Wycackany

Coś mnie podkusiło, żeby wyjść z domu tak jakbym opuszczał go na zawsze. Rozmarzyłem się, że wesoło, nieświadomie ulatniam się stąd razem z korkiem samochodów, który ciągnie się do samej ul. Zjazd. Gdzieś w inny kraj, gdzie TIR-y wwożą same dobre rzeczy, bez chemii, gdzie nie ma ciuchlandów, kebabów, jednej cukierni, sklepów z nazwą centrum… wszystkiego – centrum drobiazgów, opon, leków, chleba, narzędzi metalowych, przyklejonych do szyb wiecznych rabatów i najniższych cen.

Jednak od przejeżdżania rond z prawej do lewej, od wyprzedzania na ciągłej, staję się znów taki sam, zabrudzony zimowym żwirem i resztkami kryształów nierozpuszczonej soli. Błyszczę w brudnym aucie. Potem zawracam, krążę, zwijam się w korkociąg tych samych miejsc i nadal tu jestem.

Ale o dziwo, mijając kolejne rondo widzę, że z papierosem w dłoni idzie Chudy. Maszeruje. Kroki stawia pewne. Ale jakiś taki odmieniony. Fajniusi. Wycackany. Wyprasowany na sztywno. Przyzwoicie ułożone włosy i perfekcyjnie ogolona twarz. Wygląda jak Marlon Brando mówiący płynnie po francusku. Biała koszula i błękitny krawat, który ucieka na jego plecy. Normalnie elegancki chłopak. Zatrzymuję samochód tuż przed nim.

– Cześć Chudy! Ja pierdole co się stało, że ty taki… odmieniony.  Myślałem, że jakiegoś urzędasa oddelegowali do roznoszenia listów po ludziach. A tu proszę, pan Chudy w pantofelkach, w kancik. Gdzie idziesz?

– Cześć. Byłem w jednej firmie. Papiery składałem. Rozmawiałem z HR-owcami, bo to korporacja jest. Długo nie bawiłem, ale byłem.

I tu mnie uderza jedna rzecz. Coś, co mi nie pasuje do Chudego. Na jego twarzy pojawił się ulepiony z twardych mięśni uśmiech. Taki profesjonalny. Odpowiada składnie, bez przekleństw i sprawia wrażenie, że każde jego słowo, które zaraz do mnie powie będzie świeże, niespracowane, niewydzwonione, nieprzegadane idealnie nadające się do pracy biurowej. Może Chudy postanowił zostać handlowcem, specjalistą od marketingu, od social mediów znawcą,  dyrektorem, kierownikiem zmiany. Licho wie. Cudownie odmieniony w kogoś innego. Mam wrażenie, że będzie mu pasowała współpraca z białymi koszulami, marynarkami w brązową kratę, z ludźmi od których zalatuje lenistwem, brakiem ambicji, głupotą, środkami przeciwbólowymi, alkoholem, miazgą przekleństw, smalcem wytopionym z prokrastynacji, nieuczciwością i kombinatorstwem. Zaraz mi powie, że to jest rynek pracownika, że jeżeli mu się nie spodoba to zmieni pracę, to pójdzie do Biedronki na kasę, to zamieni się w murarza, w pomocnika murarza, zmieni na zawód, o którym nic nie wie, ale się nauczy.

I się pomyliłem.

– Ja pierdole… o robotę poszedłem. Czekałem z pół godziny na tę babę od HR-ów. Papiery zaniosłem, CV pół nocy pisałem, żeby o niczym napisać jak najwięcej. I se kurwa wyobraź, że oni mi kazali list motywacyjny jeszcze przygotować. I co ja im tam… mam przygotować:

  • nie zależy mi zbytnio na pracy u was, bo jesteście tylko opcją awaryjną, gdyby mój pracodawca zbankrutował,
  • albo chcę jak Kubica, tylko że na widlaku,
  • albo, że już w szkole jak pani pytała kim chcę zostać to odpowiadałem, że chcę pracować w De Heus na magazynie i ładować paszę dla zwierząt,
  • że w sumie kocham bydło, interesuje się rasami mlecznymi, a praca na magazynie z paszami da mi większą satysfakcję, bo zwierzęta gospodarcze dzięki mojemu wysiłkowi będą zdrowe i silne.

No sam powiedz. To przecież pojebane to jest.

Zamilkłem.

– Może ci pomogę, napiszę, a ty sprawdzisz czy ok.  Albo napisz jak umiesz, a ja ci to poprawię.

– Nie. Niech spierdalają. Niech inni listy do nich piszą. Niech im ta pasza skiśnie, kurwa, żeby na wózek… co ja – i tu Chudy podniósł palce wskazujący – co ja mam papiery na widlaka! Żebym ja jeszcze musiał im listy pisać.

– To ci nie pomogę – odpowiedziałem opuszczając głowę.

I sobie wyobraziłem jak klątwa Chudego spada na cały Oddział Dzielenia Pasz firmy De Haus, a ryk głodnych zwierząt unosi się z każdej obory na Podlasiu, jak fachowcy od mieszania załamują ręce i nie wiedzą co się stało.

– Dobra kurwa. Zawieź mnie na przystanek.

– Na który?

– Na Zjazd jedź. Tylko skrótem. Zawróć tu na rondzie, jedź Aleją, potem w prawo na rondo Bielickiej. Na kolejny to chyba teraz imienia mjr Jana ps. „Bruzda” w lewo. I tam już sobie pójdę.

– A gdzie ty będziesz jechał?

– Do ojca kurwa pojadę. Ojciec się na tych krowach zna, może mi coś podpowie, cokolwiek co mógłbym w tym liście napisać. Chociaż sam nie wiem, ojciec w życiu żadnego listu nie napisał.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *