Nie chcę już tego słuchu, który mi donosi jak w drugą stronę zakręcają się słoje drzew. Jak trzaski fałszywych zdań rąbane na migi idą w ogień. Taka była potrzeba, aby pod naporem grud zimna połamać sobie palce, teraz kości wywrócone na lewą stronę nie zbudują gestu: amen. Huczą przeciągi, w których tulą się do siebie powieki, a ustawione pod wiatr obręcze źrenic toczą się w tył głowy. I nikt mi nie powie, że niepotrzebnie je zamykam jakbym bał się, że je zgubię. Nie chcę tego ruchu, podrobionego dłutem nerwów, tego wstydu utworzonego z opiłków ust. Zostać przez chwilę głuchym, pomaga od początku słuchać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *