Nie chodź na SALE!

Rzadko bywało, że Maniek szczerze opowiadał o swoim życiu. O wódce, kobietach, pracy jak najbardziej, ale o tym jak spędza wolny czas lub dlaczego ubrał się w czerwony podkoszulek córki z napisem Wampiriada 2015 to raczej nigdy. Aż  pewnego wieczoru napiliśmy się wódki.

Maniek jest facetem, który wg mnie nie okazuje żadnych uczuć. Ma przyklejony do twarzy półuśmiech i to jedyny przejaw emocji jaki można u niego zauważyć. Pewnie jak go będą kiedyś chować w ziemi to dalej będzie wyglądał tak samo. Już to sobie wyobrażam jak w domu pogrzebowym pracownicy ubierając go w garnitur będą się zastanawiać:

– Patrz jaki ma dziwny grymas twarzy.

– To nie grymas tylko uśmiech.

– Pierwszy raz widzę śmiejącego się nieboszczyka. A może to skurcz jakiś?

– Skurcz-srurcz. Spróbuj zrobić go na smutnego, a jak się nie da to go pudrem na blado, żeby nie było widać, że się ze wszystkich śmieje.

Nooo… pewnie tak będzie, ale póki co Maniek po jednej 0,7 zaczął opowiadać jak to zdobywał doświadczenie w pracy zagranicą.

– Radzik mówię ci, że tam żyje się dobrze. Żebym nie musiał wracać to bym tam siedział. Do roboty miałem 15 minut piechotą. Szefa miałem Polaka, chuj jeden, ale jak go dwa razy opierdoliłem to miał do mnie szacunek. Słuchaj Radzik, przecież ja stary chłop jestem i nie będę wysłuchiwał jak jakiś gówniarz się nade mną wytrząsa. Ale złego słowa na niego nie powiem. Jak odjeżdżałem to mi nawet tort kupił i zaprosił cały zakład na ten pożegnalny placek. Zaskoczył mnie, bo myślałem, że będzie tylko uścisk dłoni, Rayner i do Polski. Trochę głupio wyszło, bo on z rana się ze mną tym tortem pożegnał, a ja żadnego poczęstunku nie przygotowywałem. I tak sobie myślę, że jednak trzeba by było coś dla tych kumpli jednak zrobić. Więc poleciałem do sklepu i kupiłem 40 jajek niespodzianek.

Zaśmiałem się, próbując dopytać Mańka po co mu 40 jajek z niespodzianką. Uprzedził mnie.

– Poczekaj. Tam w tej jajcarni, bo tak nazwałem tę hurtownię, zabronione było picie alkoholu. Jak ktoś wniósł na zakład alkohol to z miejsca wylatywał. Więc ja zapierdalam do dziewczyn co tam te jajka strzykawkami zapładniały, żeby mi taką strzykawkę z igłą dały. No i dały. A ja w kiblu przez godzinę wstrzyknąłem do tych jajek niespodzianek po 100 ml gorzały do każdego. Wyobraź sobie, że ten szef na przerwie wpada do tej naszej kanciapy, a tam dwadzieścia osób wznosi toast jajkami z niespodzianką, a ja mu tłumaczę, że to takie żarty: hurtownia jajek i te jajka z niespodzianką. Nic nie powiedział, bo tego jego tortu nikt nie tknął, tylko te niespodzianki z tych pazłotek rozpakowywali i śpiewali: Sto lat, sto lat. Mówię ci jaja jak berety.

– A co ty tam właściwie robiłeś?

– Wózkiem widłowym jeździłem. Znaczy ja nigdy takiego czegoś nie prowadziłem. Kazali mi podpisać papier, że ja zawodowo się tym w Polsce zajmowałem, że umiem ładować i tak dalej. Pokazali mi jaka wajcha do czego i pojechałem. Człowieku, ja tam musiałem co 3 minuty przewieźć tonę tych pierdolonych kurczaków. One wpadały do kontenera i musiały jechać dalej. No to ja tym wózkiem na początku jak gokartem, żeby zdążyć po te kurczaki. Ile ja tych kontenerów napsułem, ile tych kurczaków pozabijałem, jak oni się na mnie darli: wolniej, wolniej. Ja się tym tak przejąłem, że mi te kurczaki spadające i rozbijające o ziemię się śniły. Koszmar jakiś. Po pół roku wyczułem co i jak, aż nam norma o 30% podskoczyła. Mniej zniszczeń po prostu.

– Maniek, a jakie oni tam mają te swoje żarcie? Takie jak u nas?

– Radzik, żarcie mają zajebiste. Lekkie, łatwostrawne. Ja chińczyka jadłem. Mówię ci angielski chińczyk najlepszy na świecie.

– A weekend to pewnie chlanie?

– No coś ty, nie tak jak w Polsce. Siorka mnie ciągle zabierała na jakieś wycieczki, żebym coś zobaczył. Raz zabrała mnie do takiego kościoła, co tam nagrywali tego Harrego Pottera. Jebitny kościół. Żeśmy się rozdzielili, ja za jakąś wycieczką poszedłem i się tak kurwa zgubiłem. Ani kogoś zapytać jak stąd wyleźć, bo wiesz, że z angielskiego to tylko ok. Więc łaziłem, łaziłem, chyba ze cztery godziny. Jakaś babcia mnie wyprowadziła przed główne wejście, a tam moja siostra z Policją, krzyczy coś, wymachuje rękami. Jak mnie zobaczyła to razem z tym gliniarzem się cieszyli, bo myślała, że zawału dostałem czy wylewu. Ale kościół piękny, ładniejszy niż niejeden w Polsce, ja w życiu tyle czasu w kościele nie spędziłem co tam u nich.

– A ciuchy tanie? Bo ty taki wystylizowany, normalnie o dziesięć lat mniej masz w tym czerwonym podkoszulku.

– Córce zabrałem. Do spodni mi pasuje.

– To taniej czy nie?

– Ja to na te wyprzedaże jeździłem. Na Regent Street i Oxford Street. Tylko kurwa jeden problem był. Ja z tym angielskim słabo i jak coś trzeba było wymienić czy poprosić o inne to ja się rękami musiałem tak napracować, że… Ale tanio było, nie powiem. Jak tam kiedykolwiek pojedziesz to zawsze chodź do sprzedawcy faceta. Do baby nie idź, bo się nie dogadasz. Kiedyś pojechałem na taki sale, bo to u nich sale się nazywa, po spodnie. Tanie były. Wziąłem ze cztery pary i poszedłem żeby zapłacić. A tam taka laska nabija na kasę, rabat przyznaje i mówi do mnie:

– Do you need a bag?

Ja za cholerę nie wiem o co chodzi. Zawsze dostawałem resztę i w nogi, a ona mi tu z tym bagiem. I pyta się kilka razy o ten bag. Ja się na nią patrzę ona na mnie. Cisza. Myślę zaryzykuje i mówię:

– No bag.

I ona mi te spodnie podsunęła, a ja stoję i zastanawiam się, kiedy do cholery da mi jakąś reklamówkę, bo przecież w ręku tego nieść nie będę. Patrzę się na nią, a ona na mnie. Cisza. Nic nie daje. No to co było robić, spodnie w łapę i na autobus. Mówię ci, jeżeli kiedykolwiek będziesz w Anglii na salu, to nie chodź do bab. Harde suki. Nawet jak będziesz stał przy tej kasie i z pół godzi to i tak ci tej reklamówki nie da. Chyba oszczędzają, albo są uprzedzone do Polaków. Rasistki jak nic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *