Leżę po wewnętrznej stronie snu. Przez głowę przechodzi szef poduszki, tak jak przechodzi cień przez noc. Z otwartej rany ust wypływa reszta tego, czego nie udało mi się powiedzieć, a podniebienie staje się miejscem, które opuściło nawet echo. Na łóżku jasny ślad ramion. Wydłuża się w stronę okna i chyba bezpiecznie będzie trzymać się białych piór poduszki. A jeżeli… Czytaj dalej

żebym tak już się nie bał matowych wnętrzności nocy   wszystkich oddechów, które odchodzą ode mnie wpompowane w ściany   wszystkich odległych miejsc na skórze połączonych ze sobą sznurkiem włosów   żebym miał pewność, że to co ze mną sypia nie jest pyłem tylko głosem   i kiedy mówię – dosyć – słyszę:   zapakuj… Czytaj dalej

przede mną szary słup nieba wbity w szyby chałup   gwoździe lamp z zagiętymi głowami otępiałe bez światła   rzędy ich   ostatni marsz dopalającego się dnia czarnymi ulicami   z boku zardzewiała ziemia, którą z góry zamyka klucz spóźnionych gęsi   nie zdążę pójść dalej zimno namawia mnie na szarą skórę   mówi głośno… Czytaj dalej