Fenomen obojętności

Ostatni weekend spędziłem w domu. Głównie z powodu upałów i tego, że nienawidzę topiącego się asfaltu oraz jego zapachu. Niezmiennie kojarzy mi się ze spoconymi robotnikami drogowymi, którzy drewnianymi szpachlami rozcierają czarne, parujące bryły. Robią to w takim beznamiętnym skupieniu, jakby dostali taką robotę za karę i teraz pokutują. Gotują się w kraciastych koszulach, w opuszczonych portkach z dziurą na dupie i starają się ze sobą nie rozmawiać, bo ich spróchniałe zęby śmierdzą jeszcze gorzej. No cóż ja poradzę, tak mi się to kojarzy, ale to pewnie przez pracę. Nic tak nie cuchnie jak zaniedbany człowiek.

Do tej udręki zaprosiłem dwie butelki Ginu Lubuskiego, kilkanaście piw Perła Export, jedną butelkę Bim-Bru jabłko-mięta z Białowieży. Wszystko to ulokowałem w nowiutkiej lodówce Electrolux z podwójnymi drzwiami. Wypełniłem lewą stronę chłodziarki bardzo skrupulatnie wykorzystując dostępną tam przestrzeń. Byłem z siebie dumny, że będę mógł wyciągać butelki jedną za drugą bez obawy, że to wszystko wysypie się na ziemię. A bimber? To tylko w przypadku całkowitego odwodnienia organizmu. No i jeszcze papierosy, żebym mógł swobodnie wdychać gorące powietrze.

Piątek

To dzień kiedy kończę pracę z wyraźnym smutkiem. Pozostawiam za plecami nieruchome biurko, stół kreślarski, niedokończony projekt, rozrzucone ołówki i zachowuję się jakby mnie ktoś z tej roboty wypierdolił. Odwracam się, łypie okiem, tęsknię. Mam obawę, że obwodnica pójdzie nie tak jak trzeba, że drogi się nie spotkają, że przyjadę na budowę, a tam spychacze niszczą pole jakiegoś Kowalskiego, a on z siekierą szuka winnego tego całego zamieszania. Piątki są dla mnie trudne.

Kiedy wsiadam do tramwaju numer 153 odrywają się ode mnie resztki cynizmu. Wydaje mi się, że nadal jestem w latach osiemdziesiątych, że ten kraj permanentnie się rozpada, że biustonosze, które spinają ciała tych dużych kobiet zostały wyprodukowane w Rosji i dlatego pachnie od nich śledziami. Ocierający się metal, sypie rdzą na buty, jak sproszkowana krew tego pojazdu. Po otwarciu drzwi podrywa się do góry i trafia do ust. Jakaś para rozmawia ze sobą głośno, przekrzykują się. Wygląda to trochę tak jakby on opowiadał jej jak należy się kochać w postkomunistycznym kraju, w którym zabrakło prezerwatyw. Odwracam głowę w szklane wieżowce i obserwuję jak topiące szkło spływa na przechodniów, jak płoną ich policzki, jak wszystko rozmazuje się na szybie tramwaju numer 153.

Wieczorem robię grubą kreskę na etykiecie zielonej butelki ginu. Idealnie prosta linia odcinająca mój chwilowy zachwyt nad orzeźwiającym smakiem tego alkoholu od nieuniknionego dotarcia do dna. Wręcz jakieś transtendencyjne uczucie. Przez chwilę nawet myślę sobie, że mógłbym pogadać teraz z Kantem o jego noumenach, tak w obronie racjonalizmu lub co gorsza mógłbym po tej butelce zacząć wierzyć w Boga.

Śni mi się biały pies. Wielkie bydle ze smutnym pyskiem. Kładzie mi głowę na kolanach. Głaszczę go. Ma miękką sierść. Nagle zza moich pleców pojawia się kobieca ręka. Dłoń wpada na moją i razem głaszczemy psa. Drobna dłoń łapie za obrożę, palce lekko przesuwają się po kolczatce. Wreszcie szarpie zwierzaka, ten piszczy i znika. Zostaję z poczuciem tego, że przecież powinienem trzymać go na smyczy, przy sobie, a tak ta suka ukradła mi psa, ot tak.

Sobota

Sobotę zacząłem od inspekcji lodówki. Zmierzałem tam dotrzeć szybko, bo upał eksplodował drobinami kurzu, które wytrwale podążały w kierunku ścian. Rozmnażał się na moich oczach, tak uparcie, że postanowiłem szybko się upić. Okazało się, że jeszcze przed snem napocząłem kolejną butelkę ginu i to pewnie dlatego śnił mi się biały pies. Butelki nie pamiętam, ale psa tak.

Przetrwanie w warunkach ciągłego picia ułatwiała mi telewizja, a już na pewno polityczne potyczki wykastrowanych z honoru polityków. Jakże ja uwielbiam patrzeć na te ich mordy, na tę cwaniacką polemikę, której propagandowe hasła dodają jeszcze lepszego smaku. Dostrzegam je po kilku godzinach oglądania, bo choć rozmawiają o różnych sprawach przebija przez to ta sama myśl. Apetyczna, tłusta chwila, kiedy bezprawnie obrażam każdego z nich, każdemu przypominam – Chuj ci w dupę buraku! Każdemu życzę piekła na ziemi.

Potem myślałem o niej.

Nienawidziła jak piłem. Nienawidziła tego, co lubiłem robić. Nie umiała utrzymać tego swojego pisku za zębami, nie umiała być cicho. Chwilami powątpiewałem w jej inteligencję, chociaż zasadniczość jaką wykazywała wobec mnie oraz sprawiedliwe traktowanie wszystkich rzeczy na ziemi to podważały. A może po prostu bywała naiwna. Wysportowane ciało, które umiałem dotykać. Umiałem ją napocząć tak jak zaczyna się jeść jabłko. Kęs po kęsie doprowadzałem do tego, że tuliła się do mnie przez całą noc. Lubiłem patrzeć na nią kiedy zmywała naczynia. Miała głowę opartą o szafkę, a jej drobne dłonie sprytnie obracały talerze, kubki, widelce. Podchodziłem wtedy do niej i kładłem dłonie w pachwinach. Delikatne zagłębienie, przez które mogłem dotrzeć na jej uda lub wyżej. Wydawała z siebie taki cichy, miękki pomruk, taki dźwięk zupełnie do niej nie podobny. Wtedy łapałem ją za włosy i już nie zmywała naczyń.

Zostawiła mnie dla jakiegoś dyrektora bursy szkolnej  czy akademika informując mnie o tym w mejlu: – Nie mogę z tobą wytrzymać. Chyba rozumiesz. Życie.

Następnego dnia kupiłem sobie zmywarkę.

Niedziela

W niedzielę zauważyłem, że moja lewa ręka bezwiednie drży. Uspokoiłem się patrząc przez okno. Zobaczyłem tumany chmur, kłębiące się skupisko bieli z miękko poutykanymi cieniami. Dotarło do mnie, że drżenie kończyn po takim piciu jest spowodowane niskim poziomem potasu, zaburzeniami elektrolitów i że za chwilę jak jeszcze trochę popatrzę na te chmury obudzi się we mnie taka retoryka, że będę musiał się iść wyrzygać.

Zazwyczaj kiedy docieram to tego momentu zaczynam podejrzewać, że to całe pijaństwo mnie kiedyś zniszczy. Zaleją się moje organy wewnętrzne parującym alkoholem, który zakonserwuje resztki nerek, że pojawią się na mnie plamy wątrobowe, a umieranie stanie się męczarnią w upale. Zaczynam się bać, że kiedy jutro wytrzeźwieję w tramwaju numer 153 ktoś obok popatrzy na mnie i pomyśli, że ten facet musi być na coś poważnie chory, takie plamy na pysku. A ja tylko chciałem przetrwać upał.

Po tych rozmyślaniach jednak doszedłem do wniosku, że muszę wyjść na zewnątrz, że teraz jest dobry moment, bo te chmury rzucają cienie wielkości boiska i powinno być chłodniej.

Więc wyszedłem. W klapkach. Do sklepu po wodę gazowaną.

Wyszedłem i od razu zdałem sobie sprawę, że na tym moim cholernym osiedlu wszystkie uliczki wyłożyli kostką.

Taką czerwoną, o kształcie karbowanej frytki, a  rozgrzane powietrze nie miało żadnego zapachu.

Było zupełnie obojętne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *