprawiałem zegarków. Nigdy nie miałem takiego zwykłego, który odmierza czas od jednego nakręcenia do drugiego. Zobacz, że jak pojawiły się elektroniczne zegarki, czas przestał się liczyć, można powiedzieć, że stał się ogólnie dostępny, wystarczy mieć dobre, naładowane baterie. Nie trzeba już o nim pamiętać.

– Nie pamiętać o czasie? To chyba się nie da. Ile wczoraj wypiłeś, znów mówisz do mnie niezrozumiale – dodał chłopak. – Ja tam wiem jedno, że jak myślę o czasie, to tylko wspominam. Pamiętasz nasze wycieczki nad jezioro? Jak graliśmy na gitarze, a ludzie częstowali nas piwem. Potem wracaliśmy weseli. Wtedy czułem się tak, jakby czas nie był ważny, jakby nie istniał. Choć na drugi dzień bolała mnie głowa.

– I zupka chińska, ostatnia, z ostatnim kawałkiem chleba. Jedna łyżka na nas trzech. Smak pamiętam do dzisiaj. Była najlepszą jaką kiedykolwiek potem zjadłem – chłopak uśmiechnął się i opuścił głowę.

– Jeździliśmy maluchem mojego ojca, cholera, już pewnie wtedy miał ten zegarek. Ile to już minęło lat?

– Chyba zbyt dużo, ale było fajnie, inaczej, lepiej.

– Tak, masz rację inaczej.

Zegarmistrz wyciągnął pasek, przyłożył go do srebrnej koperty i zaczął mozolne dopasowywanie.

– Dla każdego z nas nie liczyło się wtedy wiele. Wystarczył plecak, namiot i szliśmy przed siebie, jeździliśmy autostopem. Pamiętam jak się modliłeś za każdym razem, gdy gdzieś jechaliśmy. Jakoś umiałeś z nim rozmawiać językiem rymujących się słów. Ja zawsze brałem to za względnie zabawne. Z resztą nigdy nie umiałem zapamiętać tych rorat, pokutnych żali, modlitw o zmartwychwstanie…

– Nie bluźnij. Ja tobie nie wypominam.

– Oj, ja tobie też nie. Tylko uważam, że ludzie niewierzący inaczej odczuwają życie i bardziej doceniają upływający czas. Dla nas jest on bardziej namacalny. Ty, jako wierzący masz pewność, że po śmierci pójdziesz do nieba. Ja uważam, że jak to się skończy, nie będzie już nic, tylko ciemność. Ty masz elektronika z szesnastoma melodyjkami, a ja chciałbym mieć zegarek nakręcany, najlepiej jakiś stary, często psujący się – żeby odczuwać to, jak się starzeję. Takie porównanie, w tym miejscu jest chyba najlepsze – chłopak zaśmiał się głośno i odwrócił w stronę okna.

Żołnierz spuścił głowę, potem spojrzał w stronę mężczyzn, opuścił kubek.

– Pan to masz trochę w tym racji co mówisz. Ja to mam wrażenie, że Bóg jest i czasami się to czuje, ale czasami to on o nas zapomina. Tak jak ten grubas, on już nie wie, czy jeszcze żyje, nie czuje nic, tylko żre i śpi. Utuczony, czeka na śmierć. Gdyby pan przeżył to co ja w wojsku. Kłopot w tym, że nie dam rady, tego wszystkiego opowiedzieć. Powiem panu tak, że kiedy ktoś do mnie strzelał, nie jest ważne gdzie i w jakim kraju. Wtedy wiedziałem, że już po mnie. Koniec, finito panie. Strzelali z AK 47. To taki karabin, przebija kamizelki kuloodporne, drzwi samochodów, hełmy. Wtedy się modliłem, na głos, mocno. I nagle wszystko ucichło. Ci, którzy do mnie strzelali, zniknęli. Nawet nie poczułem, że jedna z kul trafiła w mój plecak. Zatrzymała się na sprzączce trzymającej rączki plecaka. To był taki mały kawałek metalu, cienki, mogłem go wygiąć w rękach. Zatrzymał kulę od kałasza, a ja jestem tu do dzisiaj.

– Widzę, że pan już chyba w stanie spoczynku, już nie w wojsku.

– Już nie. Tylko mi ten mundur został. Aaa… i w ogóle to się pozmieniało. W wojsku miałem wszystko, kolegów, wypiło się, aby było weselej. Potem odeszła ode mnie żona, dzieci rozjechały się po świecie i nie chcą mnie znać. I tu ma pan trochę racji. Teraz kiedy się modlę, czasem tak głośno jak wtedy, już mnie nikt nie słucha i wygląda na to, że zostałem sam. Tylko ten mój brat grubas, którego ciągnę po schodach, jak jakiś krzyż. Eeech… szkoda gadać.

Za szybą młody chłopak założył pasek do starego elektronika. Zegarek zapakował do foliowej torebki, którą podał przez otwór w szybie.

– Należy się 45 zł. Dopasowałem taki chiński pasek, bo innego nie miałem. Powinien trochę wytrzymać. Jak coś się stanie niech pan wróci, naprawię.

Chłopak wyciągnął pieniądze i odebrał resztę. Obaj mężczyźni wyszli od zegarmistrza, a w oknie została twarz żołnierza, który w toaście uniósł kubek z gorącą kawą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *