Uśmiech Mona Lisy

Od rana miałem wrażenie, że Maryśka mnie unika. Ucieka gdzieś wzrokiem, znika z takim półuśmiechem, który świeci niechęcią, bladymi ustami, którym nie chce się rozmawiać. Jak Mona Lisa tylko, że chodzi do kibla, do kuchni, a czasami leży przed telewizorem. Oczywiście mogłem zadać jej pytania typu co się stało, dlaczego jest smutna, ale i tak by mi nie powiedziała prawdy. Znam takie zachowania, znam ten obszar znudzenia sobą, ten rozkładający się w powietrzu zapach obojętności. Olałem to. Jej mdłe zachowanie. Nawet miałem ochotę klepnąć ją w tyłek, tak dla sportu, ale wyszłoby to tak, jakbym klepał trupa pytając się: jak się masz?

– A co kurwa … nie widać – to bym usłyszał.

Wieczorem mieliśmy wyjść razem na piwo, pooddychać upalnym wieczorem, żeby wypełzło z nas to gorące lenistwo, ta ospała cisza zatopionych w pocie ludzi, którzy przez cały dzień modlili się o to, żeby na siebie nie wpaść. Widziałem, że przez kilka godzin, z przerwami, ale pisała z kimś uśmiechając się do telefonu. Podejrzewam, że jest to jakiś facet, który próbuje jej zaimponować bezpośredniością i mało skomplikowanym językiem, który tak lubi. Nieistotne. To też olałem. Ważne, że nadal tu była.

Usiedliśmy pod wielkim białym parasolem, na którym widniały logotypy Żywca z hasłami “Ż jest za krótkie, żeby nie spróbować”. Kolejna podprogowa blokada, która wpędzała mnie w lekkie zakłopotanie. W domyślanie się tego czy może warto zaryzykować z kimś innym. Może gdzieś wcale niedaleko jest jakaś Maryśka nr 2. Wystarczy tylko się zdecydować na krok, na Ż, na spróbowanie.

Jednak Maryśka odchylając głowę i zbierając włosy z ramion powodowała we mnie zupełny brak myślenia. Pustynia rozważań, jakieś potworne uzależnienie, które wypełniało mi oczy, gardło, czułem to nawet w końcówkach palców. Znów ją obserwowałem. Widziałem jak jej twarz mutuje pod naciskiem światła lamp i cieni zbiegających jej się przy powiekach, w zagłębieniu obojczyka, za uchem. Odmieniona i bez uśmiechu przypominała teraz kogoś, kto zamiast rozmawiać, szuka wyjścia awaryjnego.

– Możesz chociaż udawać lub nie wiem co … powiedzieć, że cię brzuch boli i idziemy do domu.

– Nie projektuj. Jestem zmęczona tym upałem.

No tak. Upał. Wysoka temperatura bez wilgotności powoduje wysysanie wszystkiego co ożywia. Może Maryśka znosiła go gorzej ode mnie i straciła zupełnie chęć do życia ze mną. Może stanowiłem jakiś kluczowy element jej duszności, jakiś bezglutenowy płyn, który nie mógł jej ożywić tylko szkodził z każdym łykiem.

Ruszyłem do baru, aby ją uratować, przyniosę jej Ż i ożyje.

Nie ożyła, a wręcz przeciwnie zaczęła się więcej rozglądać i myszkować po twarzach innych facetów. Znów uśmiech Mona Lisy.

Ciekawiło mnie to za kim się tak ogląda. Nie to żebym był zazdrosny, tylko który z tych facetów wciśniętych w koszulki Big Stara ją tak interesuje. Skoro ze sobą nie rozmawiamy, to chociaż wzbudzę w niej zażenowanie lub zakłopotanie.

Wtedy to zobaczyłem. Oczy pełne rozczarowania. Uśmiechnąłem się do siebie. Zrozumiałem, że ten z kim pisała wcale się tu nie pojawił, a może się pojawił tylko z inną. Pewnie powinienem zareagować jak furiat, rzucić stołem, złapać ją za szyję i wytłumaczyć, że wszystko wiem, że jestem świadomy tego, co roi się w jej głowie. Ale zrobiłem coś innego, powiedziałem, że ślicznie wygląda i że jeżeli jest zmęczona to idziemy do domu. Kiwnęła głową. Uśmiech Mona Lisy.

Kiedy przykładałem telefon do ucha w drzwiach knajpy pojawił się wielki facet niosąc przed sobą innego. Nie w takim erotycznym uścisku, nie z uczuciem, tylko przed sobą, na wyprostowanych rękach. Ten mniejszy miotał się, nie dotykając ziemi, a ten wielki przypominający Schwarzeneggera z Czerwonej gorączki krzyczał:

– Wypierdalaj.

Maryśka złapała mnie za rękę. Mocno.

Arnold rzucił mniejszym ze schodów. Przyszło mu to tak łatwo, jakby rzucał piłką lekarską. Takie przerażające zawody, w których ten He-man pobił rekord świata w rzucie żywym człowiekiem. Mniejszy lecąc miał zamknięte oczy, a jego łokcie przybrały pozycję do lądowania, do wbicia się w ziemię. Z ust popłynęła krew. Odrywała się od niego jakby się łuszczyła, porwane bordowe płatki krwi, które go wyprzedziły i rozbiły się o ziemię. Lądowisko z pasem krwi.

Łup.

Spadające ciało człowieka wydaje tępy, równy dźwięk. Nie ma echa. Mniejszy wydał z siebie cichy syk. Wstał na nogi, zacisnął pięści i ruszył na He-mana.

– Kurwaaaa – krzyczał jakby ruszał na Niemców.

Ochroniarz wyciągnął dłoń w geście: STOP. Drugą zaciśniętą pięść schował za barkiem. Mały nadal krzyczał i nacierał. He-man uderzył.

Znów głuche łup.

Jego nos zmienił położenie. Z otwartych ust wyfrunął bąbel krwi i charczenie prosto z gardła stało się przeciągłe. Równe z oddechem.

Poczułem paznokcie Maryśki wbite w ramię. Dotarło do mnie, że nadal stoję z telefonem przy uchu.

– Nagrałeś? – zapytała z uśmiechem, ze zwierzęcym zainteresowaniem krwią.

– Rób szybko zdjęcia, a jeżeli nagrałeś to pokaż, albo nie… pokażesz mi w domu.

– Nie nagrałem – przyznałem spokojnie.

– Serio? To po co ci ten telefon?
I znów ten uśmiech …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *