Wektor przesunięcia

Cała sztuczka polega na tym, aby zadowolenie z życia w tym mieście dozować powoli. Wkraplać w oczy billboardy, namawiać przez teksty sponsorowane, animowane bannery internetowe i zapraszać: a to na koncert z okazji zakończenia lata, a to na uroczystość urodzin prezydenta M., a to na poświęcenie zakładu utylizacji śmieci czy gorąco namawiać na udział w otwarciu lodowiska. Człowiek czuję się szczęśliwszy jeżeli informacje o naturalnie postępujących rzeczach podaje mu się w sposób odświętny. To powoduje reakcję, wywołuje potrzebę naturalnego zbija się w tłum, daje poczucie bycia istotnym elementem społeczeństwa. Ci, których nikt nigdzie nie zaprasza zostają zaproszeni, ci którzy ciągle nienawidzą będą mieli o czym pisać na forach, a ci którzy lubią jeździć na łyżwach będą wniebowzięci, bo nie doczekali zimy, ale mają sztuczny lód.

Ja należę do tych ostatnich. Zostałem zaproszony i na zaproszenie odpowiedziałem. Chcę stać się łyżwiarską cząstką tego miasta. Rozpędzonym na hokejówkach dowodem na to, że działania marketingowe przynoszą skutek, chcę krzyknąć do innych łyżwiarzy: Zobaczcie nie zostawili nas nas na lodzie.

W piątkowy wieczór wysyłam swoje zaproszenie do wszystkich pamiętających jak to było w młodości na łyżwach. Kilka słów o tym, że kiedyś lodowiska były wielkości boisk piłkarski, a teraz musimy dać radę na korcie tenisowym i takie tam różne pierdoły. Krótkie wiadomości tekstowe nigdy nie były moją najsilniejszą stroną, z racji natrętnego porównywania czegoś do czegoś, co w konsekwencji może prowadzić do całkowitego niezrozumienia.

Nikt nie odpisał.

Zero.

Wszyscy zapomnieli jak się jeździ na tych cholernych łyżwach. Pewnie stali się przykładnymi rodzicami, którzy jedyne co mogą zrobić to zza barierki krzyczeć do swoich pociech:

– Dobrze kochanie, mocno trzymaj pingwinka i się odpychaj. O tak, odpychaj się. Właśnie. Robisz świetne postępy kochanie. Tatuś też tak zaczynał (pingwinek, to taka podpórka z nartami ułatwiająca utrzymanie równowagi).

To nic, że będę tam sam, to nic, że się upodlę pierwszy raz od kilkunastu lat. Jakie to ma znaczenie. Będę przeplatał nogi, wymijał świeżaków, zrywał czapki z głów dziewczynom. Tak jak kiedyś.

Idealnie oświetlona tafla lodowiska robiła bardzo profesjonalne wrażenie. Stojąc w kolejce po bilet obserwowałem jak rolba sunie powoli do bramki, jak zostawia za sobą lśniący ślad świeżej warstwy lodu. Perfekcyjnie – pomyślałem.

Odebrałem łyżwy, oddając jakiś papier z podpisem, że jak je gwizdnę to mnie znajdą, a jak je zepsuję to zapłacę. W przebieralni zasznurowałem hokejówki najmocniej jak umiałem i okazało się, że prawy but jest tak wykrzywiony, że kostka sama zmienia położenie i zaczyna boleć. Nic to. Po to tu jestem, aby sobie przypomnieć, przypomnieć tym wszystkim, których tu nie ma, że jeszcze umiem przeplatankę do tyłu, że hamuję krawędzią, że przegonię każdego, który się ze mną zmierzy.

Przez pierwsze piętnaście minut patrzyłem jak dwójka kilkuletnich dzieci dubluje mnie już chyba piąty raz. Potem znalazłem w sobie odwagę, aby na tych wykoślawionych i tępych łyżwach zacząć się rozpędzać. Poszło całkiem dobrze. Poczułem szybkość, nogi przypomniały sobie jak mają się uginać, uda podciągać stopy do siebie. Raz, dwa, raz, dwa. Szybciej. Coraz szybciej. Zaczynałem być w tym dobry. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Jak to bywa w takich chwilach zaczyna działać substancja, której konsystencja jest nieograniczoną możliwością przypadkowych sytuacji zlepiona pierwiastkami chaosu. Nagle, nie mam pojęcia skąd, ale pojawił się przede mną wielki facet. Trzymając ręce rozłożone, tak jakby miał za chwilę odlecieć zajechał mi drogę. Olbrzym, monolit w wełnianej czapce, ubrana na czarno skała granitowa, o którą za chwilę się rozbiję. Hamować. Ostro hamować.

Prawa fizyki są niezmienne i mój wektor przesunięcia czyli punk odpowiadający położeniu początkowemu ciała uległ drastycznej zmianie. Poczułem, że łyżwy odrywają się od podłoża, że ulatują bezwładnie do góry, że reszta mnie niezmiennie podąża w kierunku ziemi.

Zadziwiające jest to, że w takiej sytuacji powinny uruchomić się jakieś narzędzia obrony przed upadkiem, jakaś wrodzona poza, która pozwoli bezpiecznie pierdolnąć o lód. Niestety ja myślałem o czymś inny.

Kiedy tak leciałem wygięty w pół i obserwowałem czubki łyżew zastanowiło mnie: ale oni tutaj mają zniszczony sprzęt. Przecież ten plastik jest tak zjechany, że wstyd to zakładać na nogi. Przepłaciłem 6 zł złotych za wypożyczenie czegoś tak marnego. Sumienia nie mają. Kupię chyba sobie łyżwy. Tak, pojadę do Decathlonu i kupię nowe, zapinane na zatrzaski, sztywne i naostrzone.

Wygina mnie coraz bardziej, ziemia… ziemia zbliża się.

Znów pomyślałem, że skoro i tak za milisekundę wyląduję plecami na lodzie, że uderzę pewnie tyłem głowy to warto się chyba uśmiechać, więc się uśmiechałem jakby to wszystko miało się wydarzyć specjalnie.

Uderzenie było tak silne, że człowiek-skała też stracił równowagę i wyłożył się obok mnie. Nawet przez chwilę widziałem tego małego pingwinka, który stał przed nim. Pewnie poczuł się swobodnie i go puścił, a wtedy sruu na mój tor.

Pokonany przez pingwinka.

Ja leżę na boku, człowiek-skała z rozłożonymi rękami i nogami na plecach. Kiedy się podniosłem on nawet się nie poruszył. Przypominał wielkiego anioła, który przechodząc przez atmosferę zaczął się palić. Podniosłem ręce do góry jakbym… cholera pokazywał sędziemu, że ten nokaut nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Walczę dalej, akcja czyste ręce.

Niestety współposzkodowany wydał z siebie takie – Eeeeeechyyyyyy eeeeeeee. Chyba zniósł to gorzej ode mnie. Za chwilę podjechała do niego jakaś kobieta, pomogła mu wstać. Objechała go kilka razy otrzepując drobiny śniegu i kawałki lodu. Człowiek-skała złapał się pingwinka i powoli, ale z honorem zaczął odjeżdżać w kierunku wyjścia. Na mnie nawet nie spojrzał, ale usłyszałem tylko:

–  Chciałam ci zrobić przyjemność, żebyś się trochę poruszał. Nie gniewaj się, chciałam dobrze, żebyś był zadowolony.

Na co monolit odpowiedział:

– A idź ty w cholerę… z tymi swoimi łyżwami – i zniknął za bramką lodowiska.

Obolały dokończyłem jazdę, a kiedy oddawałem te wykoślawione łyżwy w głowie siedziały mi ciągle słowa tego faceta. I mnie olśniło. Ja tym moim kumplom zaproszenia tekstowe krótkie wysyłam, przypominam jak było, namawiam, a oni mają to głęboko… gdzieś.

W sumie… to nie ma co uszczęśliwiać kogoś na siłę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *