Pewnie z racji wyrzutów sumienia mogę powiedzieć, że najadam się po kryjomu. Chowam pod językiem pastylki jej potu i słone przekładam z policzka do policzka bardzo powoli. Całymi dniami udaję, że nie mam nic do powiedzenia,  żeby nie tracić jej smaku.

Oplątanie linią jej ciała pozostawia ślady na moich ramionach, a jednorodna czerwień nasyca skórę do takiego stopnia, jakby była początkiem jakiejś strasznej choroby. Ruch i ciężar nie znajdują odniesienia w mojej głowie, bo przecież tego się nie odczuwa. Nagła eksplozja jej ust staje się odliczaniem do przejścia w stan utraty świadomości. Rozlane paliwo bólu, które podsyca zapach włosów.

10, 9, 8

Otóż nie jesteśmy parą, bo rzeczy skończone, z racji dziwaczej dumy nadają się tylko do odtworzenia. Rzeczy skończone już nie głodują. Jedynie prawdziwa para szaleńców jest na tyle nierozsądna, aby poświęcić dla siebie ramiona, piersi, plecy, palce, płuca, rozerwać indywidualność na strzępy. Nie ma dystansu, nie ma lęku, nie ma skrępowania.

7, 6

Błogosławiony dar dotyku, po którym jest jej więcej. Zachwycanie jest aktem nadmiernie powielonym przez język, przez jego elastyczność i naturalne skłonności do wilgotnych miejsc. I jakbym pragnął ją utrzymać przy sobie na tyle długo, żeby nie czuła lęku przed tym, że to niebawem się skończy.

5, 4

I zaczynam wierzyć w to, że tracę rozum na rzecz zmysłów. Wpadam całą siłą jaka mnie do niej przyciągnęła, pod jej skórę żeby lepiej poczuć jak staje się bezwładna. – O każdej porze będę przy tobie, dotrzymam ci każdego kroku i słowa, tylko otwórz szerzej usta, tylko powiedz – zostań. Tak mówię, żeby nie zwariować.

3, 2

Przecież znam smak papierosów, alkoholu, przecież znam ją na tyle dobrze aby wiedzieć, że będę tego żałował. Ale teraz do utraty oddechów, do granic pożerania siebie, do wyplucia łakomstwa i zlizania tego co jeszcze nie ostygło. Utrata świadomości następuje w chwili kiedy wszystko staje się jednym krzykiem.

1

A po takich głodówkach zostaję łaskawie przywracany do życia, aby wspominać i udawać, że coś czuje. Ale to taka łaskawość, którą dla zasady nazywałbym tęsknotą, to ona wywołuje nienasycenie.

I późno w nocy produkują słone tabletki z jej ciała, przemycam pod językiem.

Nic nie mówię.

Nie rozgryzam za szybko.

Nie popijam.

Czekam aż się rozpuści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *