Zamawianie cz.3

– Razdziewaj jeho. Z góry bluzkie zdejmij i niech siedzi. A ty czekaj. Pilnuje derewi!

Babka wyszła do izby obok i przyniosła ze sobą kawał białego, czystego płótna, kłębek czegoś co wyglądało na poplątanie nici, świeczkę i kubek z wodą.

– To len. Jeszcze sprzed wojny. Kiedyś do ludzi ja jeździła, szukała takiego. Tylko to zostało. Nie ma więcej u nas. Woda ze świętej studni, świeca od pszczół robiona. Jeszcze tylko ocet.

Babka poruszała się wolno, opierając o równie leciwą laskę. Wydawało się jakby skrzypiała, zrośnięta ze starą podłogą, od której odrywała zmęczone stopy. Skupiona, wychodziła blada z drzwi drewnianego domu. Ciągłe coś mamrotała pod nosem, patrząc w stronę chłopca.

– Komuś ty synku przyszedł do głowy? Tylko robactwo, plugastwo i ciało bez mięsa.  A gdzie jeho mać? Gdzie matka jego? Słyszy mie? Gdzie jeho mać?

Mężczyzna, który stał w drzwiach trzymał ręce tak jak trzyma się w kościele, mocno przy sobie, ze splecionymi palcami.

– Wyjechała cztery lata temu i do tej pory nie mamy z nią kontaktu. Zostaliśmy we dwóch, sami.

Babka chrząknęła, wszeptała coś pod nosem i podeszła do ojca chłopca.

– Znajsze, że jej już nie ma? Nie ma i nie będzie.

Mężczyzna przygryzł usta.

– Nie wiem gdzie jest, podobno w Niemczech, podobno we Włoszech… Syn od tamtej pory nic nie mów, nie mówi. Nic. To pewnie przez nią, może on tęskni. Jak pani myśli? On tak tęskni? Nikt nam nie pomógł, żaden lekarz. Tu tylko nadzieja…

– On mówi, tylko go nie słyszysz. Serce matki płacze dwa razy mocniej… Tu inne modlitwy potrzebne. A słowo ciałem się stało, a słowo ciałem się stało… Niech w drzwiach stoi. Niech pilnuje hardo trzyma i nikogo nie wpuszcza. Co by nie usłyszał, kto by nie pukał, niech drzwi trzyma.

Babka podeszła do Janka. Położyłą dłoń na jego policzku, uśmiechnęła się.   

– Teraz zimne będzie, ale się nie bój bo to ocet. A to dobre jest… gorączkę z ludzi wyciąga. Jeszcze kiedyś to ja mokre prześcieradło kładła na stworzenie. Tak leczyłam. A ty zamknij oczki syneczku. Zamknij i nie słuchaj.

Ręce babki były ciepłe, miekkie, z pomarszczoną, jedwabistą skóra. Dotykały bardzo troskliwie dygoczące ramiona dziesięciolatka. Zapach octu wypełnił pomieszczenie i w tym momencie w chacie zrobiło się ciemniej. Przez niewielkie okno wpadało więcej ciemności, szarości, cienia, które rzucają wysokie chmury.

Mężczyzna zaparł drzwi lewą stopą. Rękę trzymał na klamce.

– Ostawi go w miłości, bez cierpienia, bez kołtuna, bez nerwa. Ostawi go na zawsze. A ty Synie Boży na drzewie rozciągany, ty jedyny, módl się za nami.

Chłopiec zaczął się jeszcze bardziej trząść. Słychać było jak zęby uderzają o siebie. Dygot dłoni. Lewe ramię wygięło się nienaturalnie w stronę drzwi. Babka podniosła płótno i narzuciła na głowę chłopca. Na jego skórze pojawiły się czerwone plamy, które przechodziły w bordowe. Ręka chłopca opadła bez siły.

Kobieta rozerwała kępkę lnu na mniejsze części. Położyła na głowie i zapaliła od świeczki. Płomień uniósł kawałki, rozbłysł i szybko zgasł. Za oknem starego drewnianego domu zerwał się wiosenny, zimny wiatr. Uderzał w okiennice, w gałęzie wiekowej lipy i drzwi domu. Mężczyzna jeszcze mocniej zaczął trzymać klamkę.

– Zamawiaju na ciebie. Chryste wzywam, Chrystem Panem wroga odganiam. Niech zmartwychwstanie i zmarnują się wrogowie jeho. Uciekaj. Niech biegną od twarzy bożej. Rany boże, krew czystaja w ranie bożej niech będzie blagoslawiennaja. Pij Janek teraz wody ze studni. Napij się dla niej, co ci na ustach siedzi.

Babka podała chłopcu kubek z zimną wodą. Wiatr za oknem wzmógł się coraz bardziej. Przebijał się przez szczeli drewnianych beli, gwizdał, szumiał, podnosił firanki w oknie. Mężczyzna zamknął oczy i opuścił głowę. Gwizd wiatru był coraz silniejszy, napierał na drzwi. W pewnej chwili ze szpary przy progu wydobył się pisk. Prawie jak dziecięcy płacz. Dźwięk się nasilił.

– Boże co to? – mężczyzna spojrzał na starszą kobietę, która opierając się na lasce podeszła do niego.

– One tak za matką chodzą. Jak szczeniaki za suką. Słysz tylko… jak płaczą.

Babka wróciła do chłopca, objęła jego głowę i pocałowała w czoło. Zaczęła pluć w każdy kąt domu. Powtórzyła trzy razy. Ciągle się modliła.

Pomieszczenie wypełniło zimne powietrze. Hałas zdawał się przechodzić przez ściany domu. Mężczyźnie wydawało się, że słyszy głosy, rozmowę, płacz dzieci. Przez chwilę widział postać dziecka zaglądającego przez okno.  Potem z cieni za oknem jakby było ich więcej i jeszcze więcej.

– Zamawiaju na ciebie. Chryste to stworzenie czyste. Bez skazy. Uratuj stworzenie. Zamawiaju na ciebie.

Wszystko ucichło. Babka zdjęła z głowy Janka płótno. Strzepała popiół i uśmiechnęła się do chłopca.

– Dobrze. Poszło na niebo. Trochę się złościło. Kłóciło się. Ale nie ma.

Mężczyzna puścił drzwi i wziął na ręce Janka. Ten popatrzył na niego i zaczął płakać.

– To dom stary i ja stara – wymamrotała babka. – Tu wiatr może chodzić jak chce, śpiewać może, ale nie ma się czego bać. Weźmie chłopca do domu. W ciepło posadzi i rozmawia, dużo mówi.

Babka usiadła na taborecie i spojrzała na ojca i syna.

– Tera zdrowym trza być. Modlić… módl się Janek… Nuu mów: Ojcze nasz, któryś jest w niebie… nuuu… mów stworzenie.

Chłopiec podniósł głowę, spojrzał na bakę i w okno starego domu. Wiatr poruszył gałęzie lipy, ruszył firanką, wcisnął się w szczelinę między drzwiami. W pokoju zdało się słyszeć cichy szept chłopca:

– Ojcze nasz…

Część czwarta – KLIK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *