Teoria oczekiwanej użyteczności

Wylądowałem na całe życie na tym betonowym księżycu. W bloku mieszkalnym  znaczy. Jakiś inteligent nazwał go na cześć arcybiskupa Grzegorza z Sanoka. Ten zasłużył sobie tym, że sprowadził do Polski humanizm, a raczej gościł u siebie największe umysły humanistyczne renesansu. Prowadzili scholastyczne polemiki, rozważania przy winie, bo przecież wiadomo, że humaniści mają picie we krwi…. Czytaj dalej

Wyjątkowo zimny maj

Długi weekend. Cholernie długi. Pozbawiony planu, prosty, nudny. Wypadkowa różnych zdarzeń w tym roku licha i uboga. Jakbyś nie mnożył i dzielił liczby pierwsze z tendencją spadkową do zera. Może to z wiekiem przychodzi, że człowiek się rozleniwia, staje się jak szary kot, który z pierwszym słońcem wygrzewa kości na blaszanym dachu. Tylko go drap,… Czytaj dalej

Grawitacji nie oszukasz

Zapomniałem jak to jest mieć rozcięte usta, spuchnięte zastygającą od wewnątrz krwią. Jak to jest czuć smak krwi, połykanej łapczywie, spływającej przełykiem do żołądka. Jak to jest potem rzygać nią siną, bordową, zakrzepniętą w plastry trombocytów. Mam chyba złamane żebro, bo kiedy dotykam boku, to czuję mocną opuchliznę i środkowe wystaje pod napiętą skórą. Oby… Czytaj dalej

Bo w ciemnościach…

Mógłbym przedstawić swoją kolejną wyprawę na bagna tak, jak to robią na Discovery, pięknie, czysto, z porównaniami opisującymi glorię wiosny. Dołączyłbym zdjęcia, zaciekawił szczegółami i historią okolicy, ale nie tym razem. Kiedy człowiek zostaje z dziką przyrodą za plecami, to po pewnym czasie zaczyna gadać sam do siebie, a do głowy przychodzą mu różne, dziwne… Czytaj dalej

Jezusków Chrystusków

Bo ja stąd jestem, z tych bagien śmierdzących, z tych łąk obsianych gęsiami, z tego krzyku żurawi, z tego siwego dymu co mnie pali, z tych rzek płynących po mnie, rozlanych. Jestem ostatnią budowlą hydrotechniczną wstrzymującą wzburzoną krew, słowa i myśli tych wszystkich, których nie ma, a byli pełni życia. Jakby mi ktoś w oczy… Czytaj dalej

A jak daleko jest do „Lezbony”? Cz. 2

No i mnie namówiła, ta mała z lizakiem w policzku. Lizbona, Lizbona jakby się jej płyta zacięła, tak się cieszyła, że wreszcie poprawnie wymawiała słowo Lizbona. Cóż, małe sukcesy cieszą najbardziej. Niestety, skazałem się na ten wyjazd, sam się o to prosiłem. Od tej pory słyszałem tylko jedno: – Tato, a czy na pewno polecimy?… Czytaj dalej

No świr jeden, zagrożenie stworzył

Nie lubię świąt. Zawsze przytrafi mi się coś głupiego, albo napiję się równie głupio. Napcham się flakami, zjem do końca swojską wędlinę i sałatkę warzywną, jakbym potrzebował bomby z witamin. Przepadziwie… to nawet ładne słowo. Przepadziwie nasłuchałem się opowieści dziadka o tym jak to kiedyś było, dowiedziałem się, że kiedyś można było umrzeć z głodu,… Czytaj dalej

Ostatnio grzebię w szaleńcach

Czasami zastanawia mnie, co musi się dziać w człowieku, który testuje zależności jednych od drugich, zarządza nimi, ubiega ich kroki lub je śledzi z dziwną przyjemnością. Co musi tam siedzieć, w tyle głowy, co się kłębi w zwojach elektronów, które przeskakując wzniecają rozdwojenie jaźni. Ktoś taki z czasem musi stworzyć swój własny świat, w którym… Czytaj dalej

A jak daleko jest do „Lezbony”? Cz. 1

Słyszę, że stoi za moimi plecami. Mlaska językiem, oblizuje brodę. Ma pewnie upaprane palce, słodkie paznokcie i wszystko co mogło się do nich przykleić czyli kurz, sierść kotów, swoje włosy. Pewnie się uśmiecha, a ja udaję, że jej nie słyszę. Mlask, mlask. Już wiem co to – wczorajszy lizak. Pewnie znalazła go gdzieś pod biurkiem…. Czytaj dalej

W aptekach zabraknie pitnego jodu

Pada już trzeci dzień. Ulice w nieładzie. Pełno brykających przez kałuże ludzi, jak płocha zwierzyna, na którą polują kierowcy bez wycieraczek. Zawsze ktoś się spieszy, unika kropel w biegu, ktoś szybciej chce wrócić do domu suchy, bez skazy. Ja pod parasolem, paruję oddechem. Krok w lewo, w prawo, mijam kogoś. Przede mną jakiś facet. Ma… Czytaj dalej