Żart

Śmierć Jarka Weslera była mocno związana ze śmiercią starej Ublichowej… Ireny dokładnie. Kobieta w wieku 89 lat zmarła z przyczyn naturalnych. Po prostu zatrzymało się jej serce i wylądowała w chińskiej trumnie, której złocenia przypominały odpustowe plastikowe zabawki dla dzieci. Nie powinno to dziwić, że najbliżsi, którzy są niejako w szoku po zmarłej, zostają wplątani z przymusu w cały proces pochówku. Nie zwracają do końca uwagi w co wkładają ciało bliskiej osoby. Chyba nikt z rozwagą nie chciałby wylądować w chińskiej trumnie za 400 zł, która nie wiadomo czy w ogóle rozłoży się w ziemi. A o ciele pokrytym tym plastikowym pudłem już nie wspomnę. Ciało polskie, które od nadmiaru zjedzonego wieprzowego mięsa rozkłada się tak samo jak świnia, wokół tłusta ziemia, z rozpadającymi się palcami, z których schodzą brudne paznokcie, tlenione blond włosy, które rdzawa ziemia farbuje na brązowo. To straszne, że kiedyś wykopią starą Ublichową, żeby zrobić komuś miejsce w ziemi, a ona tam z rękoma założonymi na piersi, żółta od spowolnionego rozkładu, z naciągniętą skórą bez zmarszczek, krucha jak chińska porcelana.

Pani Irena odeszła z tego świata, a właściwie ze wsi Stasi Sad, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu nie doczekawszy się Lanego Poniedziałku. Jej rodzina, czyli córka Marysia z dziećmi pochowała ją 12 marca o godz.12:00 na cmentarzu, który pomijając jego wieczne przeznaczenie, leżał malowniczo na górce. Widać było stamtąd całą okolicę las, rzekę i kilka ostatnich domów we wsi. Na grób Ublichowej o 13:14 żałobnicy złożyli kwiaty i wieńce wyposażone w szeleszczące szarfy z napisami: Ukochanej babci, Ulubionej sąsiadce, Wierną w wierze będziemy wspominać – Kółko Różańcowe, Kochanej cioci… Dużo tego. Świerkowo-kwiecista masa pachnąca jedyną w swoim rodzaju świeżością. Tak intensywną jakby już sama woń wywoływała łzy. Około godziny 14:00 pośród granitowych i nieznośnie szarych pomników świeżo wypełniony grób został pozostawiony sam sobie i wyglądał jak świąteczny prezent. Kolorowy, pachnący, rozświetlony kilkoma zniczami.

Rzeczony grób przygotowało dwóch grabarzy z sąsiedniej wioski, która trochę z dziwnego zbiegu okoliczności nazywała się Mogilniki. Pierwszym z nich był wspomniany na początku Jarek, a dokładnie Jarosław Wesler oraz jego kolega Niemy Janek. Wesler był niskim mężczyzną z dużą nadwagą. Sapiąc, mlaskając, dusząc się przez naciskającą na przeponę masywną fałdę tłuszczową kopał grób powoli, ale systematycznie i miarowo. Nie spieszył się jakby dbając o swoją tuszę, zmieniał często ręce, odpoczywał, palił papierosa i komentował, że za chwilę jeszcze, za 30 minut dokładnie dokopią się do jakiegoś skarbu lub wykopią jakieś stare kości. Wtedy pytał Niemego Janka co by zrobił, gdyby wykopali na cmentarzu ukryty skarb? Robił to z uśmiechem na twarzy wiedząc, że jego kolega nigdy mu na to pytanie nie odpowie. Niemy Janek był całkowitym przeciwieństwem Jarosława. Chudy, o pociągłej ziemistej twarzy. Jego ręce oplatała niezliczona ilość sinych żył jakby zaatakował go zmutowany symbion pandora. Otaczał go gęsty, prawie jak mgła zapach przetrawionego alkoholu oraz potu człowieka, który nie zażywał kąpieli od wielu tygodni. Janek od dziecka nie powiedział ani jednego słowa, a to co się z niego wydobywało przypominało dziecięcy chichot, śmiech trzylatka, który chwilę po tym jak przestał się śmiać zaczynał rozpaczliwie płakać. Zdecydowanie Janek Niemowa był jedynym człowiekiem na świecie, który śmiał się ze wszystkiego co usłyszał, a już z pewnością z żartów Jarka Weslera, który za takowego żartownisia się uważał. Wesler lubił żarty o kobietach, seksie i pijaństwie.

– Janek, a znasz ten kawał?

Wesler oparł się o łopatę, zapalił papierosa, którego wczorajszego wieczoru skręciła mu jego kochająca żona Wanda.

– Kurwa ten dobry jest, mówię ci. Wyobraź sobie taką sytuację, że pewien facet miał 50-centymetrowy interes. Stwierdził, że z tak dużym nie będzie chciała go żadna dziewczyna, więc musiał się z tym uporać. Poszedł do czarownicy, a ta powiedziała mu, że ma iść do lasu, tam na środku polany będzie kamień i na nim będzie siedziała żaba. Miał zadać jej takie pytanie, na które ta cholerna żabka odpowie „nie” i wtedy interes skróci się o 10 cm. Więc poszedł ten facet i pyta tę jebaną żabę:

– Żabko, dasz mi buzi?

Żabka na to:

– Nie kurwa!

Ubyło 10 cm. Facet już wraca, ale stwierdził, że 40 cm to jeszcze za dużo, więc znów pyta:

– Żabko, dasz mi buzi?

– Nie!

Teraz facet wraca z 30 cm. Pomyślał jednak, że 20 cm w zupełności wystarczy. Idzie więc jeszcze raz i pyta:

– Żabko, dasz mi buzi?

A żabka na to:

– Nie, nie i jeszcze raz nie! Kurwa jego mać.

Janek Niemowa przestał kopać, zamyślił się, otworzył usta, które opuściły już prawie wszystkie zęby i zaczął chichotać. Najpierw cicho, prawie skamląc, a po chwili wysoko, piskliwie z dużymi przerwami. Czkał, przełykał ślinę i śmiał się podnosząc głowę w kierunku nieba.

– Dobre kurwa, mówiłem ci. Pamiętaj Janek nie proś nigdy o krótszego kutasa. Nigdy. A teraz masz Janeczek napij się. Weź głęboki łyk, o tak. Pij Janeczek, bo kurwa noc nas tu zastanie. Pij jeszcze, picie to życie Janeczek.

Jarosław i Janek ze wsi Mogilniki kopali groby zawsze na czas. Zgodnie z wymiarami, odrzucając ziemię na dwie równe, idealne kopy. Przy kopaniu grobu Ublichowej wypili około 0,5 upędzonej dwa tygodnie wcześniej w stodole Weslera  berbeluchy. Przezroczysty napój uszlachetniony lipowym miodem i cytryną szybko się skończył, tak jak praca grabarzy.

– Teraz Janeczku to my sobie poczekamy. Do nocy poczekamy i wtedy wrócimy. Ale Janek kurwa nikomu ani słowa!

Tym razem śmiał się tylko Jarosław Wesler, a Janek Niemowa zapalił kolejnego papierosa.

***

Około godziny 21:23 tego samego dnia do obory starego Majdaczyka wkradło się dwóch nieletnich ze wsi Rakowo Czachy położonej 30 km od Stasi Sadu. Ubrani na czarno w kominiarkach i rękawiczkach porwali cielaka rasy Simental Limousine, byczka wartego około 3 000 zł. Zwierzę zostało związane, zakneblowane i wyniesione w zupełnej ciszy z obory. Stary Majdaczyk niczego nie słyszał, a o stracie swojego inwentarza dowiedział się następnego dnia od swoich sąsiadów.

Dwóch nieletnich zapakowało cielaka do bagażnika prawie trzydziestoletniego, granatowego BMW. W drodze powrotnej minęli policyjny radiowóz i w panice podjęli szybką decyzję. Około godziny 22:15 granatowe BMW zatrzymało się przy betonowym ogrodzeniu cmentarza we wsi Stasi Sad.

***

Niemy Janek wykonał znak krzyża na piersi. Klepnął jeszcze raz w ramię Weslera i powtórzył krzyż na piersi.

– Kurwa Janeczek przecież nie jesteśmy hienami. Przecież nie rozkopujemy grobów. Bóg nawet jak widzi to co robimy to i tak ma to gdzieś. Na świecie są większe grzechy niż nasze. Są Janeczek takie grzechy co rzucają cienie ciemniejsze niż ta dzisiejsza noc. Więc nie pierdol mi tu z modlitwami, nie żegnaj się. Bierz worek na plecy, latarkę i idziemy.

Chudy grabarz opuścił głowę i poszedł za grubym przyjacielem z pokorą, zupełnie tak jakby niósł sztandar z Maryją w procesji, która idąc alejkami cmentarza zatrzymuje się wreszcie w jednym miejscu. W miejscu, w którym przez chwilę zapadnie cisza, a potem wszyscy zaczną śpiewać żałobną piosenkę.

– A teraz Janeczku mój kochanienki, ja będę ci podawał, a ty mniejsze wieńce pakuj do worka. Ja te większe będę odkładał na bok.

Wesler oddychając głęboko wdrapał się na szczyt świeżego grobu.

– Świeć… świeć kurwa prosto, bo nie widzę co robię. Zobaczysz Janeczek mniejsze sprzedamy po 20 złotych, a tych będzie pewnie z 15, a większe zawieziemy do miasta i sprzedamy po 40. Jutro będziesz mi za to dziękował. Będziesz się kurwa śmiał. I wódkę kupimy jakąś dobrą. Taką co na stół nie jest wstyd postawić. I chuj, nakupujemy szynki, baleronu, kiełbasy…

W tym momencie nastąpiła zupełna cisza. Jarek przestał przekopywać się przez pogrzebowe wieńce i zaczął uciszać swojego kompana.

– Cicho, cicho kurwa Janeczek, tu coś…

Wesler zabrał niemowie latarkę, która rzucała blade, leniwe światło. Zaczął lewą ręką odrzucać jeden po drugim kwiaty. Wtedy w świetle latarki ukazał mu się brązowo-biały, ośliniony pysk bydlaczka. Zwierzę ruszyło nerwowo głową i kopytami. Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze szybciej.

Wesler wyprostował się i wydał z siebie przeciągłe – Yyyyyyyy. Jego tłuste ciało padało pod nogi Janeczka.

Niemowa odsunął się. Podniósł latarkę i oświetlił ciało Weslera. Ten leżał z wywróconymi oczami do góry. Miał otwartą buzię, a jego prawa ręka leżała na piersi.

Janek Niemowa klęknął i przyłożył ucho do piersi przyjaciela, ale nic nie usłyszał. Zupełnie nic, jakby ciemność cmentarza wdarła się do gardła Jarka i go zabiła. Janeczek zaczął się nerwowo oglądać w lewo i prawo, do góry szukając pomocy. Jego bezzębna buzia zasysała ze świstem powietrze, ale jedyny dźwięk, który wydobył się z gardła Janeczka Niemowy przypominał chichot. Kaszlący, nerwowy śmiech – tak głośny jaki możne wydać z siebie tylko człowiek, który usłyszał najlepszy żart na świecie.

7 Comments Żart

  1. Lychee

    To nie pierwszy raz, kiedy czytając wpisy z Twojego bloga moja skóra od ciarek zmienia się w papier ścierny. Jestem w szoku, że po tylu latach każdy nowy wpis tutaj to powiew świeżości – pomimo podobnej konwencji, każdy tekst budzi zupełnie inne odczucia. Podobnie jak Janek – nie mam słów. Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na więcej.

    Odpowiedz
    1. Nie mam słów

      Baaardzo dziękuję za tak miły komentarz. Bawię się słowami i historiami. Zamiarem było wytworzenie specyficznej atmosfery, nastroju (żeby nie powiedzieć grobowego)… i chyba się trochę udało. Dzisiaj usłyszałem jeszcze takie coś: ” Żałuję, że to przeczytałam, nie będę mogła zasnąć!”.
      Z tego też się cieszę, bo pisanie chyba takie musi być…
      Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do zaglądania na NMS!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *