Z natury, ale również przekonań jestem przeciwnikiem jakichkolwiek segregacji (może poza jednym, że ludzi trzeba dzielić na mądrych i głupich). Jednakże ostatnimi czasy ja oraz moi przyjaciele zostali wtłoczeni do kategorii “Słoik”. Uszczypliwości, złe słowa, próba poniżenia – sam nie wiem dlaczego. Jakoś tak wewnętrznie nie mogę pozostać obojętny. Chociaż do tego określenia za cholerę nie pasuję (wydawało mi się, że to przeszłość i już wszyscy dali sobie spokój z tymi „Słoikami”), bo bywam w stolicy, ale tam nie zamieszkuję. Z przymrużeniem oka oczywiście, postaram się w tym słoiku umiejscowić, odnaleźć, bo może faktycznie zasłużyłem.

Zacznę od tego, że pochodzę z Krainy Słoików. Nie to, żebym był jakimś wielbicielem słoików, ale tak jak każdy mieszkaniec rzeczonej krainy, mam do nich specyficzne podejście. Zainteresowanie jest jak najbardziej sezonowe i w odpowiednim momencie potrafię o nie bardzo pieczołowicie zadbać. Tak ogólnie to magazynuję je w suchej szafce obok kuchenki lub wentylowanej, dobrze ocieplonej piwnicy. Ustawiam równo  na półkach, dobieram odpowiednie nakrętki, ba nawet czasami takie z grafiką warzyw, grzybów lub owoców – co by się nie pomylić. Potrafię je sterylizować gorącą wodą lub wygrzewać w piekarniku. Uważam, że są dobrze zaopiekowane, dopieszczone i nie mają u mnie źle. 

To co mnie mierzi – to widok pustego słoika na tle innych, pełnych. Nie ma nic smutniejszego jak błyszczący, przezroczysty i pusty słoik. Pozbawiony aromatycznych wnętrzności, krwi z octu, lepkiego, słodkiego miąższu czy ostrego, czerwonego koloru paprykowych trzewi. Istniejący bez większego sensu, bez potrzeby, niedokręcony, bez złotej nakrętki jak aureoli, wypełniony powietrzem, bez duszy. 

Aż korci mnie wypełnienie jego. Ciągnie mnie do lasu po prawdziwki, opieńki, koźlaki, osiniaki, gąski i świecące w ciemnościach zielonki. Kusi mnie cała dynia, którą pokroiłbym w kawałki, udusił i wlał jej przerobione, pomarańczowo-żółte ciało, jako esencję do tegoż słoika. A co tam… nawet zakisiłbym ogórka. Obrał ze skóry i utopił w syropie Komisówkę… całe wagony Komisówek. Jaką wielką radość sprawiłaby mi wielogodzinna obróbka termiczna mięsa bez dodatku peklosoli. Można je potem zakopać w beczce i będą zjadliwe nawet po kilku latach. Ech faktycznie zawekowałbym coś bez chemii, tak na amen!

A zimą, kiedy świat pogrążony jest w bezmyślnej konsumpcji przetworzonego sztucznie pożywienia w Krainie Słoików dochodzi do masowych ich otwarć. Pachnące lasem, sadem, słodkim aromatem wiejskiego rynku – znikają jako dodatki do potraw, jako najdroższe prezenty tylko dla tych, których się lubi i szanuje. Rzadkie specjały, skarby z piwnicy.

I tak sobie myślę, że może to nie takie złe zostać tym “Słoikiem”.

Ale najważniejsza rzecz: oby nie pustym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *