Pusta noc

Koniec sierpnia 1978 roku był wyjątkowo upalny. Woda zniknęła z większości studni, rzeka przypominała niewielki, leniwie wijący się między łąkami strumyk, a przechodzące często nad wsią burze łamały drzewa i dachy drewnianych stodół. Ludzie mówili, że idzie kolejny koniec świata, że znów wojna będzie, że zło na kolanach weszło do wsi Stasi Sad. A teraz modli się za nich wszystkich, aby tu, na  tym pustkowiu pomarli na jakieś choroby. We wsi gadali też, że jak teraz Polak został Papieżem, to zaraz tu Ruscy się zjawią i w pień to wszystko położą. A najgorzej będą mieli właśnie oni, bo blisko granicy z tymi szatniami mieszkają.

Położone zboże źle wróżyło, złamana lipa pod parafią od ks. Zenona też źle świadczyła. We wsi na wiosnę nie było młodych bocianów, a starzy mówili, że to kara od Boga, że tych ptaków nie dopuścił na dachy. Kobiety ze wsi spotykające się na wieczornych modlitwach często śpiewały “Pod twoją obronę” i szybko wracały do swoich chałup nucąc ciągle tę jedną pieśń. To był zły rok.

Janka Stankiewicz była córką Kazimierza Stankiewicza. Człowieka o potężnej budowie, silnego, pracowitego, który do życia podchodzi z wielką pokorą i skromnością. Każdy we wsi wiedział, że jak Kazik coś powie, że tak będzie – to tak będzie. Żona Stankiewicza zmarła na zapalenie płuc kilka lat po wojnie zostawiając męża z trójką córek. Dwie starsze wyjechały do Gródka i tam założyły rodziny, natomiast Janka została przy ojcu. Los chciał, że zakochana do szaleństwa stara panna zaszła w ciążę z nijakim Bogdanem Becką z ostatniego domu we wsi. Biedny, nędzny chłopina co tylko na wypasaniu krów w PGR się znał, ale jak to powiedział Kazimierz: Bóg tak chciał i błogosławił im na nowej drodze życia.

Tego dnia na niebie nie zawitała, żadna nawet najmniejsza chmura, nie zamajaczył w oddali żaden dym, a powietrze można było kroić nożem. Gęste, lepiące się do płuc i wysysające całą wodę z organizmu nie dawało spokoju. Ludzie nerwowo chowali się w chałupach, a zwierzęta schodziły z łąk pod obory. Janka wychodzą do studni poczuła, że jej nienarodzone jeszcze dziecko zmieniło pozycję i kiedy przyszedł pierwszy rozrywający jej miednicę skurcz, krzyknęła i upadła trzymając się za brzuch.

– Jezu Boguś, Jezu Boguś… zaczęło się.

Becka wybiegł z chałupy potykają się o wysoki drewniany próg. Wylądował twarzą w piachu, ale po chwili podniósł się i podbiegł do swojej żony. Jego chude dłonie objęły ciało ciężarnej, jednak nie miał tyle siły, aby ją podnieść.

– Kurwa Janeczko, ja nie dam rady, ja cię nie podniosę. Może cię będę ciągnął, o tak – i złapał ją za ręce chcąc wciągnąć do domu jak worek z żytem.

Wtedy kobieta krzyknęła:

– Durniu idź po ojca, tylko szybko, bo ja tu zaraz przez ciebie urodzę.

Boguś Becka był dobry w dwóch rzeczach: w piciu wódki oraz w bieganiu. Niektórzy mówili, że to właśnie wódka nauczyła go tak szybko biegać, bo jak ktoś we wsi bimber pił, to Becka był tam pierwszy.

Kiedy wbiegł na sąsiednie podwórko zdał sobie sprawę, że jego teść Kazimierz, pewnie  z racji panującego upału nie kręcił się przy zwierzętach, tylko zasnął w domu. Kopniakiem otworzył drzwi i zaczął krzyczeć:

– Ojciec… Janka urodziła pod studnią. Rodzi pod studnią. Ojciec gdzie ty jesteś … Janka dziecko będzie miała przy studni… kurwa ojciec.

Wtedy otworzyły się drzwi od sypialni i stanął w nich Stankiewicz, szybko zapiął pas u spodni. Przez chwilę popatrzył się na ciężko oddychającego Bogusia i spokojnie powiedział:

– Jezu Chryste, przecież to za wcześnie.

***

Janka zaciskała zęby i próbowała podciągnąć się jedną ręką pod drzwi drewnianego domu. Wdychała przez usta i nos unoszący się, gorący piasek. Tuż za nią zostawał mokry, szary ślad po odejściu wód płodowych.

– Jeszcze kawałek, jeszcze trochę. Boże jedyny, gdzie ojciec? Nie mogę tu urodzić, nie mogę tu… – ból był coraz silniejszy, a skurcze coraz częstsze.

Janka pomyślała o tym, że nie przygotowała nic dla dziecka, a wszystkie ubranka są schowane w szafie. Przecież ona nie da rady się teraz podnieść z łóżka i przygotować to jak należy. To trzeba wygotować, wysuszyć, a dopiero potem ubrać dziecko. Nic nie jest jeszcze gotowe.

Chwilę potem poczuła, że ktoś podnosi ją z ziemi. Kazimierz lekko uniósł dziewczynę i zaniósł do izby. Janka odetchnęła i zaczęła krzyczeć:

– Ojciec, ja nie dam rady. Trzeba lekarza, trzeba dziecko ratować. Krew wszędzie, krew…

W otwartych na oścież drzwiach pojawiła się wątła postać Bogusia, który blady patrzył tępo na swoją rodzącą w bólach żonę.

– Co tera? Co trza ojciec zrobić?

– Zaprzęgaj wóz. Po doktora nie zdążysz. Jedź do Olszówki, po Andrychową. Szybko obrócisz. Powiedz jej, że ode mnie jesteś, i że życie trzeba ratować. Ona się zna na wszystkim. Tylko ona nam pomoże. Jedź.

Jęk córki Kazimierza wypadł na podwórko jak dźwięk gromu. Kiedy Boguś, który szybko biega, zaprzęg konia –  jęk zmienił się w przeciągły krzyk. W górze gwizdnął bat i słychać było tylko toczące się po drodze koła.

***

– Ejjj, Boguś. Stójże. Gdzie tak pędzisz? Konia zamęczysz – zza płotu krzyczał Michaił Aloszyn. – No zwolnij trochę.

Boguś zatrzymał konia przy bramie.

– Jadę Aloszyn, bo żona mi rodzi. Szybciej się zaczęło i strasznie już wymęczona. Jadę po Andrychową, bo ojciec mówią, że tylko ona tu pomoże.

– Pomoże, pomoże. Moje dzieci też się w krzyku rodziły, ty się nie bój nic. A co będzie Boguś?

– Syn, a jak. Tylko syn.

– Jak tam mówisz, to żeś chłop. Przyjdziem z Władkiem z jaką butelką, tylko dowieź Andrychową. Poczekamy z tobą, aż dzieciak się urodzi.

Po podwórku przebiegła trójka małych dzieciaków Aloszyna. Kiedy zobaczyły siedzącego na wozie Bogusia zaczęły głośno krzyczeć:

– Becka, becka stoi pusta, kto w niej siedzi ten kapusta.

***

Andrychowa wyszła z kuchni i otworzyła drzwi drewnianej szafy. Zaskrzypiały tępym dźwiękiem, a z jej wnętrza wydobył się wykrochmalony zapach czystych materiałów.  Kobieta wyjęła kilka śnieżno-białych, równo złożonych prześcieradeł oraz ścierkę, w którą zawinęła świecę, len oraz mały krzyżyk. Zaczęła śpiewać pod nosem:

– Od nagłej, a niespodziewanej śmierci, racz ochronić nas Panie.

Weszła do kuchni, wszystkie zebrane rzeczy ułożyła na stole, zarzuciła na plecy kwiecistą chustę i usiadła przy oknie. W jasnym słońcu sierpnia wyglądała na bardzo spokojną, wręcz posągową. Jej twarz nie miała żadnych zmarszczek, żadnych głębokich bruzd świadczących o ciężkim życiu, wręcz przeciwnie wyglądał na o wiele młodszą niż była.

Naglę przed oknem pojawił się wielki łeb konia, a chwilę potem z wozu zeskoczył szczupły mężczyzna. Pukanie do drzwi wyrwało Andrychową z jej przemyśleń. Krzyknęła tylko:

– Zachodź chłopcze.

Boguś Becka pochylił nisko głowę i zdyszany wypluł z siebie:

– Ja od Kazika Stankiewicza. Ja zięć jego. Janka zaczęła rodzić i trza by pomocy od Andrychowej… bo do lekarza daleko… no żeby Andrychowa pomogła. Janka straszliwie cierpi, krzyczy strasznie, ojciec kazał… kazał Andrychową do nas przywieźć.

Andrychowa wstała i palcem pokazała krzesło stojące naprzeciwko niej.

– Usiądzie. Oddech weźmie, bo to nie czas na panikę.

Boguś usiadł, a młoda kobieta podała mu kubek z zimną wodą.

– Napij się i przeżegnaj. Pij. A teraz weź te prześcieradła i rzeczy, które leżą na stole. Ja zamknę dom, a ty nawróć konie.

***

Kiedy kobieta weszła do domu Kazimierza Stankiewicza na dworze rozległo się wycie psa. Zwierzę targało się na postronku silnie ujadając.

– Witaj Jadzia – powiedział po cichu ojciec Janki. – Leży tak już prawie bez ruchu. Nie umiem jej ratować, a chyba źle jest. Ty umiesz cuda robić, ty umiesz.

Kobieta rozebrała się i w tym momencie do pokoju wbiegł ojciec dziecka, które za chwilę miało się objawić w ten gorący, sierpniowy dzień. Jego czoło świeciło kroplami potu, zupełnie jakby miał na głowie kryształowa koronę. Babka szybko rozłożyła prześcieradło, którym przykryła dziewczynę.

– Boguś idź z domu. Psa ucisz, bo jeszcze co wywyje. Ty Kazik mi pomożesz.

Zaczynało się ściemniać, a Becka z kijem w ręku zaganiał psa do budy, który z piskiem ucichł i przestał wyć.

Chwilę potem pod domem pojawili się Aloszyn i Władek Jąkała.

– Becka, becka stoi pusta, kto w niej siedzi ten kapusta – krzyknął Aloszyn machając w kierunku mężczyzny butelką bimbru. – To żarty, a ty się nie denerwuj Boguś. My wszyscy to przeszli i ty też przejdziesz. Tu masz lekarstwo. Moje dzieciaki porodzone tak jak Pan Bóg przykazał. Twój syn też będzie. A teraz masz jednego na odwagę, bo ty zara ojciec będziesz.

– Taaaaak, taaaak naaaa odwagę bierz – ledwo wypowiedział Władek. – A jaaaak bęęędzieee na imię miał?

Becka przechylił butelkę i wypił prawie ćwiartkę. Otarł usta.

– Ja bym chciał, żeby Piotr, ale Janka mówi, że jak już się urodzi to zdecydujemy. Ona taka utęskniona za tym dzieciakiem, że i mnie nie widzi. Tylko mały i mały.

– Pij jeszcze, pij.

– Tu się dobrze będzie chował, a jak trzeba to pomożeta? Prawda? Czy na roli, czy przy domu?

– Becka my tu wszystkie jak jedna rodzina i jak trza to wszystkie pomożem. Pij bo widzę, że żeś niemrawy jaki. Ale jak się urodzi, to ty u Żyda stawiasz. Nooo za zdrowie dzieciaka. Wtedy z domu dobiegł mężczyzn krzyk przyszłej matki.

– Ooo widzisz, zara będzie.

Aloszyn klepnął chłopaka po plecach, a echo tego uderzenia rozniosło się po niezwykle cichym i utopionym w nocy podwórku.

***

Janka leżała na boku i oddychała tak, jakby mocno spała. Na krześle pod ścianą siedział Kazimierz, ze spuszczoną głową. Andrychowa stała przy niewielkim, wysokim stoliku. Nuciła niezrozumiałą modlitwę, owijając wokół ciała nowonarodzonego dziecka białą chustę. Dziecko nie płakało, nie krzyczało i nie oddychało. Było sine, ale starannie umyte przez kobietę z krwi i wód płodowych. Kazik zaczął płakać, przez moment nawet głośno. Andrychowa skończyła i podeszła do Kazika tuląc do siebie jego głowę.

– A ty czego płaczesz? Nic nie mogliśmy zrobić. Ona już nie żyła. Nigdy nie odetchnęła tym światem. Prawie jakby jej nigdy nie było. Duszę ma czystą, jak anioł.  Teraz Kazik w garść się weź. Musimy ją odprawić. Chodź. Zrobić musisz co mówię.

Oboje podeszli do zawiniątka. Andrychowa zapaliła świecę i zaczęła się modlić. W trakcie rzucała polecenia:

– A teraz zamknij jej oczy, żeby matki nie widziała. Zakocha się w niej i nigdy tego domu nie opuści.

– Zamknij jej usta – sznurek na supeł zawiąż nad głową, żeby jej nigdy nie wołała.

– Z prześcieradła węzeł zrób, żeby żaden grzech, nasz grzech na nią nie spadł.

– A teraz otwórz wszystkie drzwi w domu, wszystkie okna, idź do stodoły też otwórz. Wszystko ma być otwarte, żeby tu miejsca nie znalazła. To ma być pusta noc.

Bogusia Beckę obudził zgrzyt otwieranych wierzei od stodoły. Przymroczony alkoholem jednym okiem zobaczył, że teść chodzi szybkim krokiem i otwiera każde drzwi w gospodarstwie. Chwiejnym krokiem podszedł do ojca i zapytał:

– Jest? Już jest?

Stankiewicz odwrócił się, złapał chłopaka za szyję i przyciągnął do siebie:

– Nie ma i nie będzie. Córkę miałeś Boguś. Trumnę musisz zrobić. Małą. Ja do ks. Zenona pójdę, przecież trzeba ją z Bogiem pochować.

To była jedyna rozmowa jaką tej nocy ze sobą przeprowadzili.

***

Księdza Zenona obudziło walenie w drzwi. Ten młody mężczyzna szybko ubrał za mały szlafrok i podszedł przez duszną sień do drzwi wejściowych.

– Kto tam?

– Kazimierz Stankiewicz. Ksiądz otworzy sprawę mam.

Zenon dobrze znał swojego gościa i przez głowę przebiegła mu myśl, że musiało się coś złego.

– Panie Kazimierzu co się stało, że tak po nocy?

– Ksiądz usiądzie, bo trzeba szybko pomóc, pochować dziecko trzeba. Janka urodziła dziewczynkę. Martwa się urodziła. Ludziom nie trzeba wiedzieć, że dziecko martwe było, że bez chrztu, że tak bez Boskiej opieki do nieba idzie.

Ksiądz Zenon starał się uspokoić rozdygotanego Stankiewicza.

– Panie Kaziku, musi Pan zrozumieć, że w takich sytuacjach, kiedy dziecko się urodzi martwe – my jako Kościół nie możemy pomóc. Tego się nie praktykuje, żeby  martwe dzieci chrzcić. Ja nie mogę tych zasad zmieniać, nawet dlatego, że bardzo pana cenię jako dobrego chrześcijanina i dobrego człowieka. No, nie mogę.

– To gdzie mam ją pochować? Gdzie się pytam? Za stodołą jak psa? Gdzie? Niech mi ksiądz powie.

– Na cmentarzu nie można Panie Kazimierzu.

Stankiewicz wstał, spojrzał na młodego, wystraszonego księdza i powiedział:

– Z Bogiem ostanie Zenon.

***

Nad ranem Boguś Becka wniósł do domu niewielkie, pomalowane na biało pudełko zbite z cienkich desek. Andrychowa schowała w nim zawiniątko, przeżegnała się i razem zamknęli wieko.

– Ty jako ojciec musisz. Kazikowi już wystarczy. Musisz iść na cmentarz i ją tam zakopać. Weź duży worek schowaj ją. Zrób tak jakbyś na targ jechał. Nikt nie musi wiedzieć z czym idziesz. Kiedy będziesz na cmentarzu idź na wschód. Tam rośnie lipa, taka wysoka. Tam grób wykopiesz, tylko kop głęboko. Weź ten krzyżyk i jej go zostawisz. Tylko nic do niej nie mów. To ważne – nic nie mów, bo ciebie za sobą pociągnie.

Becka zrobił tak jak mówiła Andrychowa. Spakował pudło z jutowy worek i zarzucił go na plecy. Wziął ze sobą mały szpadel i udał się w kierunku pobliskiego cmentarza. Jednak przechodząc obok karczmy U Żyda usłyszał pijany już głos Aloszyna:

– Becka, becka stoi pusta, kto w niej siedzi ten kapusta. A gdzie nasza wódka? Za dzieciaka wódka? Boguś stawiać miałeś.

To prawda, miałem postawić jak się urodzi, za zdrowie, ale się urodziło nieżywe – pomyślał. Ale mogę, już tu nic nie pomogę, nic nie zrobię, nawet Andrychowa nie pomogła. Skręcił w kierunku karczmy. Szedł ze spuszczoną głową, niosąc ze sobą worek.

– O widzisz. Zuszek nasz. Ojciec jesteś. Stawiać musisz, bo taki zwyczaj. Za zdrowie, żeby dobrze rosło, za to wypić musimy. Musisz Becka, bo ci nigdy nie pomożemy.

Siadając za stołem karczmy U Żyda, Boguś postawił pod ścianą jutowy worek. Po chwili na stole znalazły się dwie butelki wódki, a chudy, zmęczony chłopak zaczął płakać.

***

Becka nie pamiętał jak dotarł do domu. Nie pamiętał twarzy Janki, która krzyczała na niego z łóżka. Nigdy sobie nie przypomniał jak Andrychowa wykonała znak krzyża na piersi i trzymała wyrywającego się w jego stronę potężnego Kazimierza Stankiewicza. Nie pamiętał również jak teść krzyczał: – Gdzie trumna?

***

Przed północą do karczmy U Żyda wszedł wysoki mężczyzna. Właściciel wypraszał już ostatnich niedopitych gości i zdziwiony zaszedł drogę Stankiewiczowi.

– Jak po Bogusia, to już poszedł. Z tym Aloszynem i innymi go ponieśli. Nie ma go, a ja zamykam. A co, nie ma go? Może gdzie leży pod płotem. Musi Kazimierz poszukać w drodze do domu.

– Ja nie po niego. Ja po wnuczkę przyszedłem. Gdzie siedzieli?

Zdziwiony właściciel wskazał palcem stolik pod oknem:

– Tam!

Mężczyzna odsunął stół pod którym leżał otwarty worek. Podniósł go i schował białe pudło głębiej. Po czym zabrał stojącą pod ścianą łopatę i wyszedł nie żegnając się.

***

Sierpniowe noce są bywają chłodne. Ciepłe powietrze, które krążyło między domami w ciągu dnia, zaczynało się unosić, a jego miejsce zajmowała mleczna, prawie jesienna mgła. Stankiewicz nic nie myślał, nie chciał nic rozważać w swojej głowie. Po prostu szedł. Kiedy dotarł do bramy zatrzymał go cichy głos ks. Zenona:

– Dobry wieczór panie Kazimierzu!

Stankiewicz milczał.

– Po co panu ta łopata? Co ma pan w worku?

– Wnuczkę, wnuczkę muszę pochować.

Zenon wyprzedził Kazimierza i spojrzał w jego smutną, jakby o wiele starszą twarz.

– Nie można bez księdza. Niech mi pan da łopatę. Pójdziemy na wschodnią część cmentarza. Tam rośnie taka wiekowa lipa. To będzie dla niej dobre miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *