Wylądowałem na zupełnym pustkowiu, miejscu o nazwie: Nigdzie to właśnie tu, Nigdzie – jeszcze 3 km, Jeżeli nie byłeś w Nigdzie to czeka cię masa zabawy: mamy baseny, masaże, kort, siatkę do piłki ręcznej, a dla amatorów zwierząt, konie, małego królika, 3 kozy, dziką gęś i szczeniaki kierownika sekcji zajmującej się koszeniem trawników. Dziwne miejsce. Równo wyciosana bryła budynku, z pomarańczowymi ścianami, otoczona siwizną wysokich, polnych traw przypominała opuszczony kompleks hotelowy, jak po jakiejś inwazji zombie. Wielkie przeszklone drzwi, a tuż za nimi rzeźby męskich torsów, nagich piersi kobiet, ruda recepcjonistka udzielająca porady jak dotrzeć do kompleksu SPA i stamtąd prosto na basen:

– Masaże będą wznowione po powrocie masażysty ze spływu kajakowego. Pracuje u nas też jako ratownik, hahaha taka… złota rączka! Wie pan… wszystko umie, co trzeba. Masujemy do 22:00, ale tylko w czwartki, piątki i soboty. Jeżeli ma pan jakieś pytania to proszę rozmawiać z naszą instruktorką Joanną. O właśnie… Joanna pokaż panu gdzie się u nas masuje!

Wieczorne imprezy w Nigdzie są takie same jak wszędzie indziej. Równo ustawione stoły z sałatkami, potrawy wege, mdłe pozbawione smaku, ale o ładnych nazwach: chrupiące nuggetsy z ciecierzycy, klasyczne falafele z sosem tahini czy stek z kalafiora. Nie wiem czemu, ale jak tak pomyśleć to w tych nazwach ciągle przebija tęsknota za mięsem. 

Niewielki stolik z wędlinami, których boki zawijają się do środka – przypominają płatki kwiatów – tu róże, tu żółte tulipany, tu posypały się płatki piwonii. Talerze z mandarynkami i bananami, wyrzeźbiony z arbuza łabędź, a dalej stoisko z ciepłą czekoladą, głęboko ukryty bar z piwem i najtańszym białym winem. Czerwonego nie ma, podobno nie dowieźli.

Przy dużym ognisku oprócz żarzących się szczap drewna, migają na czerwono końce papierosów. Ktoś się śmieje, ktoś ucieka wzrokiem w ogień. Gromada ludzi, którzy znają się tylko dlatego, że podają sobie zapalniczkę, odpalają papierosa, a ich oddechy łączą się w jeden siwo-mdły dym. Nie rozmawiają.

Nagle do płotu podchodzi rogate, duże zwierzę. Jedna z uczestniczek tej imprezy w Nigdzie krzyczy:

– Patrzcie, ale jeleń. Jakie ma rogi.

Zwierze zawołane wesołym głosem podchodzi do zadymionej grupy osób. Wtedy znów:

– Ej chodź tu jeleniu. No chodź pogłaszczę cię.

Chociaż moja znajomość atlasu zwierząt wykracza trochę poza przeciętną, znajduję w sobie odwagę i wtrącam:

– To nie jest jeleń. To jest daniel.

– O rany, nie wiedziałam – odpowiada dziewczyna.

Wtedy z tłumu palących papierosy przy ognisku wyłania się niski, grubszy chłopak. Podchodzi do mnie i mówi:

– Nie wiem jakim sposobem, ale… trafiłeś. 

Czuć od niego zapach Żołądkowej Gorzkiej pomieszanej z białym winem. Łapie mnie za ramię i patrząc głęboko w oczy ciągnie:

– Naprawdę, szacun… wielki, że zgadłeś. Nawet nie wiem czy my się poznaliśmy, ale jeżeli nie to… kurwa szacun.

– Nie ma sprawy – odpowiadam.

– To rzadko się zdarza, żeby ktoś tak z marszu zgadł. Ale… to nieważne. Jeżeli będziesz czegokolwiek potrzebował, wiesz komp się zepsuje, coś trzeba będzie zainstalować – to pamiętaj! Daniel z IT!. Zapamiętałeś? Wal jak w dym. Zadzwoń poproś Daniela, a ja wszystko załatwię. Ja pierdole – zajebista intuicja!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *