Zamawianie

– Ona nigdy na głos przy tobie nie będzie się modliła. Nigdy. Jedni powiadają, że z Bogiem trzyma. Dlatego cicho mówi, żeby inni nie słyszeli jak jej odpowiada. Gadają, że umie szeptać na odległość. I ten twój niemota, jest jak urzeknięte stworzenie, ona nie musi go wcale widzieć, żeby go wyleczyć. Ale ja za to słowa nie dam. Są takie cuda, co inne babki robią, ale ta z nich najlepsza. Ona tam proszku z Groty Mlecznej z Betlejem pić nie każe, ani nosić paska św. Dominika, nowenny odmawiać, ani jeździć na sześciogodzinne msze. To różne modlitwy są. Każda na co innego i każdą ona zna. A co dla twojego syna pomoże? Nie wiem. Modlić się trzeba. Ty się módl.

– Panie Fortuna gdzie mam jej szukać?

Antoni Fortuna miał na sobie ciemną marynarkę w szare paski. Zapięta na środkowy guzik była sztywna od brudu jakby noszona całe życie. Spod wygiętego kaszkietu wystawały poskręcane, rzadkie włosy opadające na policzki. Mówił tylko połową ust, ponieważ w jednym z kącików tkwił niedopałek papierosa. Żółta skóra, pełna zmarszczek była prawie jak maska. Sztywna, z jednym grymasem, nieprawdziwa.

– Kiedyś to do telewizora trzeba było dochodzić, żeby program zmienić. A teraz z daleka przełączasz. I telefony na kabel były, a teraz to telefon w kieszeni nosisz. Lepsza technika i sposoby inne. Może ona ci wcale nie jest potrzebna, bo jak ty nie wierzysz, to dzieciakowi nie pomożesz. Ja ci powiedziałem co wiem, a co widziałem to i tak mi nie uwierzysz.

Starzec wypluł niedopałek i złapał dłonią drewniane ogrodzenie. Zrobił to tak mocno, aż było słychać trzask.

– Czasami nie można było patrzeć jak stworzenie się mordowało. Wiło z bólu. Tłukło o ścianę. Ani jeść, ani wstać, ani zegnać tego, co je napadło nijak nie można było. Doktory tylko ręce rozkładali. A ona pomagała. Pluła trzy razy, po trzy razy na stworzenie, świeczkę paliła i szeptała. Krzyki to nie raz słyszałem. Strasznie cierpiące, jakby ktoś kogoś żywym ogniem palił. Potem tylko cisza.

– Panie Fortuna mój syn przestał mówić. Nikt nie wie dlaczego. Z niego i ze mnie zrobili wariata, bo nie wierzą w to, co mówię. Ja… Nie wiem czy mnie pan zrozumie – ja myślę, że w nim ktoś jeszcze jest. Coś w niego wlazło, jak robak w jabłko. On się tego boi, dlatego przestał mówić. Lekarze dali tylko lekarstwa na choroby, wie pan, te choroby od głowy. Ale to nic nie pomaga. Widzę jak w nocy wykręca mu ręce, jak on walczy z czymś, co nie chce z niego wyjść.

Mężczyzna opuścił głowę. Fortuna odszedł od ogrodzenia utykając na lewą nogę. Z kieszeni marynarki wyciągnął papierosa i włożył w usta.

– Pojedziesz do Czeremchy. U popa powiesz, że jesteś ode mnie, od starego Fortuny mu powiedz. Będzie wiedział. Powiedz, że szukasz Andrychowej co ma dar zmawiania. Jeżeli cię pokieruje to dobrze, jak nie, to ja już nie pomogę. Ludzie mówią, że ona te złe rzeczy do siebie zabiera. Tak ratuje. Ma pewnie z 90 lat teraz, a dalej chodzi do cerkwi i śpiewa. Podobno ten dar to dostała, za to co jej we wojnę zrobili. Za gwałty ruskich żołnierzy, za to, że jej rodzinę na jej oczach zastrzelili, że ją w ziemię za żywego zakopali. A ona z umarłych do ludzi wróciła. Nigdy za to co robi pieniędzy nie wzięła, a jak cie przyjmie, to ty jej pieniędzy nie dawaj.

***

Batiuszka Tomasz przechodził przez ulicę Szkolną tak jakby chciał ominąć każdego kogo spotka. Szedł w kierunku budynku ZDZ-tów, gdzie miał odebrać naprawione pięcioletnie Audi. Batiuszka potrącił psa, który zniszczył prawy błotnik, a naprawa samochodu trwała prawie dwa tygodnie. Pewnie dlatego pop szedł z uśmiechem na twarzy, prawie biegł. Kiedy przechodził przez niebieską bramę ZDZ-tów zatrzymał go szczupły mężczyzna.

– Proszę poczekać. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Mogę na słowo? – zawołał.

– Pochwalony. A co tak zza pleców nachodzi, jak zbir jaki.

– Niech pop wybaczy, ale potrzebuję pomocy. Nie będę tłumaczył, o co chodzi dokładnie, ale przysłał mnie do pana stary Fortuna. Potrzebuję pewnej informacji i tylko pan może mi… pomóc.

– Fortuna? To on jeszcze żyje? Ja już myślał, że on do żony poszedł, ale widać twarda sztuka z niego. On mi dach pomagał robić… i inne rzeczy też robił. Ale o co chodzi? Jest pan jego krewnym czy co? O co chodzi?

Mężczyzna wziął oddech i wyjął z kieszeni zdjęcie.

– To jest mój syn. Na imię ma Jan. Jest chory, na coś czego nie mogą zdiagnozować lekarze i…

W tym momencie pop Tomasz przyłożył palec do ust i wydał z siebie przeciągły syk.

– Ja nie chcę tego słuchać. Ja nie znam się na takich rzeczach. W tym nie pomogę. Ja mogę się za pana pomodlić, za syna mogę się pomodlić. Nic więcej.

– Proszę mnie posłuchać, poszukuje Andrychowej. Zna ją pop prawda?

– Nie znam. Tu co drugi to Andrychowiak albo od Andrychowskiej, nie wiem o kogo chodzi.

– Chodzi o to, żeby uratować życie dziecka.

Pop Tomasz spojrzał na twarz szczupłego mężczyzny i na wielkie drzwi zakładu mechanicznego w Czeremsze. Wyciągnął telefon z kieszeni.

– Pisz pan, tylko szybko: 664 389 617. Tylko nie mówić od kogo numer dostał – rozumiemy się.

– Ale ona podobno ma ponad 90 lat, jak odbierze telefon…

– Jeżeli pan jest od Fortuny to pan chyba wie, że ona ze zmarłymi rozmawia, ale to nie znaczy, że nie odbierze telefonu. Jak odbierze to proszę rozmawiać. Jak nie obierze to… z Bogiem.

***

Andrychowa odebrała telefon trzy dni po tym, jak szczupły mężczyzna rozmawiał z popem Tomaszem. Rozmowa była krótka, padło zaledwie kilka słów:

– Tak, przyjedzie. Syna weźmie. Do Olszówki, to za Hajnówką. Dom 14. Z Bogiem przyjedzie i wejdzie do sieni. Niech czeka wtedy.

***

Szczupły mężczyzna pojawił się pod domem numer 14 w sobotę rano. Na rękach wniósł do starego drewnianego budynku swojego dziesięcioletniego syna. W sieni stała pralka wirnikowa typu Frania, miotła i dwie pary skórzanych butów. Była też ławka, która błyszczała w ciemnościach. Lśniła tak mocno jakby była polakierowana kilkoma warstwami Drewnoluxu. Uginająca się w połowie od ciężaru czekających na wizytę ludzi.

Drewniane drzwi otworzyły się cicho. W progu stała kobieta w szarej czapce. Opierała się o laskę. Poprawiła okulary i machając dłonią zaprosiła do środka.

– Rozumie po naszemu?

– Rozumie – odpowiedział mężczyzna.

– Posadzi go na krześle.

Chłopiec patrzył na Andrychową tak jakbym pierwszy raz widział tak starego człowieka. Był spokojny. Siedział prosto.

– Nad nami jest Bóg. Jeden dla wszystkich. Wszyscy mówimy tak samo, wszyscy mamy te same myśli. Janek… Janek.

Mężczyzna cofnął się do drzwi i powiedział cicho, prawie szepcząc:

– On ma na imię… Jan!

Babka przyciągnęła do krzesła niewielki taboret. Usiadła naprzeciwko chłopca i dotknęła jego policzka:

– Skaży ty mnie Janek… skaży… co widzisz jak masz zamknięte oczy? Do kogo chodzisz jak śpisz? Skaży mnie Janek… kto z tobą rozmawia kiedy nie słuchasz?

– Ale on… nie mówi. Nie odpowie.

– Skaży mnie Janek kogo się boisz?

Chłopiec spojrzał na twarz starej Adrychowej, a potem na szczupłego mężczyznę. Zamknął oczy. W izbie zapadła ciężka, ciemna cisza. Usta chłopca drgnęły. Podniósł prawą rękę i palcem wskazał ścianę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.

– Ich.

Część druga – KLIK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *