Lepiej bokiem

Obiecałem jej bataliony. Chmury batalionów. Opowiadałem, że jeszcze tyle ptaków to sam nie widziałem w dolinie. Biłem się w pierś, że zrobi świetne zdjęcia, wyjątkowe ujęcia setek skrzydeł zamienionych w jedną rozkrzyczaną masę.
Piaskowa droga, którą jechaliśmy prowadziła ostrymi zakrętami do mostu w Bronowie. Przypominała opustoszałą piaskownicę, na której brzegach wyżłobione w glinie ślady opon ciągników erodowały z każdym podmuchem, z każdym unoszącym się tumanem jasnego kurzu. Opowiadałem jej historie o starej babce, która wychodziła przed dom i krzyczała w niebo: Kto ukradł moje bociany? O wędkarzu, który ze starego Robura zrobił sobie dom i łowił ryby w Narwi zmieniając tylko miejsca wokół mostu. O moich wyprawach, na tym pustkowiu gdzie rządzi wiatr, bo nie ma tu ani drzew, ani krzaków, ani wysokich traw.
I właśnie wtedy, kiedy snułem kolejną opowieść dieslowski silnik wszedł na wysokie obroty, a maska czarnego Passata zanurzyła się w jedynej kałuży na tym pustkowiu. Lewe koło wpadło w dziurę, a brązowa, brudna woda zalała lampę i część karoserii. Nie mogłem mieć do niej pretensji, że tak się stało. Założyłem, że skoro ja wiem jak się przejeżdża przez jedyne kałuże na pustkowiu, to ona również. Jednak nie wiedziała.
Wyskoczyłem z samochodu i nie myśląc wiele zaparłem się barkiem o maskę, krzycząc:
– A teraz wrzuć wsteczny i ruszaj!
Oczywiście mogłem jej również powiedzieć: rusz z wyczuciem, powoli – jednak nie powiedziałem.
Pionowa woda, która wzbiła się spod koła opadała na mnie i przednią szybę. Zimna, śmierdząca błotem, pełna drobnego żwiru, prawie lepka jak miód. Jej twarz zbladła, a moja przybrała zdziwiony, lecz pełen spokoju wyraz.
– To nic. Naprawdę… nic się nie stało… Tfffuuu cholera… tfuuuu – ciągnąłem.
I co teraz? Jeżeli pójdę w tak do Bronowa po ciągnik to powiedzą, że wariat, albo pijany i namawia do złego. Postanowiłem zmierzyć się z problem prosto, skutecznie i po męsku. Zrzuciłem całe mokre odzienie, a w pierwszej kolejności sweter, który zmienił kolor na… kolor tej brudnej wody i w samej bieliźnie wlazłem do kałuży. Muszę przyznać, że chyba nie był to pierwszy samochód, który tam utknął. Ta cholerna dziura była głęboka prawie po kolana. Zawziąłem się, zaparłem i wypchnąłem leciwego Passata z tej jedynej wody pośrodku idealnie suchej drogi.
Właśnie wtedy, kiedy z uśmiechem ogłosiłem swój triumf, wtedy kiedy postanowiłem opuścić to mało przyjemne miejsce, zaznaczam, że w samej w bieliźnie – nadjechał samochód. Za kierownicą siedział uśmiechnięty człowiek. Szyba opuściła się wydając piskliwy dźwięk. Człowiek grzecznie zapytał:
– Aaaa… przejadę tu… bokiem? Aaa… może pan jeszcze chwilę poczeka, czy już się ubiera?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *