Obietnica Magdaleny – wstęp

Najbardziej dramatyczną rzeczą w życiu Magdy była świadomość tego, że coś ją ominęło. Przeszło obok, nawet się o nią nie otarło i już nie wróci. Nie tylko uciechy, gry i zabawy, ale również niezliczone, niemierzalne drobiny odpowiedzialne za cud przemijania. Przekonana o swojej przegranej nie starała się wyciągać wniosków, a wręcz przeciwnie, gdzieś w głębi serca czuła, że zrobiła co mogła, ale to te cholerne życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Jakże bezpieczne stwierdzenie dawało Magdzie poczucie jedności z setkami kobiet, które codziennie rano zapełniały metro i znikały w podziemnym tunelu jakby miały ostatecznie i definitywnie uciec z miasta. Magda miała wrażenie, że wszystkie kobiety w metrze muszą być samotne. Siadały z książkami, z uśmiechami skierowanymi do telefonów, unikały spojrzeń mając nadzieję, że kolejka wyprowadzi je na zewnątrz, że wreszcie ktoś uprowadza je wszystkie w lepsze miejsce i inne życie. Jednak stawało się inaczej. Magda wracała z reklamówką, w której szeleścił jogurt BIO, opakowanie kaszy jaglanej, chleb babuni, kiełki i kawałek strucli jabłkowej. A w przedziale metra udawała kobietę, która nie musi rozglądać się za innymi facetami. Ponieważ on czeka na nią w domu. Ale nikt nie czekał.

Kolejną fazą wpuszczania bezpiecznych ogólników do swojego życia w wykonaniu Magdy było tłumaczenie, że i tak wielu ludzi nie jest świadomych swoich uczuć, więc po co się nimi przejmować. Ci którzy z praktycznego punktu widzenia są w stanie żyć we dwoje bez miłości, było według niej przejawem inteligencji i darowanej przez Boga siły na pokonywanie rzeczy niemożliwych. Taki rodzaj świętej udręki, poświęcenia. A tych niewielu, którzy twierdzą, że jednak prawdziwe uczucie istnieje przedstawiała sobie jako osobliwość godną zagrożonych wyginięciem pand. Te zwierzaki uczy się jak mają żyć na wolności, a że jest ich na świecie mało, to wszyscy wiedzą, że nigdy nie będą wolne. W ten sposób ludzie i zwierzęta koegzystują w totalnej iluzji: miśki z wybiegów spoglądają na zewnątrz z nadzieją, że uda im się uciec, a ludzie, że miłość do tych zwierząt nigdy nie pozwoli im odejść z zoo. W ten sposób Magda z własnej woli poddała się stwierdzeniu, że jeżeli wielu tak uważa to muszą mieć rację, a hodowcy pand to… ho ho. Oni to już w ogóle nie mogą się mylić. Miłość to ogólnik, to mało precyzyjna informacja o tym, że można być szczęśliwym, więc ten element został z życia Magdy zepchnięty na dalszy plan.

Często tłumaczyła sobie, iż znakomitość posiadania jakże upragnionego przez wielu ludzi spokoju daje wolność i w niczym jej nie ogranicza. Osiągnęła szczyt wielkomiejskiej egzystencji. Wyobcowana, pozbawiona chaotycznych zdarzeń, wykrochmalona z pożądania, czysta. Stoi na szczycie ewolucyjnego łańcucha jako ta, która może wszystko. Tylko jej się nie chce. Ale jakby chciała to mogłaby mieć wiele. Ba, nawet założyć rodzinę, mieć męża, dzieci. Jednak to było największe kłamstwo, które potwierdzało, że jednak coś ją definitywnie ominęło, przeszło dalej i nawet się o nią nie otarło.

Jej kawalerka na Mokotowie była tak mała, że sama zastanawiała się dlaczego zamieszkała w schowku na miotły. Niewielkie dwupokojowe pomieszczenie z łazienką wciśnięte w róg kamienicy miało jednak dwa fantastyczne elementy. Otóż przed wprowadzeniem się Magdy, kawalerkę wynajmowała bardzo znana aktorka o imieniu Joanna. Podobno mieszkanie często odwiedzali też inni znani aktorzy i aktorki. Oczywiście ci wszyscy znakomici ludzie podziwiali mini ubikację mieszkania i to bardzo budowało Magdę. Jej porcelanowa muszla słyszała wszelkiego rodzaju intymne odgłosy sławnych ludzi, a teraz również jej. Chociaż jej musiały być skromniejsze. To oczywiście wynikało z racji nieposiadania przez Magdę sławy, zdjęć na Pudelku i na ściankach, dobrych perfum, wspaniałych kochanków itd. Tak, jej odgłosy były zupełnie… nieśmiałe.

Druga fantastyczna rzecz to okna kawalerki, które wychodziły bezpośrednio na kamienicę po drugiej strony ulicy Puławskiej. Z okna mieszkania Magda mogła doskonale obserwować co dzieje się u sąsiadów. To interesowało ją tak bardzo, że zrobiła z tego swoisty rytuał, sposób na spędzanie wolnego czasu. Mało tego każdy z podglądanych lokatorów miał swoje imię, każda kobieta swoje przezwisko, a każde dziecko pseudonim jakiegoś piosenkarza. Magda uważała, że dzieci zasługują na to najbardziej, ponieważ w chwilach kiedy nie widzą ich rodzice odgrywają bez skrępowania swoje największe role, śpiewają swoje najpiękniejsze utwory oraz kochają się pierwszy raz zupełnie nie mając o tym pojęcia. Ale o tym później.

Mieszkanie Magdy było wypełnione wieloma dziwnymi rzeczami, które na pierwszy rzut oka zdawałby się nie do połączenia. Na przykład: pomalowany na zielono stół, który znalazła na śmietniku. Drewniany z masywnymi nogami wyglądał na zabytkowy. Tylko ktoś z mózgiem wielkości orzeszka ziemnego tchnął bezmyślnie w niego drugie życie malując go na obrzydliwy groszkowy kolor. Przy stole stały dwa krzesła, z których Magda była wyjątkowo zadowolona. Mimo ich mrocznej tajemnicy, którą odkryła stosunkowo późno, siedzenie na nich jak i samo ich posiadanie przysparzało Magdzie dużo radości. Te dwa krzesła to były jedyne rzeczy, które ukradła. Oczywiście miała z tego powodu olbrzymie wyrzuty sumienia, nawet się z tego wyspowiadała. Ksiądz, który wysłuchał historii krzeseł nie zadał jej nawet żadnej pokuty, nawet marnej zdrowaśki. To jeszcze bardziej przeraziło Magdę.  Pewnie dopiero na sądzie ostatecznym ktoś wyciągnie czarną teczkę Magdaleny i przypomni, że zgrzeszyła, że ukradła dwa brązowe krzesła i nie da się już tego odpokutować.

A złamanie siódmego przykazania wyglądało tak:

Pewnego jesiennego wieczoru, który pachniał mokrymi ścianami budynków uwagę Magdy przykuły krzesła stojące przy wejściu do klatki sąsiedniej kamienicy. Bliźniaczo podobne, brązowe, błyszczące ciemnym, starym lakierem. Szerokie siedzisko i idealnie wyprofilowane oparcie – takie krzesła zrobił ktoś kto się znał. Może zrobił je jakiś artysta – pomyślała. Nie mogła od nich oderwać oczu i w jej głowie zrodziła się chęć, aby te dwa krzesła zabrać do domu. Jej mózg zaczął tłumaczyć sobie to tak: że skoro ktoś je zostawił przy wejściu to nie są już nikomu potrzebne. Są bezpańskie, porzucone, może je przygarnąć, zaadoptować dla groszkowego stołu. Ona je teraz zabierze i zrobi dobry uczynek.  

Początkowo mocno się wahała, miała moralne opory, więc postanowiła poczekać pięć minut. Nikt się nie pojawił. Potem jeszcze chwila. Nikt nadal nie interesuje się meblami. Poczuła przypływ adrenaliny. Oto ona, stateczna i cicha dziewczyna zamieszkująca schowek na szczotki postanowiła ukraść dwa krzesła. Tylko z czystej próżności i chęci posiadania zabytkowych mebli przeszła na ciemną stronę grzechu. Przeszła, ale na drugą stronę ulicy. Jedno krzesło zarzuciła na lewe ramię, drugie chwyciła za oparcie, uniosła i zaczęła biec. Pochylona wyglądała jak jakaś starowinka, która nie ma czym palić w piecu, więc szczęśliwa, że znalazła dwa bezużyteczne kawałki drzewa potykała się o własne nogi pędząc do domu. Spoglądała nerwowo we wszystkie strony czy nikt jej nie ściga. Kiedy wpadał do klatki i spojrzała na wijące się w górę schody kamienicy zdała sobie sprawę, że stara Berezowska jakby na nią tam czekała, jakby widziała całe zajście.

– A panienka Magdalenka to co tak z tymi krzesłami biega? Sport jakiś nowy? Jeszcze się przewróci, szpel w palec wejdzie, trzeba będzie ratować. A zdyszana, jakby ją diabeł gonił.

Magda spanikował. Co miała powiedzieć? Przyznać się? Kłam Magda – pomyślała. Kłamstwo jest elastyczne. Bądź elastyczna wobec Berezowskiej.

– Krzesła dostałam są stare nikomu niepotrzebne już muszę iść zdrowia życzę.

Słowa wyplute bez przecinków, które równie dobrze mogły pasować do opisu Berezowskiej były niewielkim kłamstwem. Spowodowały, że kobieta odwróciła się i trzasnęła mocno drzwiami. Przynajmniej nie zadawał więcej pytań.

Magda nie spała całą noc obserwując dzwonek do drzwi. Jednak nic się nie wydarzyło ani na drugi dzień, ani za dwa tygodnie. Krzesła zamieszkały przy groszkowym stole. Był bardzo wygodne i o dziwo wyglądały tak jakby nigdy nie były używane.

Tajemnicę krzeseł Magda okryła przygotowując mieszkanie na przyjazd swojej matki. Wycierając spód zobaczyła, że na bokach obręczy siedzenia znajdowała się wypłowiała pieczątka swastyki oraz napis: SS-Oberfuhrer Paul Otto Geibel. Wszystko okazało się jasne, dlaczego krzesła były prawie nowe. Meble zbrodniarza, na których nikt nie chciał siedzieć. Ale dla Magdy były tylko pięknie wykonanymi elementami wystroju jej kuchni. A nawet dodały jej teraz jeszcze więcej oryginalności i tajemnicy.

Konflikt między matką Eleonorą, a Magdaleną był ostry, ciągły i pozbawiony uczuć. Sięgał dzieciństwa i z czasem nabierał na sile. Pokonał nawet jej ojca, któremu z tego wszystkiego pękło serce i zmarł. Matka odwiedzała córkę tak jakby przybywał na inspekcję. Obwąchiwała mieszkanie, sprawdzała pojemność worka na śmieci, liczyła rolki papieru toaletowego, macała papierową torbę z cukrem, podsumowując to słowami:

– Cukier w domu musi być. Cukier jest zdrowy, bez niego kawa smakuje tak jak wygląda teraz twoje życie.

cukier

Eleonora nie znosiła Magdaleny, ale z powodów czysto rodzicielskich odwiedzała ją systematycznie.

Po odkryciu tajemnicy krzeseł i przybyciu matki z twarzy Magdy nie znikał drobny uśmiech. Kiedy rodzicielka siadała rano do stołu w kuchni wydając polecenie wydania gorącej kawy, dziewczyna robiła się radosna, uśmiechała się tak prawie po niemiecku. Wtedy marzyła o tym, aby pewnego dnia dosypać matce czegoś na przyspieszenie trawienia, czegoś niegroźnego, bez smaku. Marzyła, aby jej matka opuściła jej krzesło w panice i zajęła na pół dnia muszę klozetową. Chciała żeby wydała z siebie najbardziej obrzydliwy i długotrwały dźwięk jaki słyszała ta kamienica, a nawet sama Warszawa. Wtedy do kawalerki wpadliby paparazzi z aparatami i zrobiliby zdjęcia Eleonorze na tle drzwi do ubikacji. Jak na jakiś ściance. Potem pojawiłyby się wpisy na Pudelku, że Puławską nawiedziło najdłuższe pierdnięcie w historii stolicy. Matka stałaby się sławniejsza niż aktorka, która tu zamieszkiwała, a Magda czułaby się z tego powodu bardzo usatysfakcjonowana. Ale o poniżaniu też później.

Magda właśnie wstała. Z okna kuchni zobaczyła, że po drugiej strony ulicy, na trzecim piętrze Pan Fachowy przeszedł nagi z jednego pokoju do drugiego. I wrócił. Uśmiechnęła się do siebie i przykładając krawędź kubka z kawą do ust wykonała głębokie siorbnięcie. Bardzo cicho powiedziała do siebie:

– Ooo taaak… to musi być dobry dzień.

CDN

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *