W Czarnej Białostockiej wieże cerkwi przypominały mi rozpalające się ognisko. Złoty dach zabierał całą uwagę, ale oddawał ją po chwili i patrzyłem swobodnie na skosy i łuki białych ścian. Ten kontrast wywołał we mnie uczucie zmieszania. W dzielnicy Busztel gdzie znajduje się cerkiew niewielkie domy zostały przystosowane do powolnego starzenia się dzięki plastikowemu sidingowi i nijak nie mogłem pojąć dlaczego ktoś ten widok tak oszpecił. Oddalone od ulicy szarzały i pokornie zrzucały ze spadzistych dachów śnieg. Przez chwilę miałem wrażenie, że zburzy je energia modlitw, śpiew kobiet i pochylone głowy milczących mężczyzn, że rozsadzi je marznący smutek słów dźwięcznie oddalających się w stronę niewielkiego cmentarza. Jednak miara uporządkowania tego miejsca była niezwykle chaotyczna. Entropia niewielkiej części Czarnej Białostockiej zaczynała się i kończyła w złocie Cerkwi pod wezwaniem Świętych Niewiast Niosących Wonność. Ponad nią gwałtowne skupisko chmur zabierało zapach ulic prosto w niebo i nagle zrobiło się tam zupełnie pusto.

Wonność utracona na rzecz świętych miejsc w jakże banalny sposób.

Zadzierając kolejny raz głowę zauważyłem, że złoto wieżyczek zaczyna pokrywać patyna drobnego śniegu. Bez zapachu, spokojnie gasły.

Postanowiłem pojechać dalej.

Trzydzieści minut później przypadkowo rozcinam palec wskazujący prawej ręki. Stało się to podczas niezdarnej próby uwolnienia mielonki z puszki. Metalowa krawędź wieka otarła się o kość tak szybko, że nawet nie zwróciłem na to uwagi. W minusowych temperaturach takie uszkodzenia ciała prawie nie bolą, a każda kropla krwi spadająca na ziemię momentalnie zmienia swój stan skupienia. Obserwowałem to z dużym zaciekawieniem bo krwawiłem tak, jakby wypadały ze mnie brunatne kawałki lodu.

Rzeka wiła się na wschód, stamtąd też wiał silny wiatr. Szedłem w kierunku wsi Straż zostawiając za plecami niewielkie wzniesienie oszpecone przez plamy nieotynkowanych domów. Dziwne, że tak usilnie dążymy do ujednolicenia, do jednakowości, jakoby to dawało nam poczucie cywilizowanego, wspólnego przemijania. Usystematyzowane życie, do którego wchodzi się przez drewniane drzwi, którego ściany z pustaków muszą być pomalowane w gołębią szarość utrwalając w ten sposób poczucie, że jednak wszystko jest takie samo. Chociaż tak wiele rzeczy w tym miejscu jest niestabilnych.

Linearność granic doliny rzeki burzyły łaty zgarbionych traw. Anemiczne łodygi, wyssane z wody, ocierały się o siebie, a ich szelest z gwizdem wiatru tworzył iluzję rozmowy. Kiedy przez nie przechodziłem miałem nieodparte wrażenie, że przeszkadzam w jakimś rytualnym śpiewie, że rdzawo-szare rośliny naglę przestaną się ruszać i wpełznął w poszukiwaniu ciepła pod moją kurtkę. Prawie kobaltowa smuga wody z łatwością porywała kawałki lodu, które odpływały kręcąc się wokół własnej osi. Cała ta martwota nie była pozbawiona kinetyki, przyciągania się i skupiania w podstawowe barwy.

Co chwila musiałem pokonywać wypełnione wodą płytkie rowy. W ich środku czarna, mdląca zapachem zgnilizny breja rozpychała na boki lód kontrastując intensywnie ze szklistą bielą. Nie gojące się blizny ziemi, z których trudno było wyjść lub w których można by się łatwo pochować na wieki.

Nad głową miałem nisko zwisające gałęzie dębów, które wykonywały ciężki ruch raz w prawo, raz w lewo. Powyginana dekoracja dla nieba – tak to przynajmniej wyglądało z poziomu łąk. Tumult drewnianych ramion-macek wyciągniętych w górę i w boki, które  obejmowały pojedyncze brzozy.

Te skromne drzewa mają w sobie delikatność dziecka. Mają też zarezerwowaną tylko dla siebie specyficzną jasność. Biel cynkowa, która po latach potrafi pękać ukazując czarne szramy pnia. Brzozy są całe pocięte, poranione czasem w widoczny i wyjątkowy sposób.

Im bardziej odchodziłem od ściany lasu tym częściej trafiałem na guzowate kępy zamarzniętych traw. Ciężko utrzymuje się równowagę kiedy stopa nagle ześlizguje się i wpada pod lód. Krok po kroku było mi coraz trudniej iść dalej.

Kiedy dotarłem do najwyższego wzniesienia doliny i usiadłem na olbrzymim wiatrołomie zdałem sobie sprawę, że pokonałem zaledwie cztery kilometry. I ta przestrzeń na moich oczach zaczęła naglę gęstnieć. Wirujące obręcze drobin śniegu, szamoczące się w wirach jednorazowe konstelacje połyskujących płatków zmieniały tak szybko miejsce, że ulegałem złudzeniu trójwymiarowości. Pozbawiony tandety pejzaż przedstawiający nadciągające ze wschodu żaglowce. Skupiska materializującego się mrozu osiadały na sztywniejących trawach z pełną świadomością tego, że za jakiś czas wszystko to bezpowrotnie zniknie.

Nawet nie poczułem, że krople krwi wyrobiły sobie ścieżkę z mojego palca na ziemię. Kap, kap, kap… Przy prawym bucie pojawiła się lekko parująca plama krwi. Pozbawiona zapachu, wonności, nie zamarzła. Jedynie drobiny śniegu, które w nią wpadały zmieniały jej kolor z bordowego, na czerwony, w lekki róż, a potem w czystą biel.

Postanowiłem iść dalej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *