Zamawianie cz. 4

Kiedy batiuszka Tomasz przechodził przez drzwi domu babki, po wiosennej wichurze nie było śladu. W powietrzu roiły się drobiny piasku, które wymieszane z ciepłym słońcem opadały na ulice i podwórko. Wszedł cicho i od progu zaczął się witać:

– Sława Isusu Christu. Babko jesteście? Babko?

W domu panowała cisza, pachniało wypaloną świeczką oraz jakimś kwaśnym zapachem, którego batiuszka nie umiał rozpoznać.

– Nie chowajta się. Wiem, że jesteście w domu – pop wszedł do kuchni i nagle się zatrzymał.

Pod oknem z pochyloną głową, opartą o laskę siedziała starsza kobieta. Batiuszka przeżegnał się i podszedł do babki. Dotknął jej ramienia, ale nic się nie stało. Potrząsnął jeszcze raz, a głowa owinięta w kwiecistą chustę uniosła się. Babka spojrzała na popa i powiedziała:

– Boże myślałam, że to już wieczer. A to jeszcze słońce nad nami. Zachadzi Tomasz. Zachadzi. Czaj nastawię.

Babka pokuśtykała do białego kredensu i wstawiłą elektryczny czajnik. Woda zaczęła powoli się gotować.

– Na cóż się do mnie pokwapił znowu? Tyle zachodu dla starej. Przyjdzie po mnie za jaki czas. Przyjdzie odstrojony, żeby mnie zaprowadzić do Pana naszego. A tak po próżnicy łazi Tomasz, szuka czego? Może co ostatnio tu u mnie zgubił? Zgubił co?

Batiuszka Tomasz odetchnął głęboko i usiadł na krześle, które wydało z siebie pękający trzask.

– Nic nie zgubił. Martwił się ja. Czy u Andrychowej wszystko dobrze. Jak się czuje i w ogóle.

– Oj pop chyba nie po to przyszedł. A no powiedz mi chłopcze, powiedz mi dziecko czemu ty nocy się słuchasz i tak łatwo oczy zamykasz aaa? Czemu ty święty czełowiek, którem Bóg nakazał mówić w jego imieniu, a w jego języku już nie mówisz?

Batiuszka zbladł, położył dłoń na piersi i powiedział:

– Ja… ja… a co babka za bzdury gada. Ja z troski przychodzą. Teraz to po wszystkich naszych chodzę, żeby dopilnować zdrowia. Czy czego nie trzeba. Czy cali. Ot takij ze mnie dobry czełowiek.

– Tyś nie jest dobry Tomasz. Napij sia. Tam masz czaj z pokrzywą, to na nerki dobre. Sikać będziesz lepiej, bo pewnie cierpisz z wczesnej pory? Cierpisz Tomasz?

– Nie o moje zdrowie chodzi tylko o babki. Powie mi jedno…

Babka otworzyła czarne drzwiczki kaflowej kuchni. Dołożyła kilka szczap brzozy, powiedziała coś pod nosem, a ogień rozpalił się w całym piecu.

– Powie mi – ciągnął pop – czy ten człowiek, z tym niemotą, synem swoim był u babki?

Babka podeszła do szafki, wyjęła zawiniątko – kawałek starej gazety. Położyła przed popem i rozwinęła papier.

– To co z niego wyjęła. Złe same. Ale już nie ma.

Przed popem leżał kawałek wosku o dziwnym, ale prawie rozpoznawalnym kształcie.

– I wyleczyła babka?

– Czemu ty Tomasz nie patrzysz na to co ci pokazuje. To twój los tu leży. Nuu patrzaj, patrzaj.

– To tylko kawałek wosku.

Babka uśmiechnęła się pod nosem.

– Za czarne na noc, za świecące na cień, tylko drzazgi z krwi, tylko kołki z kości.

Zaczęła się śmiać, a batiuszka Tomasz wziął do ust pierwszy łyk herbaty na oczyszczenie organizmu. Jego problemy z nerkami dręczyły go od kilku lat. Na niewiele zdały się wizyty u lekarzy, którzy jedyne co to proponowali to garści tabletek, a za jakiś czas groźbę przeszczepu.

– Babka nie straszy tylko powie czy pieniądze dał? Dawał babce?

– Nic nie dawał, bo i nie prosiłam. Za syna jeho nic.

– To dobrze, że nie dawał. To po Bożemu wyszło. To dobrze.

Batiuszka zrobił drugi łyk herbaty.

– Da mnie rękę.

Tomasz podał dłoń babce. Ta ją podniosła do twarzy i powąchała.

– U pana naszego na każdego pora przyjdzie, a ty za rękę z diabłem chodzisz. Uściskujesz sia. Głaszczesz po plecach jak kota. A i on cię głaszcze. Ty mu jak narzeczony jaki. Potrzebien dla jego bywania na tym świecie. Ooo te twoje nerki. Widzisz gdzie on siedzi? Boli kiedy chcesz, żeby było normalnie. Taki on jest cwany. On je ten ból, jak rana co się zasklepić nie da.

Batiuszka szybko zrobił trzeci łyk i wstał z krzesła.

– To ja już pójdę. A babce dzikekuja za pomoc. To był dobry człowiek, a i syn niczemu nie zawinił, że się taki urodził.

– On się nie urodził taki jak ty myślisz.

– Pójdę ja, jeszcze dalej. Pomodlić się pójdę za babkę, niech Bóg da zdrowia i siły.

Staruszka spojrzała w podłogę i wyszeptała:

– Za czarne na noc, za świecące na cień. Tylko drzazgi z krwi, tylko kołki z kości.

– O czym do cholery babka gada. Jaka krew?

Kobieta zamknęła oczy, przeżegnała się, a jej oczy utkwiły na rękach popa.

– Pan Bóg na to pozwoli…. Przecież wiesz o tym… Tomaszku.

***

Krokwie w stodole starego Fortuny przypominał napięte łuki. Prawie jak kościelne sklepienie, tylko pokryte strzechą. Na klepisko, stary wóz, sieczkranię, stertę rozrzuconych worków z żytem spadły brunatno-czarne kłęby siana. Jakby rozpadająca się stodoła przetrawiła już dach i w ciszy konała rozpadając się na kawałki. Grube drewniane słupy i poprzeczne żerdzie przypominały rozstawione krzyże. Antoni krzątał się po stodole próbując naprawić drzwi. Wokół niego leżały narzędzia, kilka zardzewiałych gwoździ, kowalski młot, którego obuch wyglądał na często używany. Lśnił, połyskiwał wygładzonym metalem. Pod ścianą stała duża siekiera do rozłupywania pni. Zakurzona, stara, łuszcząca się kawałkami rdzy podtrzymywała przechylająca się do środka ścianę. Być może Antoni miał inną, lżejszą, która służyła my w drewutni. O tej po prostu zapomniał.

Batiuszka ubrany był w ciemną kurtkę i dżinsowe spodnie wyglądał na zmęczonego. Wszedł szybko przez bramkę gospodarstwa Fortuny i od razu udał się do stodoły. Tam stanął za plecami starca i czekał, aż ten się odwróci.

– Nu widać, że teraz to ty się już nie witasz, ze starymi przyjaciółmi. Tylko zachodzisz jak złodziej od pleców.

– Witaj Antoni. Po co mnie tu ściągnąłeś. Myślałem, że wszystko omówiliśmy.

– Nic nie omówiliśmy i niczego nie wyjaśniliśmy do końca. Są między nami sprawy… które nie są jasne.

Fortuna odwrócił się podszedł do popa i podał mu dłoń. Uścisnął ją bardzo mocno. Tomasz poczuł jak kości dłoni ocierają się o siebie, drapią skórę.

– Widzisz Tomaszku, ja już stary jestem, ale mnie wydaje się, że jeszcze mogę coś zrobić. A chociażby te drzwi naprawić, wymienić lodówkę w domu, a nawet nowy samochód sobie kupić. Bez pieniędzy to ja nic nie zrobię.

– Pieniądze przepiłeś, albo wydałeś na baby. Stary capie, ty… Ja tobie nic nie jestem winien.

– Jesteś.

– Nie jestem.

– Gdzie pieniądze od tego chłopa, co ostatnio tu… z tym niemotą był u mnie? Przestał dzwonić. Był u babki. Uleczyła czy nie?

– Babka mówi, że uleczyła, ale jej pieniędzy żadnych nie dał. I tak by nie wzięła.

– A skąd mnie to wiedzieć Tomaszku. Może tobie dał?

Pop odsunął się pod ścianę stodoły, ponieważ Fortuna wziął do ręki ciężki kowalski młotek. Wymierzył nim w batiuszkę zdecydowanym ruchem. Zrobił to bardzo szybko i precyzyjnie. Obuch zatrzymał się koło ust.

– A może ty złodziej jesteś? Sobie pieniądze zabrał? Sobie przysposobił, a na nowy samochód. Mało ci z tacy spada, złodzieju. Mało masz napchane w kieszenie.

– Osz ty.. mnie… złodziejem. Diable ty. Ja nikomu… nigdy… nic…

– A właśnie, że kradłeś. Ze mną, od tych wszystkich ludzi co do babki przychodzili. Kradłeś, a teraz oddaj co moje. Połowę mnie dawaj.

Fortuna przyłożył młotek pod brodę popa Tomasza. Ten przestraszony zaczął się jąkać.

– Nic.. nic ci nie dam. Nic nie dostałem. To kłamstwo.. nic nie mam.

– To ze swojego oddasz. Wyciągaj z kieszeni. Z tej swojej czarnej sukienki. Noo dawaj.

– Won psie jeden. Won czarcie co mi życie zepsułeś. Ty z tymi swoimi pomysłami. To dlatego babka tak mówiła, to dlatego ona gadała, że siarką czuć, że ty diabeł.

– A ty ptaszku kolorowy, ty nawet mężczyzną nie jesteś. Chłopem nie jesteś. Bo ci tam wszystko wycięli. Wygryźli ci na spowiedziach, na klęczkach ci wygryźli. One to zrobiły i oni. Nie masz odwagi żeby żyć jak chłop. Obce żony do lasu prowadzać, ich dzieci do domu na słodycze zapraszać. Co ty myślisz, że ja nie wiem, kto z nas większy diabeł. Tyś za pieniądze.. łzy dzieci zakopywał w kieszeniach rodziców. Tyś je wodził, pokazywał jaki ty mężczyzna. Myślisz, że nie wiem, co o tobie mówią ci, którzy chcą zapomnieć. Ile po wioskach rodzin przez ciebie płakało, bo wstyd powiedzieć coś ty z ich dziećmi wyczyniał. A ja wiem wszystko i wszystko mogę powiedzieć. Ty złodzieju, gwałcicielu…

Pop Tomasz wyczuł w prawej dłoni drewniany, lepiący się od brudu trzonek. Wpasował się idealnie w zaciskające palce. Zimny, ociekający rdzą obuch świastną w powietrzu. Tomasz uderzył Fortunę z boku, trafiając siekiera pomiędzy szyję, a lewy obojczyk. Puścił ją i się odsunął. Fortuna upadł na kolana i przewrócił na plecy. Z rany trysnęła krew na kawałki desek i piaskowe klepisko. Zaczęła szybko parować, a brunatna plama robiła się coraz większa. Starzec jęknął, a z jego ust wydobył się czerwony bąbel. Odchylił głowę i przestał oddychać.

Batiuszka Tomasz spojrzał na swoje dłonie, a potem na ciało. Odwrócił się i bełkocząc – Nie jestem diabłem – wybiegł z gospodarstwa.

W stodole Antoniego Fortuny zrobiło się cicho, ale po chwili zerwał się wiatr, który wpadł do środka przez otwarte drzwi, przez dziury w ścianach. W powietrzu zakręciły się drobiny piachu i zapach świeżej krwi. To wszystko uniosło się lekko do góry, w dach, w niebo, na które zaczęły wpływać jasne, rozświetlone wiosenne chmury.

Koniec

4 Comments Zamawianie cz. 4

    1. Nie mam słów

      Miałem wielką frajdę z pisania tego opowiadania, a że lubię jak jest trochę strasznie i dziwnie… to powiem: tak, ten styl mi leży 😉
      Z drugiej strony przyglądanie się mrocznej stronie ludzkiej natury, a do tego jeszcze przez pryzmat miejsca, w którym żyję sprawiło mi jeszcze więcej przyjemności. Kilka fragmentów nawet mi się podoba, choć całość mogła być bardziej skomplikowana i rozbudowana.
      Dobrze jest obudzić wyobraźnię na potrzeby zupełnie innych historii, to świetna zabawa.
      Za miłe słowa bardzo dziękuję!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *